Rozdział XIV "Xerinito esqrita deli fe lenia..."
Nadal nie potrafię otrząsnąć się ze śmierci Hery. Wszędzie zauważam jej brak. Ciężko jest mi przyjąć do wiadomości, że ona już nigdy nie wyjrzy z boksu, nigdy nie zarży na mój widok, już nigdy więcej nie przeskoczy przeszkody... Przez tydzień nie było mnie w stadninie. John stara się żyć dalej, ale widać, że nie łatwo jest mu się otrząsnąć z traumatycznych przeżyć. Dzisiaj postanowiłam wziąć się w garść i pojechać do Stajni Marzeń.
John wchodzi na wybieg, na którym bryka Mustaf - silny siwek.
-Hej!
-Dzisiaj zabiorę cię w teren.
-W teren?
-Tak. Pojedziemy na pola, na wschód od stadniny.
-Aha...
-Nie cieszysz się?
Spuszczam głowę. Chłopak bez słowa chwyta uzdę siwka i zakłada mu siodło.
-Osiodłasz Perłę?
-Perłę? Spoko.
Jestem o nią spokojna, bo to jedna z najłagodniejszych koni w Stajni Marzeń. Wspaniale się na niej jeździ.
Wołam ją po imieniu i otwieram bramę pastwiska. Kary fryz podbiega do mnie i schyla łeb. Jest przepiękną klaczą. Zapinam popręg i zakładam ogłowie. Chłopak już siedzi w siodle i czeka za mną. Jeszcze raz sprawdzam mocowanie i wskakuję na grzbiet Perły. Mustaf kroczy dumnie tak jak przystało na najsilniejszego konia w stadninie. Przyspieszamy do wolnego galopu. Pod kopytami chrzęszczy ziemia. Śmigamy przez żyzne pola. Wjeżdżamy na łąkę i zwalniamy do kłusu. Rzucam znaczące spojrzenie Johnowi.
-Po co zabrałeś mnie w teren?
-Chcę cię nauczyć czegoś zupełnie innego.
-Czyli?
-Opanowywanie konia na otwartej przestrzeni.
-Aha? Po co mi to?
-Przyda ci się to...
-Co mam robić?
-Najpierw skup się. Ty to umiesz, tylko jeszcze o tym nie wiesz.
Konie znów przyspieszają. Pod kopytami to znikają, to znów pojawiają się maki, chabry, dziewanny, bławatki, koniczynki... Udaje mi się trochę rozluźnić. Myśli odbiegają od Hery. Niespodziewanie chłopak zagradza mi drogę Mustafem. Klacz, przestraszona jego nagłym ruchem, spina mięśnie starając się wyhamować. John zeskakuje z konia i gdzieś znika. Perła odwraca się na tylnych nogach i rzuca do ucieczki. Spod kopyt wyskakuje John i wyrzuca ręce w górę jeszcze bardziej strasząc klacz, która ponownie staje dęba. Zaczyna wierzgać kopytami. Nie wiem jak długo utrzymam się w siodle. Nagły zwrot sprawia, że spadam na ziemię. Chłopak błyskawicznie chwyta Perłę za uzdę, a ogiera za wodze. Uspokaja je cichym szeptem. Wściekła podnoszę się strzepuję z siebie trawę.
-Co to miało być?!
-Znowu krzyczysz...
-Chcesz mnie zabić?!
-Ciii... Uspokój się Bessa...
-Grrrr...
Biorę głęboki oddech. Uspokajam wrzeszczące emocje. Lekki wietrzyk bawi się moimi włosami rozwiewając je.
-Lepiej? Pokażę ci co robić, gdy koń się spłoszy albo się przestraszy, ok?
-No... Dobra gadaj.
-Nie denerwuj się, to po pierwsze. Koń reaguje różnie na nerwy jeźdźca, więc musisz uważać.
-Przejdź do rzeczy, bo zaraz usnę ze znudzenia.
-Niecierpliwość, twoja pierwsza wada...
-Zacznij gadać po ludzku...
-A co robię?
-John... Mów jaśniej o co ci chodzi...
-Xerinito esqrita deli fe lenia...
-What? O co ci chodzi?
-Xerinito esqrita deli fe lenia.
Daję mu plaskacza. Wkurza mnie już no!
-Ogarniesz się kiedyś?!
Chłopak zatrzymuje moją dłoń w powietrzu i powoli opuszcza. Tym razem nie powstrzymuję łez. Pozwalam wypłynąć emocjom na zewnątrz. John podchodzi do mnie i przytula z całych sił.
Perła zdziwiona muska pyskiem moje ramię. Wyciągam drżącą dłoń i kładę na jej ciepłych chrapach. Chłopak patrzy mi w ozy wchodząc do mojej duszy.
-Przepraszam John...
Ten jednak bez odpowiedzi siada na grzbiet Mustafa. Fryz ponownie trąca mnie w ręce. Chwytam wodze i wskakuję w siodło. Ruszamy w całkowitym milczeniu. Klacz nagle gubi krok. Mocniej ściskam lejce i poprawiam się w siodle. John przygląda mi się z dużym niepokojem. Posyłam mu długie spojrzenie błagające o pomoc.
-Eeee... Powiesz mi co robić, bo Perła chyba się stresuje...
Zanim skończyłam mówić zza gęstwiny krzaków wyskoczyły 2 przestraszone zające. Wbiegły pod kopyta Perły, która natychmiast stanęła dęba.
-Skróć lejce! Prowadź ją w kółkach! Ściągaj i luzuj wodze!
Chłopak daje mi dokładne instrukcje. Staram się zmusić konia do biegu w kole, lecz ten zaczyna się wyrywać.
John zaczyna coś szeptać w tym samym języku, którym mówił dziwne, nieznane mi słowa. Na jego dłoniach przysiada przepiękny, biały niczym śnieg gołąb. Przysiada tylko na chwilę. Wzbija się w powietrze i leci w moją stronę. Wszystko to dzieje się w ułamkach sekund. Ledwo trzymam się w siodle, bo wierzchowiec wyrzuca kopyta co chwilę w powietrze. Ptak zniża lot, zawisając w powietrzu przed pyskiem zdenerwowanej Perły. Między nimi przelatuje złota iskra, która obejmuje konia. Kary fryz staje czterema kopytami na ziemi wciąż wpatrując się w śnieżnobiałego gołębia. Chłopak wyciąga dłoń w stronę ptaka, który siada na jego ramieniu składając skrzydła. Perla podchodzi do Mustafa.
-Wow...
-Salencia, zawsze gotowa do pomocy...
-Salencia?
Gołąb skłania główkę ku ziemi jakby rozumiał ludzką mowę. Podrywa się do lotu i znika w promieniach słońca na błękitnym niebie. Konie momentalnie podrywają się do biegu. Wjeżdżamy w las. Trochę zgłodniałam, ale nie będę się odzywać, bo jeszcze zostanę wyzwana. Kłusujemy tak pośród leśnej ciszy. Raz po raz słychać stukanie dzięcioła i kukanie kukułki. John zatrzymuje Mustafa...
niedziela, 23 marca 2014
czwartek, 20 marca 2014
Rozdział XIII "Trudna decyzja"
-Xsenia! Ty mała...!
Szukam ją po całym ogrodzie i nigdzie nie mogę znaleźć. Zwiała? Stchórzyła? Źle jej tu było? Co ja jestem wróżka Zdzicha?! Spoglądam na wyświetlacz komórki. 21:21. Super tej tej no! Wracam do domu i zamykam drzwi na klucz. Zjadam kanapkę ze szkoły i biorę gorący prysznic. Trochę się rozluźniam. Chwila spokoju. Rozczesuję długie, czarne włosy i siadam przed telewizorem. Przerzucam kanały szukając czegoś ciekawego. Odpływam w sen. Zrywam się. Zegar wskazuje równą północ. Ruszam obolałymi mięśniami. Padam na swoje łóżko i nie zadając sobie trudu ze znalezieniem koca ponownie zasypiam.
"Oh misty eye of the mountain below
Keep careful watch of my brothers souls
And if the sky is filled with fire and smoke
Keep watching over Durin's sons
If this is to end in fire
Then we should all burn together
Watch the flames climb high into the night
Calling out father stand by and we will
Watch the flames burn auburn on the mountain side
And if we should die tonight
Then we should all die together
Raise a glass of wine for the last time
Calling out father prepare as we will
Watch the flames burn auburn on the mountain side
Desolation comes upon the sky
Now I see fire inside the mountain
I see fire burning the tress
And I see fire, hollowing souls
I see fire blood in the breeze
And I hope that you'll remember me..."
Otwieram oczy. Chyba znowu śpiewałam przez sen. Obok mnie stoją jakieś dziwne istoty. Wnętrzności wywracają mi się do góry nogami. Stworzenia podobne do ludzi stoją dumnie, odważnie wyprostowane, ale to nie z tego powodu zrobiło mi się niedobrze.
Wpatrują się we mnie różnokolorowe źrenice stojące w równy słup. Białka zaszły im krwią, a z kącików ich oczu zaczęły lecieć strużki krwi. Brrrr. Jedne z nich rozstępują się. Wśród płomieni zjawia się jakaś dziewczyna z Xsenią na rękach. Smoczyca słodko śpi z na wpół przymkniętymi oczami. Dziewczyna składa na moje ręce stworka i kłania się nisko. Jedenastu pozostałych pstryka palcami. Wielki, purpurowy płomień zakrywa ich. Zamykam oczy i staram się opanować dygotające serce. Nastaje przerażająca cisza. Nikogo nie ma. Xsenia nadal śpi. W sumie jest 4:57 więc nie opłaca mi się spać skoro tak czy śmak za godzinę muszę się uszykować do szkoły. Robię sobie kanapkę cały czas zastanawiając się nad spotkaniem z dziwnymi istotami. Czego ode mnie chciały? Skąd wiedziały gdzie jest Xsenia? Co robiły u mnie w domu? Czy mnie znały? Ja tracę zmysły czy co?! Szklanka wyślizguje mi się z rąk i roztrzaskuje się o podłogę. No pięknie. To był mój ulubiony kubek. Brawo. Cudowny początek soboty, cudowny... Dzwonię do Johna, bo chcę się spytać czy mogę przyjechać dziś ciut wcześniej do koni. Nie odbiera. Dziwne. Zawsze nosi telefon przy sobie. Trudno. Błyskawicznie połykam śniadanie. W sumie zdążę na wcześniejszy autobus i będę mogła pobyć dziś trochę dłużej. Chciałabym, razem z Johnem, zaopiekować się Herą, wyprowadzić ją na spacer i porządnie wyczyścić. Piszę kartkę do mamy i zostawiam ją w widocznym miejscu na stole. Wciągam tenisówki i pędzę na przystanek. Chłodny powiew poranka łaskocze mnie w nos. Wsiadam do autobusu i od razu zajmuję miejsce pod oknem. Ruszamy. Zakładam słuchawki i włączam "I See Fire". Wysiadam na ostatnim przystanku. Kieruję się poza obrzeża miasta. Gdy wychodzę na otwarta przestrzeń zaczynam śpiewać. Dochodzę do stadniny. Stajenni krzątają się pracowicie po podwórzu. Idę za budynek stajni. Wśród trawy bryka prześliczna, mała kopia Hery.
Te same małe uszka, identyczne łagodne spojrzenie ciekawskich oczu, te same długie nogi i waniliowy ogonek. Idealny źrebak. Czyli to już! Jejku, jak się cieszę! John siedzi pod płotem i przygląda się wybrykom małego konika. Otwieram bramę i wchodzę na pastwisko. Źrebak staje w bezruchu unosząc łebek do góry.
-Jaki sweetaśny źrebaczek!
Chłopak odwraca głowę na dźwięk mojego głosu, ale w przeciwną stronę. Podchodzę bliżej i siadam obok. John niespokojnie wodzi oczami, które zachodzą łzami, po pastwisku.
-A gdzie Hera?
Podnosi rękę i wskazuje pastwisko na wzgórzu, na którym zwykle pasła się klacz. Na tle jasnego nieba odcina się ciemny kontur młodego drzewka. Nic nie rozumiem!
-Ty se jaja ze mnie robisz? Gdzie jest Hera?!
Nasze oczy spotykają się na moment.
Po policzkach spływają mu łzy. Złość opada. Źrebak staje dęba wymachując przednimi kopytkami w powietrzu.
-Oddała życie za swoje maleństwo...
-Chcesz powiedzieć, że...
-Musiałem ukrócić jej męki...
John zaciska zęby i odwraca wzrok, starając się powstrzymać płacz. Słowa uderzają mnie jak torpeda, lecz do świadomości docierają jakby w zwolnionym tempie. Nie... Nie! To niemożliwe! Hera nie mogła... John przytula mnie tak mocno i czule jak jeszcze nigdy.
-Dlaczego?!
-Ciii... Udało jej się ur...
-Dlaczego?!
Nie potrafię powstrzymać smutku, który ogarnia cały mój umysł. Miałam zaplanowanych tyle rzeczy. Kto teraz zajmie się źrebakiem?! To rola matki! Dlaczego akurat nas musi zawsze dotykać jakaś tragedia?! W końcu łzy przestały lecieć, a dusza nieznacznie się uspokoiła. Spoglądam w oczy Johna. Zauważam w nich odbicie własnych emocji. Smutek, rozczarowanie, gorycz, tęsknota...
-Nelly, mała klaczka...
-To klaczka?
-Tak...lustrzane odbicie Hery...
Chłopak kładzie mi rękę na ramieniu. Źrebaczek zmęczony kłusowaniem dookoła pastwiska kładzie się. Jego jasna sierść błyszczy w blasku słońca. Piękna Nelly... Samotna Nelly... Ocalona śmiercią matki... Moja Nelly...
* * *
Wracam do domu. wróciłam pierwszym autobusem. Nie jestem w stanie pracować z końmi. Nie mogę patrzeć na pusty boks Hery. Opieram się o ścianę i siadam na podłodze. Nie sądziłam, że śmierć jednego
konia wywoła we mnie tyle negatywnych emocji. Nie potrafię się w tym momencie ogarnąć. Mama przybiega z kuchni i zaniepokojona coś się pyta. Nie słyszę co. Świat przestał mnie obchodzić. Mama podaje mi coś do picia. Dłonie trzęsą mi się tak bardzo, że nie mogę utrzymać szklanki. Biorę łyk ciepłej herbaty z melisy. Kładę się u siebie na łóżku i zamykam drzwi. Ściskam swoją ulubioną poduszkę i myślę. Xsenia, jakby wyczuwając moje rozdrażnienie, nie zbliża się zbyt szybko. Stopniowo, oczywiście w podskokach, przydreptuje do mnie. Pociera pyszczkiem moją zapłakaną twarz. Przytulam ją. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jakie życie jest wartościowe. Tak łatwo można je stracić...
-Xsenia! Ty mała...!
Szukam ją po całym ogrodzie i nigdzie nie mogę znaleźć. Zwiała? Stchórzyła? Źle jej tu było? Co ja jestem wróżka Zdzicha?! Spoglądam na wyświetlacz komórki. 21:21. Super tej tej no! Wracam do domu i zamykam drzwi na klucz. Zjadam kanapkę ze szkoły i biorę gorący prysznic. Trochę się rozluźniam. Chwila spokoju. Rozczesuję długie, czarne włosy i siadam przed telewizorem. Przerzucam kanały szukając czegoś ciekawego. Odpływam w sen. Zrywam się. Zegar wskazuje równą północ. Ruszam obolałymi mięśniami. Padam na swoje łóżko i nie zadając sobie trudu ze znalezieniem koca ponownie zasypiam.
"Oh misty eye of the mountain below
Keep careful watch of my brothers souls
And if the sky is filled with fire and smoke
Keep watching over Durin's sons
If this is to end in fire
Then we should all burn together
Watch the flames climb high into the night
Calling out father stand by and we will
Watch the flames burn auburn on the mountain side
And if we should die tonight
Then we should all die together
Raise a glass of wine for the last time
Calling out father prepare as we will
Watch the flames burn auburn on the mountain side
Desolation comes upon the sky
Now I see fire inside the mountain
I see fire burning the tress
And I see fire, hollowing souls
I see fire blood in the breeze
And I hope that you'll remember me..."
Otwieram oczy. Chyba znowu śpiewałam przez sen. Obok mnie stoją jakieś dziwne istoty. Wnętrzności wywracają mi się do góry nogami. Stworzenia podobne do ludzi stoją dumnie, odważnie wyprostowane, ale to nie z tego powodu zrobiło mi się niedobrze.
Wpatrują się we mnie różnokolorowe źrenice stojące w równy słup. Białka zaszły im krwią, a z kącików ich oczu zaczęły lecieć strużki krwi. Brrrr. Jedne z nich rozstępują się. Wśród płomieni zjawia się jakaś dziewczyna z Xsenią na rękach. Smoczyca słodko śpi z na wpół przymkniętymi oczami. Dziewczyna składa na moje ręce stworka i kłania się nisko. Jedenastu pozostałych pstryka palcami. Wielki, purpurowy płomień zakrywa ich. Zamykam oczy i staram się opanować dygotające serce. Nastaje przerażająca cisza. Nikogo nie ma. Xsenia nadal śpi. W sumie jest 4:57 więc nie opłaca mi się spać skoro tak czy śmak za godzinę muszę się uszykować do szkoły. Robię sobie kanapkę cały czas zastanawiając się nad spotkaniem z dziwnymi istotami. Czego ode mnie chciały? Skąd wiedziały gdzie jest Xsenia? Co robiły u mnie w domu? Czy mnie znały? Ja tracę zmysły czy co?! Szklanka wyślizguje mi się z rąk i roztrzaskuje się o podłogę. No pięknie. To był mój ulubiony kubek. Brawo. Cudowny początek soboty, cudowny... Dzwonię do Johna, bo chcę się spytać czy mogę przyjechać dziś ciut wcześniej do koni. Nie odbiera. Dziwne. Zawsze nosi telefon przy sobie. Trudno. Błyskawicznie połykam śniadanie. W sumie zdążę na wcześniejszy autobus i będę mogła pobyć dziś trochę dłużej. Chciałabym, razem z Johnem, zaopiekować się Herą, wyprowadzić ją na spacer i porządnie wyczyścić. Piszę kartkę do mamy i zostawiam ją w widocznym miejscu na stole. Wciągam tenisówki i pędzę na przystanek. Chłodny powiew poranka łaskocze mnie w nos. Wsiadam do autobusu i od razu zajmuję miejsce pod oknem. Ruszamy. Zakładam słuchawki i włączam "I See Fire". Wysiadam na ostatnim przystanku. Kieruję się poza obrzeża miasta. Gdy wychodzę na otwarta przestrzeń zaczynam śpiewać. Dochodzę do stadniny. Stajenni krzątają się pracowicie po podwórzu. Idę za budynek stajni. Wśród trawy bryka prześliczna, mała kopia Hery.
Te same małe uszka, identyczne łagodne spojrzenie ciekawskich oczu, te same długie nogi i waniliowy ogonek. Idealny źrebak. Czyli to już! Jejku, jak się cieszę! John siedzi pod płotem i przygląda się wybrykom małego konika. Otwieram bramę i wchodzę na pastwisko. Źrebak staje w bezruchu unosząc łebek do góry.
-Jaki sweetaśny źrebaczek!
Chłopak odwraca głowę na dźwięk mojego głosu, ale w przeciwną stronę. Podchodzę bliżej i siadam obok. John niespokojnie wodzi oczami, które zachodzą łzami, po pastwisku.
-A gdzie Hera?
Podnosi rękę i wskazuje pastwisko na wzgórzu, na którym zwykle pasła się klacz. Na tle jasnego nieba odcina się ciemny kontur młodego drzewka. Nic nie rozumiem!
-Ty se jaja ze mnie robisz? Gdzie jest Hera?!
Nasze oczy spotykają się na moment.
Po policzkach spływają mu łzy. Złość opada. Źrebak staje dęba wymachując przednimi kopytkami w powietrzu.
-Oddała życie za swoje maleństwo...
-Chcesz powiedzieć, że...
-Musiałem ukrócić jej męki...
John zaciska zęby i odwraca wzrok, starając się powstrzymać płacz. Słowa uderzają mnie jak torpeda, lecz do świadomości docierają jakby w zwolnionym tempie. Nie... Nie! To niemożliwe! Hera nie mogła... John przytula mnie tak mocno i czule jak jeszcze nigdy.
-Dlaczego?!
-Ciii... Udało jej się ur...
-Dlaczego?!
Nie potrafię powstrzymać smutku, który ogarnia cały mój umysł. Miałam zaplanowanych tyle rzeczy. Kto teraz zajmie się źrebakiem?! To rola matki! Dlaczego akurat nas musi zawsze dotykać jakaś tragedia?! W końcu łzy przestały lecieć, a dusza nieznacznie się uspokoiła. Spoglądam w oczy Johna. Zauważam w nich odbicie własnych emocji. Smutek, rozczarowanie, gorycz, tęsknota...
-Nelly, mała klaczka...
-To klaczka?
-Tak...lustrzane odbicie Hery...
Chłopak kładzie mi rękę na ramieniu. Źrebaczek zmęczony kłusowaniem dookoła pastwiska kładzie się. Jego jasna sierść błyszczy w blasku słońca. Piękna Nelly... Samotna Nelly... Ocalona śmiercią matki... Moja Nelly...
* * *
Wracam do domu. wróciłam pierwszym autobusem. Nie jestem w stanie pracować z końmi. Nie mogę patrzeć na pusty boks Hery. Opieram się o ścianę i siadam na podłodze. Nie sądziłam, że śmierć jednego
konia wywoła we mnie tyle negatywnych emocji. Nie potrafię się w tym momencie ogarnąć. Mama przybiega z kuchni i zaniepokojona coś się pyta. Nie słyszę co. Świat przestał mnie obchodzić. Mama podaje mi coś do picia. Dłonie trzęsą mi się tak bardzo, że nie mogę utrzymać szklanki. Biorę łyk ciepłej herbaty z melisy. Kładę się u siebie na łóżku i zamykam drzwi. Ściskam swoją ulubioną poduszkę i myślę. Xsenia, jakby wyczuwając moje rozdrażnienie, nie zbliża się zbyt szybko. Stopniowo, oczywiście w podskokach, przydreptuje do mnie. Pociera pyszczkiem moją zapłakaną twarz. Przytulam ją. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jakie życie jest wartościowe. Tak łatwo można je stracić...
niedziela, 16 marca 2014
Rozdział XII "Przeszkoda"
Grafit podnosi się i zaczyna biegać po wybiegu. Otrzepuję piasek, który zdążył nawłazić wszędzie. Siadam po turecku, krzyżując nogi. Po co się łudziłam?! Jestem do niczego... Nie potrafię nawet przeskoczyć głupiej przeszkody! Bezsilnie składam ręce i zaczynam bawić się piaskiem.
-Nie daj się złamać. Nie przestawaj walczyć. Odwagi... Ja w ciebie wierzę...
Młoda kobieta, a może nawet dziewczyna, stoi w cieniu wierzby rosnącej tuż za ogrodzeniem wybiegu. Witki drzewa kołyszą się na wietrze tworząc swego rodzaju zasłonę. Idę w jej stronę.
-Masz czyste serce, w które zło wlało zwątpienie... Pokaż, że potrafisz dokonać rzeczy niemożliwych dla ludzi...
Piękna pani rzuca mi coś pod nogi. Schylam się i podnoszę błyszczący kamień, z jakimś napisem w dziwnym języku, w kształcie konia stojącego na dwóch tylnych nogach. Pod drzewem nikogo już nie ma. Zniknęła... Ściskam kamień. Podmuch ciepłego wiatru napełnia mnie niesamowitą, magiczną mocą. Chwytam hasającego Grafita i pewnie siadam na jego grzbiecie. Ogier, zdziwiony stanowczością z jaką trzymam lejce, całkowicie mi się podporządkowuje. Ściskam łydkami boki konia prowadząc go dookoła wybiegu, by nabrał rytmu. Rusza galopem na symboliczny płotek. Mocniej siadam w siodle pochylając się tak jakbym robiła to już setki razy. Kopyta rytmicznie dudnią o piaszczystą powierzchnię wybiegu.
Grafit unosi przednie kopyta wybijając się z werwą tylnymi. Widzę przeszkodę. Po chwili, która wydaje się wiecznością, miękko lądujemy po drugiej stronie. Niesamowite uczucie. Jakbym płynęła w powietrzu. Koń pod dotykiem mojej dłoni pytającą odwraca duży, siwy łeb jakby czekał na kolejne polecenia. Czy to nie sen? Marzenia się spełniają? Niemożliwe! Spoglądam jeszcze raz na przeszkodę. Kieruję ogiera w tamtą stronę. Przelatujemy nad płotkiem z taką samą lekkością. Zatrzymuję go i z radością zeskakuje z siodła. Wtulam się w jego siwą grzywę i po raz pierwszy od wielu lekcji uśmiecham się. Ktoś odgarnia mi włosy i zaczesuje za ucho.
-Odwaga wiąże się z ryzykiem, a ryzyko ciągnie za sobą odpowiedzialność... Nie wahaj się dokonując wyboru...
Tajemnicza postać spod drzewa chwyta mnie za dłoń. Jej białe włosy zlewają się z blado-kremową, zwiewną suknią sięgającą ziemi. Promienie słońca padają na przepiękny pierścień z szafirem.
-Nie blokuj się, nic to nie da... Pokaż siłę drzemiącą w twojej duszy! Po prostu walcz...
Rozpływa się w powietrzu. Przede mną pada czyiś cień.
-Udało ci się...
John patrzy z uśmiechem w moje oczy. Odwzajemniam uśmiech. Wypuszczamy Grafita na pastwisko do innych koni.
-Chodź, wyprowadzimy Herę na spacer.
Razem z chłopakiem powoli prowadzimy klacz na lonży. John głaszcze zdenerwowanego konia który nerwowo rozgląda się na boki. Zaczyna zmierzchać. Powinnam jechać do domu, ale nie chcę zostawiać Johna samego z Herą.
-Spokojnie Hera, spokojnie...
-Coś nie tak?
-Nic, nic, tylko, że chyba biorą ją pierwsze skurcze...
-Już?
-Tak. Spokój Hera...
Klacz zarzuca łbem. W jej oczach widać panikę i strach. Chłopak wyciąga coś z kieszeni spodni. Jasny, mały flakonik lśni tajemniczo. Otwiera pysk klaczy i wlewa kilka kropel czerwonego płynu. Koń ma spuchnięte dziąsła. To chyba nie jest dobry znak. Hera natychmiast rozluźnia mięśnie, z jej oczu znika przerażenie.
Jasna grzywa opada na oczy.
-Łał! Co jej podałeś?
John luzuje linę i pozwala popaść się spokojnej już klaczy.
-Ziele Jokenturii jeszcze nigdy mnie nie zawiodło.
-Joken...co?
-Bardzo cenione ziele o właściwościach uspokajających i eliminujących stres, rozluźnia i łagodzi ból... Niezastąpione.
-Czyli? Nie słyszałam o czymś takim.
-Dowiesz się kiedy indziej...
Odprowadzamy Herę do boksu, który znajduje się prawie na samym końcu stajni. Koń opiera łeb o żłób i przymyka oczy. Awww. Słodki widok. Chłopak wchodzi do boksu i siada opierając się plecami o ściankę boksu. Siadam obok niego. Hera raz po raz macha jasnym ogonem. Czyżby to był ten dzień?
* * *
Otwieram drzwi. W domu panuje nienaturalna cisza. Wchodzę do kuchni. Na stole leży kartka "Besso, wrócę późno wieczorem. Odgrzej sobie obiad w mikrofali. Kolacje masz w lodówce. Mama" Uff. Upiekło mi się z powrotem do domu o zmierzchu. Idę do swojego pokoju. Uchylam drzwi. Xsenia sfruwa z żyrandola na moje ramie. Wtula łebek we mnie. Założę się, że coś przeskrobała. Podejrzliwie przechadzam się po pokoju wzrokiem wyszukując szkód. Nic nie ma. Wszystko w należytym porządku. Hmmm dziwne... Wkraczam do kuchni i otwieram lodówkę.
-Fuck!!!
Xsenia bezczelnie zeżarła całe jedzenie! W lodówce nic nie ma! Przeginka! Chwytam stworka za kark tak jak nauczył mnie John.
-Co ty sobie wyobrażasz?!
Potworek szarpie się rycząc głośno. Jednym, błyskawicznym ruchem wyrywa mi się i wylatuje przez otwarte okno kuchni...
Grafit podnosi się i zaczyna biegać po wybiegu. Otrzepuję piasek, który zdążył nawłazić wszędzie. Siadam po turecku, krzyżując nogi. Po co się łudziłam?! Jestem do niczego... Nie potrafię nawet przeskoczyć głupiej przeszkody! Bezsilnie składam ręce i zaczynam bawić się piaskiem.
-Nie daj się złamać. Nie przestawaj walczyć. Odwagi... Ja w ciebie wierzę...
Młoda kobieta, a może nawet dziewczyna, stoi w cieniu wierzby rosnącej tuż za ogrodzeniem wybiegu. Witki drzewa kołyszą się na wietrze tworząc swego rodzaju zasłonę. Idę w jej stronę.
-Masz czyste serce, w które zło wlało zwątpienie... Pokaż, że potrafisz dokonać rzeczy niemożliwych dla ludzi...
Piękna pani rzuca mi coś pod nogi. Schylam się i podnoszę błyszczący kamień, z jakimś napisem w dziwnym języku, w kształcie konia stojącego na dwóch tylnych nogach. Pod drzewem nikogo już nie ma. Zniknęła... Ściskam kamień. Podmuch ciepłego wiatru napełnia mnie niesamowitą, magiczną mocą. Chwytam hasającego Grafita i pewnie siadam na jego grzbiecie. Ogier, zdziwiony stanowczością z jaką trzymam lejce, całkowicie mi się podporządkowuje. Ściskam łydkami boki konia prowadząc go dookoła wybiegu, by nabrał rytmu. Rusza galopem na symboliczny płotek. Mocniej siadam w siodle pochylając się tak jakbym robiła to już setki razy. Kopyta rytmicznie dudnią o piaszczystą powierzchnię wybiegu.
Grafit unosi przednie kopyta wybijając się z werwą tylnymi. Widzę przeszkodę. Po chwili, która wydaje się wiecznością, miękko lądujemy po drugiej stronie. Niesamowite uczucie. Jakbym płynęła w powietrzu. Koń pod dotykiem mojej dłoni pytającą odwraca duży, siwy łeb jakby czekał na kolejne polecenia. Czy to nie sen? Marzenia się spełniają? Niemożliwe! Spoglądam jeszcze raz na przeszkodę. Kieruję ogiera w tamtą stronę. Przelatujemy nad płotkiem z taką samą lekkością. Zatrzymuję go i z radością zeskakuje z siodła. Wtulam się w jego siwą grzywę i po raz pierwszy od wielu lekcji uśmiecham się. Ktoś odgarnia mi włosy i zaczesuje za ucho.
-Odwaga wiąże się z ryzykiem, a ryzyko ciągnie za sobą odpowiedzialność... Nie wahaj się dokonując wyboru...
Tajemnicza postać spod drzewa chwyta mnie za dłoń. Jej białe włosy zlewają się z blado-kremową, zwiewną suknią sięgającą ziemi. Promienie słońca padają na przepiękny pierścień z szafirem.
-Nie blokuj się, nic to nie da... Pokaż siłę drzemiącą w twojej duszy! Po prostu walcz...
Rozpływa się w powietrzu. Przede mną pada czyiś cień.
-Udało ci się...
John patrzy z uśmiechem w moje oczy. Odwzajemniam uśmiech. Wypuszczamy Grafita na pastwisko do innych koni.
-Chodź, wyprowadzimy Herę na spacer.
Razem z chłopakiem powoli prowadzimy klacz na lonży. John głaszcze zdenerwowanego konia który nerwowo rozgląda się na boki. Zaczyna zmierzchać. Powinnam jechać do domu, ale nie chcę zostawiać Johna samego z Herą.
-Spokojnie Hera, spokojnie...
-Coś nie tak?
-Nic, nic, tylko, że chyba biorą ją pierwsze skurcze...
-Już?
-Tak. Spokój Hera...
Klacz zarzuca łbem. W jej oczach widać panikę i strach. Chłopak wyciąga coś z kieszeni spodni. Jasny, mały flakonik lśni tajemniczo. Otwiera pysk klaczy i wlewa kilka kropel czerwonego płynu. Koń ma spuchnięte dziąsła. To chyba nie jest dobry znak. Hera natychmiast rozluźnia mięśnie, z jej oczu znika przerażenie.
Jasna grzywa opada na oczy.
-Łał! Co jej podałeś?
John luzuje linę i pozwala popaść się spokojnej już klaczy.
-Ziele Jokenturii jeszcze nigdy mnie nie zawiodło.
-Joken...co?
-Bardzo cenione ziele o właściwościach uspokajających i eliminujących stres, rozluźnia i łagodzi ból... Niezastąpione.
-Czyli? Nie słyszałam o czymś takim.
-Dowiesz się kiedy indziej...
Odprowadzamy Herę do boksu, który znajduje się prawie na samym końcu stajni. Koń opiera łeb o żłób i przymyka oczy. Awww. Słodki widok. Chłopak wchodzi do boksu i siada opierając się plecami o ściankę boksu. Siadam obok niego. Hera raz po raz macha jasnym ogonem. Czyżby to był ten dzień?
* * *
Otwieram drzwi. W domu panuje nienaturalna cisza. Wchodzę do kuchni. Na stole leży kartka "Besso, wrócę późno wieczorem. Odgrzej sobie obiad w mikrofali. Kolacje masz w lodówce. Mama" Uff. Upiekło mi się z powrotem do domu o zmierzchu. Idę do swojego pokoju. Uchylam drzwi. Xsenia sfruwa z żyrandola na moje ramie. Wtula łebek we mnie. Założę się, że coś przeskrobała. Podejrzliwie przechadzam się po pokoju wzrokiem wyszukując szkód. Nic nie ma. Wszystko w należytym porządku. Hmmm dziwne... Wkraczam do kuchni i otwieram lodówkę.
-Fuck!!!
Xsenia bezczelnie zeżarła całe jedzenie! W lodówce nic nie ma! Przeginka! Chwytam stworka za kark tak jak nauczył mnie John.
-Co ty sobie wyobrażasz?!
Potworek szarpie się rycząc głośno. Jednym, błyskawicznym ruchem wyrywa mi się i wylatuje przez otwarte okno kuchni...
wtorek, 11 marca 2014
Rozdział XI "Siła"
Słońce na chwilę oślepia mnie swoim blaskiem. W powietrzu czuć jeszcze świeżość porannego deszczyku. Dopiero skończyłam dodatkowe lekcje języka hiszpańskiego. Wszyscy już pewnie dawno są w domach i jedzą obiad, a ja muszę czekać jeszcze godzinę do odjazdu autobusu. Ciekawe co robi Xsenia. Czasem zastanawiam się dlaczego jest taka złośliwa i niedostępna. Wczorajszy atak był po prostu chamski. Nadal nie rozumiem dlaczego tak nagle naskoczyła na Błyskawicę. Na jednej z ławek, koło krzaków, siedzi skulona postać. Długie, brązowe włosy zakrywają twarz. Siadam obok niej nie odzywając się. Odgarniam ciemne kosmyki z oczu.
-To ta łajza! Zostaw mnie!
Dziewczyna przerażona odskakuje, traci równowagę i spada z ławki wprost w krzaki, z których wylatują spłoszone wróble. Z krzykiem zatacza się do tyłu i upada prosto w kałużę. Z wrzaskiem obrzydzenia zaczyna rozrzucać się dookoła aż w końcu siada pod drzewem i zakrywa twarz pociętymi rękoma. Zbliżam się do niej. Instynktownie staję przed nią.
-Życie potrafi dać w kość, prawda?
Nie odpowiadam. Przyglądam się płaczącej dziewczynie. Znam ją. Diana. Jedna z "księżniczek". Jak wszystkie od zawsze mi dokuczała. Co tu robi skoro one już dawno poszły gdzieś na miasto?
-Dlaczego znowu się tniesz?
-To zbyt skomplikowane by ci wytłumaczyć...
Niebieskie oczy biegają naokoło nie mogąc znaleźć punktu zaczepienia. Dłonie zaczynają drżeć. Zauważam motylka, którego zamykam w dłoniach. Diana odsuwa się gdy ja przybliżam się z owadem ukrytym w rękach. Czuję jak stworzonko rzuca się szukając światła. Czekam aż się trochę uspokoi i otwieram powoli dłonie.
Owad wspina się na mój palec ruszając skrzydełkami. Dziewczyna z lękiem spogląda na mnie.
-Wyciągnij dłoń...
-Chora jesteś?! Nigdy!
-Powoli. Nie bój się...
Trzęsąc się z emocji wyciąga rękę w moją stronę. Motyl łagodnie przechodzi na jej palec. Siedzi chwilę i wzbija się w powietrze niknąc w blasku słońca. Diana poprawia włosy.
-Od zawsze cię podziwiałam, za wszystko. Za to, że potrafisz być sobą, za to, że nie boisz się przeciwstawiać Saszy, za to, że...
Podnoszę wzrok. Rozmawiam z "księżniczką"... Z tą księżniczką?
-Mówisz o mnie?
-Tak... Ty jesteś taka silna i odważna... Nie tniesz się, nie płaczesz...
-Płaczę nawet nie wiesz jak często.
-Nie widać tego po tobie. Potrafisz powstrzymać łzy czy złość... A potem nagle znikasz...
Nie ma słów, których mogłabym użyć w tym momencie. Chwytam jej pociętą rękę.
-Nie zadawaj sobie bólu, który i tak nie ukoi cierpienia duszy...
Dziwne. Wypowiadam jakby nie swoje słowa. Za drzewami mignęła mi sylwetka białego konia...
-Sasza chce mnie wywalić z naszej paczki... Zaczęły się nade mną znęcać i dręczyć mnie wyśmiewając...
-Po co się jej trzymasz? Nie zasługujesz na takie towarzystwo. Ona cię niszczy...
-Ale ja sobie bez niej nie poradzę!
-Niby dlaczego? Samotność to najlepszy przyjaciel, który pozwala zrozumieć wiele trudnych spraw...
Ktoś znowu podpowiada mi te słowa. Łza spływa po moim policzku.
* * *
Rudi rozpędza się. Za nim wznoszą się tumany kurzu. Wybija się silnymi, tylnymi kopytami. Na chwilę zawisa w powietrzu. Ląduje miękko po drugiej stronie przeszkody. Tym razem dobiega do sporej stacjonaty. Pokonuje ją wysoko wyskakując w górę. Każdy jego skok kipi energią i siłą. Uwielbiam patrzeć na konia pokonującego kolejne płotki. John pewnie siedzi w siodle i z gracją prowadzi ogiera na szereg coraz wyższych płotków. Harmonia i spokój z jakim koń przeskakuje przeszkody działa na mnie uspokajająco. Muszę pogadać z Johnem. I to szybko. Chłopak okrąża wybieg i staje przede mną. Rudi podnosi łeb i prycha na mój widok.
-Cześć!
-John, musimy pogadać.
-Mam się bać?
-Nie wiem.
-O czym chcesz porozmawiać?
-Chodzi o Dianę. Dzisiaj płakała i znowu pocięła się...
-A co nam do tego?
-No w sumie nic, ale...
-Ale?
-Żal mi jej trochę, bo ona chyba w końcu zrozumiała, że Sasza jest okrutna... Diana postanowiła się od nich odłączyć ale boi się potępienia ze strony "księżniczek"...
-Aha..
Głaszczę Rudiego po brązowym czole z gwiazdką. Zawsze chciałam skakać, ale chyba za bardzo się denerwuje...
-Chcesz spróbować?
-Co?
-Pytam się czy spróbujesz przeskoczyć ten mały płotek?
-Nie! Nie! Nie!
-Przecież widzę, że chcesz. Bardzo tego chcesz.
Podaje mi cugle i zsiada z konia. Kasztan zaskoczony tym, że John już na nim nie siedzi odwraca łeb i ze zdziwieniem przypatruje się nam. Nie wiem czy powinnam to zrobić... Kręcąc głową oddaję wodze przyjacielowi.
-Nie jestem w stanie...
-Dlaczego? Dobrze opanowałaś galop i inne rzeczy...
-Ale John, to są skoki! Nigdy sobie nie poradzę!
-Znowu się wkurzasz...
-Przepraszam...
-Lepiej? Więc bez gadania wsiadaj na Rudiego i chociaż spróbuj...
Cofam się. Nie chcę. Nie potrafię mu tego wyjaśnić.
-Dajmy sobie z tym spokój...
-Okey...
Odprowadzamy Rudiego do boksu i wyprowadzamy Grafita. Zaczynamy zwykłą lekcję. Najpierw prowadzenie konia na lonży, później kilka ćwiczeń i krótka przejażdżka po wybiegu. Wykonując wszystkie te ćwiczenia zdałam sobie sprawę, że nigdy nie wystartuję w żadnych zawodach. Nie nadaję się. Jestem do niczego, nie oszukujmy się... Widzę jednego ze stajennych biegnącego w naszą stronę. Zatrzymuję Grafita.
-John! Właścicielka Pioruna chce z tobą rozmawiać!
-Teraz?
-Tak.
-Powiedz, że mam lekcję...
-Mówiłem, ale ona powiedziała, że to pilne.
-Ok. Zaraz będę. Bessa, kłusuj dalej i każ mu zmieniać nogę! Za momencik przyjdę.
Chłopak znika za budynkiem stajni. Tak jak radził zaczęłam kłusować dokoła wybiegu, później w serpentynach i ósemkach. Ogier płynnie zmienia nogę co mnie bardzo cieszy. John wcześniej ustawił przeszkodę ze starej beczki i tyczki. Strasznie kusi. Ściągam wodze i koń staje.
-Grafit, spróbujemy?
Na dźwięk mojego głosu podnosi uszy i zeka na komendę. Popędzam go w stronę przeszkody. Koń stawia uszy i przyspiesza kroku. Zbliżamy się. Serce wali mi jak oszalałe. Czuję jak napina mięśnie. Luzuję nieco lejce. Jeszcze tylko kilka metrów... Nagle opuszcza mnie cała odwaga. Co ja wyprawiam?! Koń czując moją niepewność potężnym wierzgnięciem odrzuca wodze. Nogi wysuwają mi się ze strzemion. W panice chwytam się grzywy. Ogier wybija się. Nie dam rady! Spadam wprost na przeszkodę. A koń upada ciężko na prawy bok. Ałłł...
Słońce na chwilę oślepia mnie swoim blaskiem. W powietrzu czuć jeszcze świeżość porannego deszczyku. Dopiero skończyłam dodatkowe lekcje języka hiszpańskiego. Wszyscy już pewnie dawno są w domach i jedzą obiad, a ja muszę czekać jeszcze godzinę do odjazdu autobusu. Ciekawe co robi Xsenia. Czasem zastanawiam się dlaczego jest taka złośliwa i niedostępna. Wczorajszy atak był po prostu chamski. Nadal nie rozumiem dlaczego tak nagle naskoczyła na Błyskawicę. Na jednej z ławek, koło krzaków, siedzi skulona postać. Długie, brązowe włosy zakrywają twarz. Siadam obok niej nie odzywając się. Odgarniam ciemne kosmyki z oczu.
-To ta łajza! Zostaw mnie!
Dziewczyna przerażona odskakuje, traci równowagę i spada z ławki wprost w krzaki, z których wylatują spłoszone wróble. Z krzykiem zatacza się do tyłu i upada prosto w kałużę. Z wrzaskiem obrzydzenia zaczyna rozrzucać się dookoła aż w końcu siada pod drzewem i zakrywa twarz pociętymi rękoma. Zbliżam się do niej. Instynktownie staję przed nią.
-Życie potrafi dać w kość, prawda?
Nie odpowiadam. Przyglądam się płaczącej dziewczynie. Znam ją. Diana. Jedna z "księżniczek". Jak wszystkie od zawsze mi dokuczała. Co tu robi skoro one już dawno poszły gdzieś na miasto?
-Dlaczego znowu się tniesz?
-To zbyt skomplikowane by ci wytłumaczyć...
Niebieskie oczy biegają naokoło nie mogąc znaleźć punktu zaczepienia. Dłonie zaczynają drżeć. Zauważam motylka, którego zamykam w dłoniach. Diana odsuwa się gdy ja przybliżam się z owadem ukrytym w rękach. Czuję jak stworzonko rzuca się szukając światła. Czekam aż się trochę uspokoi i otwieram powoli dłonie.
Owad wspina się na mój palec ruszając skrzydełkami. Dziewczyna z lękiem spogląda na mnie.
-Wyciągnij dłoń...
-Chora jesteś?! Nigdy!
-Powoli. Nie bój się...
Trzęsąc się z emocji wyciąga rękę w moją stronę. Motyl łagodnie przechodzi na jej palec. Siedzi chwilę i wzbija się w powietrze niknąc w blasku słońca. Diana poprawia włosy.
-Od zawsze cię podziwiałam, za wszystko. Za to, że potrafisz być sobą, za to, że nie boisz się przeciwstawiać Saszy, za to, że...
Podnoszę wzrok. Rozmawiam z "księżniczką"... Z tą księżniczką?
-Mówisz o mnie?
-Tak... Ty jesteś taka silna i odważna... Nie tniesz się, nie płaczesz...
-Płaczę nawet nie wiesz jak często.
-Nie widać tego po tobie. Potrafisz powstrzymać łzy czy złość... A potem nagle znikasz...
Nie ma słów, których mogłabym użyć w tym momencie. Chwytam jej pociętą rękę.
-Nie zadawaj sobie bólu, który i tak nie ukoi cierpienia duszy...
Dziwne. Wypowiadam jakby nie swoje słowa. Za drzewami mignęła mi sylwetka białego konia...
-Sasza chce mnie wywalić z naszej paczki... Zaczęły się nade mną znęcać i dręczyć mnie wyśmiewając...
-Po co się jej trzymasz? Nie zasługujesz na takie towarzystwo. Ona cię niszczy...
-Ale ja sobie bez niej nie poradzę!
-Niby dlaczego? Samotność to najlepszy przyjaciel, który pozwala zrozumieć wiele trudnych spraw...
Ktoś znowu podpowiada mi te słowa. Łza spływa po moim policzku.
* * *
Rudi rozpędza się. Za nim wznoszą się tumany kurzu. Wybija się silnymi, tylnymi kopytami. Na chwilę zawisa w powietrzu. Ląduje miękko po drugiej stronie przeszkody. Tym razem dobiega do sporej stacjonaty. Pokonuje ją wysoko wyskakując w górę. Każdy jego skok kipi energią i siłą. Uwielbiam patrzeć na konia pokonującego kolejne płotki. John pewnie siedzi w siodle i z gracją prowadzi ogiera na szereg coraz wyższych płotków. Harmonia i spokój z jakim koń przeskakuje przeszkody działa na mnie uspokajająco. Muszę pogadać z Johnem. I to szybko. Chłopak okrąża wybieg i staje przede mną. Rudi podnosi łeb i prycha na mój widok.
-Cześć!
-John, musimy pogadać.
-Mam się bać?
-Nie wiem.
-O czym chcesz porozmawiać?
-Chodzi o Dianę. Dzisiaj płakała i znowu pocięła się...
-A co nam do tego?
-No w sumie nic, ale...
-Ale?
-Żal mi jej trochę, bo ona chyba w końcu zrozumiała, że Sasza jest okrutna... Diana postanowiła się od nich odłączyć ale boi się potępienia ze strony "księżniczek"...
-Aha..
Głaszczę Rudiego po brązowym czole z gwiazdką. Zawsze chciałam skakać, ale chyba za bardzo się denerwuje...
-Chcesz spróbować?
-Co?
-Pytam się czy spróbujesz przeskoczyć ten mały płotek?
-Nie! Nie! Nie!
-Przecież widzę, że chcesz. Bardzo tego chcesz.
Podaje mi cugle i zsiada z konia. Kasztan zaskoczony tym, że John już na nim nie siedzi odwraca łeb i ze zdziwieniem przypatruje się nam. Nie wiem czy powinnam to zrobić... Kręcąc głową oddaję wodze przyjacielowi.
-Nie jestem w stanie...
-Dlaczego? Dobrze opanowałaś galop i inne rzeczy...
-Ale John, to są skoki! Nigdy sobie nie poradzę!
-Znowu się wkurzasz...
-Przepraszam...
-Lepiej? Więc bez gadania wsiadaj na Rudiego i chociaż spróbuj...
Cofam się. Nie chcę. Nie potrafię mu tego wyjaśnić.
-Dajmy sobie z tym spokój...
-Okey...
Odprowadzamy Rudiego do boksu i wyprowadzamy Grafita. Zaczynamy zwykłą lekcję. Najpierw prowadzenie konia na lonży, później kilka ćwiczeń i krótka przejażdżka po wybiegu. Wykonując wszystkie te ćwiczenia zdałam sobie sprawę, że nigdy nie wystartuję w żadnych zawodach. Nie nadaję się. Jestem do niczego, nie oszukujmy się... Widzę jednego ze stajennych biegnącego w naszą stronę. Zatrzymuję Grafita.
-John! Właścicielka Pioruna chce z tobą rozmawiać!
-Teraz?
-Tak.
-Powiedz, że mam lekcję...
-Mówiłem, ale ona powiedziała, że to pilne.
-Ok. Zaraz będę. Bessa, kłusuj dalej i każ mu zmieniać nogę! Za momencik przyjdę.
Chłopak znika za budynkiem stajni. Tak jak radził zaczęłam kłusować dokoła wybiegu, później w serpentynach i ósemkach. Ogier płynnie zmienia nogę co mnie bardzo cieszy. John wcześniej ustawił przeszkodę ze starej beczki i tyczki. Strasznie kusi. Ściągam wodze i koń staje.
-Grafit, spróbujemy?
Na dźwięk mojego głosu podnosi uszy i zeka na komendę. Popędzam go w stronę przeszkody. Koń stawia uszy i przyspiesza kroku. Zbliżamy się. Serce wali mi jak oszalałe. Czuję jak napina mięśnie. Luzuję nieco lejce. Jeszcze tylko kilka metrów... Nagle opuszcza mnie cała odwaga. Co ja wyprawiam?! Koń czując moją niepewność potężnym wierzgnięciem odrzuca wodze. Nogi wysuwają mi się ze strzemion. W panice chwytam się grzywy. Ogier wybija się. Nie dam rady! Spadam wprost na przeszkodę. A koń upada ciężko na prawy bok. Ałłł...
niedziela, 9 marca 2014
Rozdział X "Sekundy"
-Bessa, gdzie jest kurczak na obiad?
-Nie było go w lodówce mamo.
-Ale ja go wczoraj kupiłam.
-Nie wiem.
-Bessa, co się tu dzieje?
-Ale w sensie?
-Coś kręcisz...
-Dlaczego tak sądzisz?
-Przecież widzę, że kłamiesz. Co zrobiłaś?!
-Ale to nie ja!
-Nie tej tej no wcale! Więc kto inny?
"Smok" przemknęło mi przez myśl, lecz nie odezwałam się. John staje za mną tak jak się umówiliśmy.
-Mój pies, proszę pani.
-Pies?
-Tak...
Do kuchni przydreptuje średniej wielkości husky. Siada przy mojej nodze. Niebieskie oczy lśnią magicznym blaskiem pośród bujnej sierści. Mama, nie lubiąca tak dużych psów, odsuwa się i siada przy stole.
-"Ten" pies?
-Błyskawica. Niech pani wybaczy. Ja mogę odkupić kurczaka...
-Nie musisz, zrobię dziś kotlety. Zjesz z nami?
-Nie będę pani dłużej przeszkadzał...
-Nie przeszkadzasz. Obiad za pół godziny.
-Chyba raczej kolacja...
Zamykam drzwi od swojego pokoju.
Xsenia warczy bujając się na lampie. Husky stawia prosto czarne jak noc uszy i przypatruje się smokowi. Stworek zaczyna krążyć pod sufitem trzepocząc skrzydłami. John chwyta psa za obrożę, by się nie wyrywał. Smok zniża swój lot i siada na moim ramieniu wciąż wpatrzona w husky'iego.
-Spokojnie. Błyskawica zna zachowania smoków, więc nie powinno być problemów...
-Skąd je zna?
-Wychowała się przecież wśród smoków...
-Wśród smoków?
-W Szmaragdowych Górach...
-Mów po ludzku, bo nie łapię.
Błyskawica pod dotykiem łagodnej, lecz stanowczej ręki Johna kładzie się u jego stóp nie spuszczając jednak wzroku ze stworka. Siadam bliżej przyjaciela kładąc mu rękę na ramieniu. Smoczyca rozkłada skrzydła, by wydawać się większa niż jest w rzeczywistości. Pies unosi łapę do góry i wstaje. Widzę mięśnie napinające się pod jej skórą. W gardle słyszę bulgot warknięcia. John ciągnie za obrożę podenerwowaną suczkę.
-Demonstracja siły... Trzymaj Xsenię!
Nim zdążyłam się zorientować co się dzieje, smok zeskoczył na grzbiet psa i zatopił kły w puszysty kark. Błyskawica zareagowała natychmiast. Chwyciła potworka w pysk i odrzuciła pod ścianę. Jasna sierść zabarwia się na kolor purpury. Smok atakuje ponownie wgryzając się w prawe ucho psa, który skomląc stara się go zrzucić. Chłopak chwyta Xsenię za kark, lecz ta nie zamierza puścić wręcz przeciwnie, wbija kły coraz głębiej. Nie wiem co robić. Próbuję odciągnąć Błyskawicę, która rzuca się zajadle. Jej kły przez przypadek zanurzają się w mojej dłoni. Odskakuję w bok. Pies zaczyna biegać po całym pokoju robiąc istną demolkę. John czym prędzej rzuca się na walczące zwierzęta. Ucho zwisa coraz niżej... Chłopak wyciąga mały sztylet i zbliża się do psa. Xsenia rycząc mocniej zaciska szczęki połykając ciepłą krew. Przyjaciel silną ręką ściska ciało szamotającego się husky'iego i szybkim ruchem odcina ucho, w które wczepiony jest stworek. Błyskawica z jękiem bólu pada zmęczona na ziemię. Nastaje głucha cisza. Smok w bezruchu leży koło szafy.
-Co tu się dzieje?!
Mama rozgląda się po całym bałaganie. John zakrywa krwawiącą suczkę i udaje, że sprawdza coś na telefonie.
-Błyskawica próbowała złapać osę, mamo.
-Osę?! Gdzie?!
-Spokojnie, proszę pani, już ją zabiliśmy.
-Aha. To dobrze. Chodźcie na obiad.
* * *
Xsenia wtula pyszczek w moją piżamę. Ciekawe jak wydostała się z szuflady... Nie chcę wiedzieć. Gaszę światło. Powoli odpływam w sen...
Gdzieś za zaroślami, biegnie ciemny koń.
Jasna woda błyszczy smagana podmuchami delikatnego wiaterku. Mgła niczym kołderka okrywa drzewa pobliskiego lasu. Grzywa powiewa, kopyta stukają w oddali. Biegnie sam.
Staje w całej swej okazałości przede mną. Umięśnioną szyję schyla nisko jakby oddawał mi pokłon. Ciemne oczy zachęcająco spoglądają na mnie błyszcząc magicznie. Kładę dłoń na potężnym grzbiecie konia i niezdecydowana stoję. Zwierzę widząc moją niepewność odwraca łeb spoglądając ze zdziwieniem w moje oczy.
-Bessa, gdzie jest kurczak na obiad?
-Nie było go w lodówce mamo.
-Ale ja go wczoraj kupiłam.
-Nie wiem.
-Bessa, co się tu dzieje?
-Ale w sensie?
-Coś kręcisz...
-Dlaczego tak sądzisz?
-Przecież widzę, że kłamiesz. Co zrobiłaś?!
-Ale to nie ja!
-Nie tej tej no wcale! Więc kto inny?
"Smok" przemknęło mi przez myśl, lecz nie odezwałam się. John staje za mną tak jak się umówiliśmy.
-Mój pies, proszę pani.
-Pies?
-Tak...
Do kuchni przydreptuje średniej wielkości husky. Siada przy mojej nodze. Niebieskie oczy lśnią magicznym blaskiem pośród bujnej sierści. Mama, nie lubiąca tak dużych psów, odsuwa się i siada przy stole.
-"Ten" pies?
-Błyskawica. Niech pani wybaczy. Ja mogę odkupić kurczaka...
-Nie musisz, zrobię dziś kotlety. Zjesz z nami?
-Nie będę pani dłużej przeszkadzał...
-Nie przeszkadzasz. Obiad za pół godziny.
-Chyba raczej kolacja...
Zamykam drzwi od swojego pokoju.
Xsenia warczy bujając się na lampie. Husky stawia prosto czarne jak noc uszy i przypatruje się smokowi. Stworek zaczyna krążyć pod sufitem trzepocząc skrzydłami. John chwyta psa za obrożę, by się nie wyrywał. Smok zniża swój lot i siada na moim ramieniu wciąż wpatrzona w husky'iego.
-Spokojnie. Błyskawica zna zachowania smoków, więc nie powinno być problemów...
-Skąd je zna?
-Wychowała się przecież wśród smoków...
-Wśród smoków?
-W Szmaragdowych Górach...
-Mów po ludzku, bo nie łapię.
Błyskawica pod dotykiem łagodnej, lecz stanowczej ręki Johna kładzie się u jego stóp nie spuszczając jednak wzroku ze stworka. Siadam bliżej przyjaciela kładąc mu rękę na ramieniu. Smoczyca rozkłada skrzydła, by wydawać się większa niż jest w rzeczywistości. Pies unosi łapę do góry i wstaje. Widzę mięśnie napinające się pod jej skórą. W gardle słyszę bulgot warknięcia. John ciągnie za obrożę podenerwowaną suczkę.
-Demonstracja siły... Trzymaj Xsenię!
Nim zdążyłam się zorientować co się dzieje, smok zeskoczył na grzbiet psa i zatopił kły w puszysty kark. Błyskawica zareagowała natychmiast. Chwyciła potworka w pysk i odrzuciła pod ścianę. Jasna sierść zabarwia się na kolor purpury. Smok atakuje ponownie wgryzając się w prawe ucho psa, który skomląc stara się go zrzucić. Chłopak chwyta Xsenię za kark, lecz ta nie zamierza puścić wręcz przeciwnie, wbija kły coraz głębiej. Nie wiem co robić. Próbuję odciągnąć Błyskawicę, która rzuca się zajadle. Jej kły przez przypadek zanurzają się w mojej dłoni. Odskakuję w bok. Pies zaczyna biegać po całym pokoju robiąc istną demolkę. John czym prędzej rzuca się na walczące zwierzęta. Ucho zwisa coraz niżej... Chłopak wyciąga mały sztylet i zbliża się do psa. Xsenia rycząc mocniej zaciska szczęki połykając ciepłą krew. Przyjaciel silną ręką ściska ciało szamotającego się husky'iego i szybkim ruchem odcina ucho, w które wczepiony jest stworek. Błyskawica z jękiem bólu pada zmęczona na ziemię. Nastaje głucha cisza. Smok w bezruchu leży koło szafy.
-Co tu się dzieje?!
Mama rozgląda się po całym bałaganie. John zakrywa krwawiącą suczkę i udaje, że sprawdza coś na telefonie.
-Błyskawica próbowała złapać osę, mamo.
-Osę?! Gdzie?!
-Spokojnie, proszę pani, już ją zabiliśmy.
-Aha. To dobrze. Chodźcie na obiad.
* * *
Xsenia wtula pyszczek w moją piżamę. Ciekawe jak wydostała się z szuflady... Nie chcę wiedzieć. Gaszę światło. Powoli odpływam w sen...
Gdzieś za zaroślami, biegnie ciemny koń.
Jasna woda błyszczy smagana podmuchami delikatnego wiaterku. Mgła niczym kołderka okrywa drzewa pobliskiego lasu. Grzywa powiewa, kopyta stukają w oddali. Biegnie sam.
Staje w całej swej okazałości przede mną. Umięśnioną szyję schyla nisko jakby oddawał mi pokłon. Ciemne oczy zachęcająco spoglądają na mnie błyszcząc magicznie. Kładę dłoń na potężnym grzbiecie konia i niezdecydowana stoję. Zwierzę widząc moją niepewność odwraca łeb spoglądając ze zdziwieniem w moje oczy.

Już wiem. Jednym skokiem siadam na jego grzbiecie. Koń zadowolony prycha i rzuca się galopem przez las. W ostatniej chwili chwytam się jego ciemnobrązowej grzywy. Zsuwam się z niego. Nie mam oparcia dla nóg. Nie potrafię jeździć na oklep! Co ja teraz zrobię?! Gwałtowny skręt prawie zrzuca mnie na ziemię. Jakimś cudem udaje mi się utrzymać na grzbiecie pędzącego bez opamiętania konia. Momentalnie nieruchomieje stając wyprostowany na szczycie klifu. Pod nami krzyczy wzburzone morze.
Czarny jednorożec biegnie poprzez wodę. Woda obmywa kopyta co chwilę znikające w jej otchłani. Na grzbiecie siedzi jakaś postać w bladoniebieskim płaszczu z kapturem. Wierzchowiec zatrzymuje się i staje dęba. Istota odwraca głowę. Delikatne rysy twarzy niczym anioł, białe włosy niczym śnieg, błękitno-szare oczy, które hipnotyzują swoim urokiem... Odrzuca kaptur z głowy i spogląda w moje oczy. Bryza rozwiewa jej włosy. Potężna fala uderza o brzeg. W ułamku sekundy wyciąga ukryty za płaszczem łuk i napina strzałę. Wypuszcza ją prosto na mnie. Coś ściska moje gardło, gdy grot strzały przeszywa moją krtań...
wtorek, 4 marca 2014
Rozdział IX "Prawda? Magia?"
Wielkie stworzenie składa skórzaste skrzydła. Purpurowe ślepia błyszczą w ciemności. Z paszczy wydobywają się duszące opary. Zwierzę przekrzywia rogaty łeb szczerząc kły ociekające krwią. Stwór znika pozostawiając za sobą płonące kontury drzew...
Wzburzone turkusowe fale wciągają mnie zamykając nade mną swą toń. Jakaś siła ciągnie mnie w dół. Wszędzie tylko woda. Robi mi się coraz zimniej. Nie mogę się poruszyć. Spadam coraz niżej. Ocean połyka mnie odbierając mi tlen. Płuca cisną mnie domagając się powietrza. W oddali pojawia się bladoniebieski kształt...
-Aaaaa!
-Cicho!
-To boli!
-Ciii...
John polewa mi rękę lodowatą wodą. Przykładam sobie prawą rękę do skroni, które pulsują niczym bębny. Czuję jak ból rozsadza mi głowę.
-Aaaaaa!
-Ciii... Nie krzycz...
Chłopak oczyszcza mi ranę biegnącą od palców aż do nadgarstka. Same palce powyginane są pod dziwnym kątem. Lewa ręka zwisa bezwładnie. Spotykam zielono-szare oczy pełne niepokoju i strachu. John wypowiada coś w nieznanym mi języku o łagodnym, melodyjnym brzmieniu. Moja lewa dłoń pęcznieje i zaczyna płonąć żywym ogniem, który wypala mi dziurę. Nic nie czuję, ale sam fakt, że ogień zjada moją rękę nie jest zbyt pocieszający. Jakieś dzikie, zielone pnącza oplatają się wokół ręki, wbijając się w skórę. Chłopak przymyka moje powieki. Łagodny, lecz nieprzyjemny prąd przechodzi przez całe ciało.
-Przepraszam John. Miałeś rację co do smoka...
Nim skończyłam mówić przyjaciel ujął moją twarz w dłonie i gorąco mnie pocałował. Znów poczułam to nieziemskie uczucie spokoju i bezpieczeństwa. Wtuliłam się w niego poddając się cudownemu uczuciu. W jego oczach nie ma już złości.
-Wybacz, zwątpiłem...
-Powinnam była cię posłuchać...
-Nie powinienem na ciebie krzyczeć... Wybacz...
Chłopak ponownie zanurza swoje usta w moich. Odpływam w błogą krainę równowagi...
W blasku słońca pasą się 3 konie. Srokata klacz imieniem Bella stawia prosto uszy i przypatruje mi się uważnie.
John łagodnym głosem szepce w moją stronę.
-Pamiętaj, nie spinaj się, bo uzna cię za ewentualne zagrożenie. Pokaż jej, że może ci zaufać.
Postępuje zgodnie ze wskazówkami przyjaciela. Klacz zbliża się do mnie stawiając małe kroki. Wystawiam dłoń i czekam. Koń zniża szlachetnie rzeźbiony łeb na wysokość mojej głowy wypuszczając powietrze z nozdrzy w moje włosy i obwąchując moją dłoń. Znak zaufania. Gładzę delikatny, jasny pysk z ciemną plamą.
-Sporo wiesz o koniach.
John podnosi zdziwiony wzrok na mnie.
-Bywało się tu i ówdzie.
-Świetnie je rozumiesz.
-Pfff. Może...
-Czemu tak mówisz? Wiesz przecież więcej ode mnie.
-Oj żebyś się nie zdziwiła.
-John, co cię gryzie?
-Mnie? Nic.
-Przecież widzę. Co się stało?
-Nic.
-No ej.
-Wszystko okey.
-Nie, nie wszystko, bo widzę, że coś jest nie tak...
-Po prostu ostatnio za dużo myślę...
-O czym?
-Eeee to nic takiego.
-To znaczy?
-Nieważne...
-Hm?
-Nic takiego.
-Chyba łatwiej porozmawiać niż dusić w sobie problem...
-Ty i tak nie zrozumiesz...
-Chociaż spróbuj... Nic nie stracisz na rozmowie...
-Właśnie, że ciebie stracę... Znaczy, mogę stracić...
-Dlaczego? Coś ze mną nie tak?
-Tu chodzi o... Nieważne, zapomnij.
-Jak chcesz...
-Chcę pobyć z tobą jak najdłużej dopóki nie dowiesz się całej prawdy...
-Prawdy?
-Wiesz już, że jesteś elfem. Prawda ukaże się po drugiej stronie życia...
-Znowu gadasz jak idiota. Mów normalnie.
-Bardziej normalnie się już nie da...
Bella zarzuca łbem i wydaje z siebie radosne rżenie. Jeden ze stajennych wyprowadza ciężarną Herę na sąsiednie pastwisko. Koń stąpa ociężale, lecz unosi łeb na dźwięk rżenia Belli. Izabelowata sierść Hery lśni w blasku słońca.
-W tym tygodniu na pewno się oźrebi...
-Słyszałam, że ma jeszcze dobre 3 tygodnie...
-Źrebaki rzadko rodzą się w wyznaczonym terminie. Przypatrz się jej. Wszystko rozegra się w przeciągu 5 dni.
-A to nie za wcześnie?
Skądże, to normalne. To jej 3 ciąża więc stres już trochę mniejszy...
Klacz prycha i zbliża się do płotu. Zmęczone, ciemne oczy wpatrują się w Johna. Wtula swój waniliowy łeb w jego pocieszające ramiona.
-I pomyśleć, że gdyby nie moje przeczucie skończyłaby w rzeźni...
-Naprawdę?
-Była młodą, narowistą klaczą wystawioną na targu końskim. Kupiłem ją i zacząłem trenować. Odkryłem jej niezwykły talent do skoków... Moja kochana...
-Już nie mogę się doczekać małego źrebaczka!
John nie odpowiada tylko przeczesuje złotą grzywę klaczy. W oczach zauważam łzy.
-Coś nie tak?
-Nie, nie. Nic...
-John?
-Boję się o nią, ponieważ pierwszego źrebaka urodziła za wcześnie i zdechł, a drugiego urodziła martwego...
-Biedna... Współczuję...
-Zależy mi na małym...
Gładzę miękki pysk konia. Straciła dwoje swoich dzieci, małych koników. Nie pozwolę stracić jej kolejnych. Urodzi, a ja będę ją wspierać!
* * *
Wchodzę z Johnem do domu. Pod drzwiami walają się rozsznurowane buty. Co?! Idę dalej. Ściągam trampki i zmierzam do kuchni. Ręce mi opadły. po prostu brak słów. Chłopak z lekkim uśmiechem na twarzy spogląda na bajzel. Po podłodze walają się jakieś kości, dziury w szafkach świadczą o tym, że mały smok pewnie próbował dobrać się do jedzenia. Lodówka otwarta jest na oścież. Świeci w niej pustkami.
-A gdzie kurczak na obiad?
-Yyyy chyba tam...
John wskazuje na resztę osmolonej kości ze skrzydełka kury. No tak. Zostaw smoka w domu na kilka godzin. Wkraczam, wściekła do granic możliwości, do swojego pokoju.
Xsenia siedzi na białym kamieniu, który przywiozłam na pamiątkę z gór. Taaa. Nie miała wygodniejszego miejsca?! Fioletowe oczy wyrażają słodką niewinność. Grrr. Na mój widok rozkłada skrzydła i ląduje na moim ramieniu zadowolona jak nie wiem co. John przygląda się nieufnie smokowi.
-Urosła...
Zrzucam Xsenię na podłogę. Zdziwiona takim obrotem sprawy otwiera paszczę wydobywając z niej ryk połączony z płomieniem. Chłopak szybkim ruchem chwyta stworka za kark, ściskając mu pysk. Smoczyca walczy chwilę zajadle, po czym pozostaje w bezruchu mrugając zdumiałymi oczami.
-Co ja powiem mamie?
-Musisz coś zmyślić...
-Niby co?
-No, nie wiem...
Xsenia ponownie stara się wydostać z uścisku Johna, lecz on trzyma ją mocno i pewnie. Podziwiam go. Ja nie potrafiłabym chwycić tak smoka.
-Dlaczego ją tak trzymasz?
-Daję jej tym do zrozumienia, że dopóki będzie się szarpać nie wypuszczę jej. Musi nauczyć się być posłuszna silniejszym. Na wolności ustalaniem hierarchii w stadzie zajmuje się On... Tutaj to my musimy pokazać jej miejsce w naszym niby stadzie.
-Aha. Rozumiem. Chyba...
-Silniejszy rządzi i ustala miejsce innych.
-O, tak lepiej. Teraz rozumiem.
-Nie chcę nic mówić, ale jest już prawie 16...
-Że co?! Mama wraca za godzinę!
Wielkie stworzenie składa skórzaste skrzydła. Purpurowe ślepia błyszczą w ciemności. Z paszczy wydobywają się duszące opary. Zwierzę przekrzywia rogaty łeb szczerząc kły ociekające krwią. Stwór znika pozostawiając za sobą płonące kontury drzew...
Wzburzone turkusowe fale wciągają mnie zamykając nade mną swą toń. Jakaś siła ciągnie mnie w dół. Wszędzie tylko woda. Robi mi się coraz zimniej. Nie mogę się poruszyć. Spadam coraz niżej. Ocean połyka mnie odbierając mi tlen. Płuca cisną mnie domagając się powietrza. W oddali pojawia się bladoniebieski kształt...
-Aaaaa!
-Cicho!
-To boli!
-Ciii...
John polewa mi rękę lodowatą wodą. Przykładam sobie prawą rękę do skroni, które pulsują niczym bębny. Czuję jak ból rozsadza mi głowę.
-Aaaaaa!
-Ciii... Nie krzycz...
Chłopak oczyszcza mi ranę biegnącą od palców aż do nadgarstka. Same palce powyginane są pod dziwnym kątem. Lewa ręka zwisa bezwładnie. Spotykam zielono-szare oczy pełne niepokoju i strachu. John wypowiada coś w nieznanym mi języku o łagodnym, melodyjnym brzmieniu. Moja lewa dłoń pęcznieje i zaczyna płonąć żywym ogniem, który wypala mi dziurę. Nic nie czuję, ale sam fakt, że ogień zjada moją rękę nie jest zbyt pocieszający. Jakieś dzikie, zielone pnącza oplatają się wokół ręki, wbijając się w skórę. Chłopak przymyka moje powieki. Łagodny, lecz nieprzyjemny prąd przechodzi przez całe ciało.
-Przepraszam John. Miałeś rację co do smoka...
Nim skończyłam mówić przyjaciel ujął moją twarz w dłonie i gorąco mnie pocałował. Znów poczułam to nieziemskie uczucie spokoju i bezpieczeństwa. Wtuliłam się w niego poddając się cudownemu uczuciu. W jego oczach nie ma już złości.
-Wybacz, zwątpiłem...
-Powinnam była cię posłuchać...
-Nie powinienem na ciebie krzyczeć... Wybacz...
Chłopak ponownie zanurza swoje usta w moich. Odpływam w błogą krainę równowagi...
W blasku słońca pasą się 3 konie. Srokata klacz imieniem Bella stawia prosto uszy i przypatruje mi się uważnie.
John łagodnym głosem szepce w moją stronę.
-Pamiętaj, nie spinaj się, bo uzna cię za ewentualne zagrożenie. Pokaż jej, że może ci zaufać.
Postępuje zgodnie ze wskazówkami przyjaciela. Klacz zbliża się do mnie stawiając małe kroki. Wystawiam dłoń i czekam. Koń zniża szlachetnie rzeźbiony łeb na wysokość mojej głowy wypuszczając powietrze z nozdrzy w moje włosy i obwąchując moją dłoń. Znak zaufania. Gładzę delikatny, jasny pysk z ciemną plamą.
-Sporo wiesz o koniach.
John podnosi zdziwiony wzrok na mnie.
-Bywało się tu i ówdzie.
-Świetnie je rozumiesz.
-Pfff. Może...
-Czemu tak mówisz? Wiesz przecież więcej ode mnie.
-Oj żebyś się nie zdziwiła.
-John, co cię gryzie?
-Mnie? Nic.
-Przecież widzę. Co się stało?
-Nic.
-No ej.
-Wszystko okey.
-Nie, nie wszystko, bo widzę, że coś jest nie tak...
-Po prostu ostatnio za dużo myślę...
-O czym?
-Eeee to nic takiego.
-To znaczy?
-Nieważne...
-Hm?
-Nic takiego.
-Chyba łatwiej porozmawiać niż dusić w sobie problem...
-Ty i tak nie zrozumiesz...
-Chociaż spróbuj... Nic nie stracisz na rozmowie...
-Właśnie, że ciebie stracę... Znaczy, mogę stracić...
-Dlaczego? Coś ze mną nie tak?
-Tu chodzi o... Nieważne, zapomnij.
-Jak chcesz...
-Chcę pobyć z tobą jak najdłużej dopóki nie dowiesz się całej prawdy...
-Prawdy?
-Wiesz już, że jesteś elfem. Prawda ukaże się po drugiej stronie życia...
-Znowu gadasz jak idiota. Mów normalnie.
-Bardziej normalnie się już nie da...
Bella zarzuca łbem i wydaje z siebie radosne rżenie. Jeden ze stajennych wyprowadza ciężarną Herę na sąsiednie pastwisko. Koń stąpa ociężale, lecz unosi łeb na dźwięk rżenia Belli. Izabelowata sierść Hery lśni w blasku słońca.
-W tym tygodniu na pewno się oźrebi...
-Słyszałam, że ma jeszcze dobre 3 tygodnie...
-Źrebaki rzadko rodzą się w wyznaczonym terminie. Przypatrz się jej. Wszystko rozegra się w przeciągu 5 dni.
-A to nie za wcześnie?
Skądże, to normalne. To jej 3 ciąża więc stres już trochę mniejszy...
Klacz prycha i zbliża się do płotu. Zmęczone, ciemne oczy wpatrują się w Johna. Wtula swój waniliowy łeb w jego pocieszające ramiona.
-I pomyśleć, że gdyby nie moje przeczucie skończyłaby w rzeźni...
-Naprawdę?
-Była młodą, narowistą klaczą wystawioną na targu końskim. Kupiłem ją i zacząłem trenować. Odkryłem jej niezwykły talent do skoków... Moja kochana...
-Już nie mogę się doczekać małego źrebaczka!
John nie odpowiada tylko przeczesuje złotą grzywę klaczy. W oczach zauważam łzy.
-Coś nie tak?
-Nie, nie. Nic...
-John?
-Boję się o nią, ponieważ pierwszego źrebaka urodziła za wcześnie i zdechł, a drugiego urodziła martwego...
-Biedna... Współczuję...
-Zależy mi na małym...
Gładzę miękki pysk konia. Straciła dwoje swoich dzieci, małych koników. Nie pozwolę stracić jej kolejnych. Urodzi, a ja będę ją wspierać!
* * *
Wchodzę z Johnem do domu. Pod drzwiami walają się rozsznurowane buty. Co?! Idę dalej. Ściągam trampki i zmierzam do kuchni. Ręce mi opadły. po prostu brak słów. Chłopak z lekkim uśmiechem na twarzy spogląda na bajzel. Po podłodze walają się jakieś kości, dziury w szafkach świadczą o tym, że mały smok pewnie próbował dobrać się do jedzenia. Lodówka otwarta jest na oścież. Świeci w niej pustkami.
-A gdzie kurczak na obiad?
-Yyyy chyba tam...
John wskazuje na resztę osmolonej kości ze skrzydełka kury. No tak. Zostaw smoka w domu na kilka godzin. Wkraczam, wściekła do granic możliwości, do swojego pokoju.
Xsenia siedzi na białym kamieniu, który przywiozłam na pamiątkę z gór. Taaa. Nie miała wygodniejszego miejsca?! Fioletowe oczy wyrażają słodką niewinność. Grrr. Na mój widok rozkłada skrzydła i ląduje na moim ramieniu zadowolona jak nie wiem co. John przygląda się nieufnie smokowi.
-Urosła...
Zrzucam Xsenię na podłogę. Zdziwiona takim obrotem sprawy otwiera paszczę wydobywając z niej ryk połączony z płomieniem. Chłopak szybkim ruchem chwyta stworka za kark, ściskając mu pysk. Smoczyca walczy chwilę zajadle, po czym pozostaje w bezruchu mrugając zdumiałymi oczami.
-Co ja powiem mamie?
-Musisz coś zmyślić...
-Niby co?
-No, nie wiem...
Xsenia ponownie stara się wydostać z uścisku Johna, lecz on trzyma ją mocno i pewnie. Podziwiam go. Ja nie potrafiłabym chwycić tak smoka.
-Dlaczego ją tak trzymasz?
-Daję jej tym do zrozumienia, że dopóki będzie się szarpać nie wypuszczę jej. Musi nauczyć się być posłuszna silniejszym. Na wolności ustalaniem hierarchii w stadzie zajmuje się On... Tutaj to my musimy pokazać jej miejsce w naszym niby stadzie.
-Aha. Rozumiem. Chyba...
-Silniejszy rządzi i ustala miejsce innych.
-O, tak lepiej. Teraz rozumiem.
-Nie chcę nic mówić, ale jest już prawie 16...
-Że co?! Mama wraca za godzinę!
niedziela, 2 marca 2014
Rozdział VIII "Mały zabójca"
Rzucam pospieszne spojrzenie Johnowi.
-Trzeba mu jakoś pomóc.
-To jest smok. Prędzej czy później dorośnie i odezwą się w nim instynkty zabójcy...
-Ale to przecież takie słodkie maleństwo...
-To maszyna ziejąca ogniem i zabijająca wszystko co się rusza... To przyszły morderca!
-I kto to mówi? Ten co twierdzi, że nikt nie powinien być poniżany...
-Ale to smok! Wyrzuć go albo daj mi.
Gdzie się podział ten John, którego poznałam? Ten chłopak, który wszystkich traktuje z należytym szacunkiem?
-Nie mogę go wyrzucić, jest zbyt mały...
John nieufnie przygląda się smokowi, który stara się wydobyć ogień z gardziołka. Po kilku nieudanych próbach maluch szeroko ziewa i zwija się w kulkę. Awww. Słodycz.
-Powiem krótko: wyrzuć albo zabij.
-Co?! To jeszcze dziecko!
-Raz, dwa...
-Ale to...
-Nie widzisz tych płonących ślepi? Ostrych kłów? To śmierć odziana w zbroję z łusek! Nie widzisz tego?!
-Trzeba mu pomóc...
-On cię zabije! Jak nie dziś, to za tydzień!
-John zrozum, że...
-Nie! To ty zrozum. Zabij póki jeszcze nie odzyskał sił, bo inaczej ja to zrobię.
-Mam mordować niewinne stworzenia?!
-Uduś!
-Nie!
-Będziesz żałować...
-Nie tykaj mojego smoka!
-Oddaj mi go! Zapewniam cię, że nic nie poczuje...
-Chyba żartujesz!
-Daj go!
-Nigdy!
Mierzymy się długim wzrokiem. Atmosfera robi się bardzo napięta. Nie chcę się kłócić, ale też nie chcę odpuścić.
-Jak chcesz! Pogadamy za miesiąc jeżeli w ogóle będziesz jeszcze żyła!
Odchodzi gniewnie stawiając kroki w podmokłą ziemię. Wzdycham głęboko. Mały potworek mruga z zaciekawieniem oczkami nieświadomy tego, że chwilę temu chciano go zabić...
* * *
Nasłuchuję. Cisza. Mały stworek wyskakuje z kaptura mojej bluzy i z zaciekawieniem rozgląda się po moim pokoju. Wydaje z siebie krótki pomruk zadowolenia. Smok bryka po moim łóżku wśród poduszek. Podaję mu kawałek kurczaka z kolacji. Łapczywie połyka mięso i oblizuje się ze smakiem. Kładę się, przyglądając się wybrykom potworka.
-Xsenia...
Smok odwraca łebek w moją stronę. Oczy same mi się zamykają ze zmęczenia. Czuję ciepły oddech na swojej twarzy. Uchylam powiekę. Stworek zwija się w kłębek kładąc pyszczek na mojej dłoni. Słodkie...
Coś łaskocze mnie w nos. Xsenia skacze po mnie i tarmosi moje włosy. Niechętnie otwieram oczy. Na łóżku leży popiół. Ale skąd ten... No ładnie. Spaliła mi firany. No i się zaczęło... John miał racje. To smok, w dodatku młody dopiero co uczący się zionąć ogniem. Potworek wtula się w jedną z poduszek ze spojrzeniem typu: ja byłam grzeczna. Otwieram okno i wyrzucam ledwo tlące się resztki firanek. Słyszę zgrzyt. O nie. Mama wstaje do pracy. Ja mam dzisiaj wolne. Szybko wpycham smoka pod kołdrę.
-Cześć Bessa. W nocy słyszałam trzaskanie czymś o podłogę...
-Komórka spadła.
-Gdzie są f i r a n y ?!
-Eeee...hehe...
Nie wiem co powiedzieć. Przecież mi nie uwierzy jeżeli powiem, że to mały smok. Mama ściąga brwi w ciemną kreskę tuż nad brązowymi oczami. Stoi chwilę wpatrując się we mnie po czym z westchnięciem wychodzi. Odkrywam kołdrę. Smok zniknął. Zrzucam po kolei wszystkie poduszki. Xsenii nigdzie nie ma. Jest tak mała, że może być wszędzie! Pewnie wykorzystała chwilę mojej nieuwagi i uciekła do kuchni. Idę tam. Nieruchomieję w drzwiach. Na głowie kobiety siedzi stworek.
-Mamo, tylko się nie ruszaj...
-Już wstajesz?
-Nie ruszaj się...
-Co? Źle włosy ułożyłam?
Dłoń wędruje w stronę włosów. Xsenia zlękniona nieznaną ręką zionie małym strumieniem ognia. Mama cofa rękę, która staje się coraz bardziej czerwona.
-Błagam, nie krzycz...
Za późno. Nagły wrzask sprawia, że smok rozpościera skrzydełka i sfruwa na podłogę rycząc z przerażenia. Mama miota się po całej kuchni przeczesując włosy. Rzucam się, by chwycić stworka, lecz ten umyka wspinając się po szafkach. Tracę go z oczu. Uspokajam przerażoną kobietę.
-Weźcie mi to coś z głowy!
-Spokojnie...
-Ratunku!
-Bez paniki...
Wyprowadzam roztrzęsioną mamę z kuchni i odprowadzam ją do salonu. Zamykam drzwi i jak gdyby nigdy nic otwieram lodówkę. Wyciągam parówkę i czekam w bezruchu. Ogień obejmuje mięso spalając je na wióry. Stworzonko wskakuje na moje ręce i połyka resztki. Chowam smoka pod piżamę i zamykam się w swoim pokoju. Xsenia wyrywa się, że nie jestem w stanie jej dłużej utrzymać. Potworek skacze po moich meblach i po suficie, po czym zakopuje się w poduszkach. Biorę telefon do ręki. Nie jestem pewna czy wybrać numer Johna. Nie rozmawialiśmy ze sobą od półtora tygodnia. Od tego czasu nie poszłam na żadną lekcję jazdy konnej.
Wciskam przycisk połączenia. Kurde, nie odbiera. Pewnie jest jeszcze fochnięty... Błagam, odbierz... Xsenia wspomagając się skrzydłami siada na moim ramieniu. Rozłączam się i próbuję ponownie. Smok bawi się moimi włosami starając się chwycić kosmyki małymi kłami. Dlaczego życie musi być takie skomplikowane?
* * *
Piorun miękko stawia kopyta kłusując dookoła wybiegu. John nakierowuje go na niski okser, który ogier pokonuje ze sporym zapasem. Wierzchowiec zbliża się do wyższego, podwójnego płotka. Chłopak za krótko trzyma wodze. Koń momentalnie spina się i staje przed przeszkodą. John ze złością uderza boki konia i popędza w stronę płotka. Piorun, zlękniony przeszkodą, której nie był w stanie pokonać za pierwszym razem, ponownie zarył kopytami w ziemię i zarzucił łbem.
-John on się boi!
Chłopak odwraca się w siodle. W jego oczach palą się ogniki złości. Zadziera głowę wyżej ściągając lejce, by ogier stanął w miejscu. Zbuntowana przeskakuję ogrodzenie i wściekła kieruję się w jego stronę. To, że ma focha nie znaczy że ma wyładowywać złość akurat na koniu! Bez przesady! Na jego twarzy widnieje uśmiech furii.
-Co tu robisz?! Nie zajmujesz się swoim smokiem?!
-Piorun się boi, nie rozumiesz?!
-Musi być mi posłuszny!
-Nie będzie ci posłuszny jeżeli będzie się ciebie bał!
-Niby skąd to wiesz?! Idź i zajmij się swoim "niewinnym" smokiem!
-Nie będziesz mi mówić co mam robić!
-Serio?!
-Chcę tylko pogadać!
-Krzycząc na pewno tego nie załatwisz!
-I kto tu wrzeszczy?!
-Nie mam ochoty z tobą gadać...!
-Ale ja chcę!
-A co mnie to obchodzi?!
-John...
Piorun kładzie uszy po sobie. Czytelny, jasny sygnał niepewności. Ogier stuka tylnym kopytem w miejscu i zaczyna tańczyć ciągnąc za wędzidło. Chłopak nerwowo ściska lejce. W końcu cienka linia niepewności pęka. Koń szarpnięciem wyrywa lejce i staje dęba. Chłopak nieprzygotowany na nagły obrót sytuacji spada z grzbietu rozszalałego konia. John podnosi się i z wściekłością rusza na mnie nie zwracając uwagi na wierzgającego Pioruna. Biegnę w stronę płotu. Nagle ogarnęła mnie chęć natychmiastowej ucieczki przed światem. Odwracam wzrok. Przewracam się widząc kopyta spadające na mnie...
Rzucam pospieszne spojrzenie Johnowi.
-Trzeba mu jakoś pomóc.
-To jest smok. Prędzej czy później dorośnie i odezwą się w nim instynkty zabójcy...
-Ale to przecież takie słodkie maleństwo...
-To maszyna ziejąca ogniem i zabijająca wszystko co się rusza... To przyszły morderca!
-I kto to mówi? Ten co twierdzi, że nikt nie powinien być poniżany...
-Ale to smok! Wyrzuć go albo daj mi.
Gdzie się podział ten John, którego poznałam? Ten chłopak, który wszystkich traktuje z należytym szacunkiem?
-Nie mogę go wyrzucić, jest zbyt mały...
John nieufnie przygląda się smokowi, który stara się wydobyć ogień z gardziołka. Po kilku nieudanych próbach maluch szeroko ziewa i zwija się w kulkę. Awww. Słodycz.
-Powiem krótko: wyrzuć albo zabij.
-Co?! To jeszcze dziecko!
-Raz, dwa...
-Ale to...
-Nie widzisz tych płonących ślepi? Ostrych kłów? To śmierć odziana w zbroję z łusek! Nie widzisz tego?!
-Trzeba mu pomóc...
-On cię zabije! Jak nie dziś, to za tydzień!
-John zrozum, że...
-Nie! To ty zrozum. Zabij póki jeszcze nie odzyskał sił, bo inaczej ja to zrobię.
-Mam mordować niewinne stworzenia?!
-Uduś!
-Nie!
-Będziesz żałować...
-Nie tykaj mojego smoka!
-Oddaj mi go! Zapewniam cię, że nic nie poczuje...
-Chyba żartujesz!
-Daj go!
-Nigdy!
Mierzymy się długim wzrokiem. Atmosfera robi się bardzo napięta. Nie chcę się kłócić, ale też nie chcę odpuścić.
-Jak chcesz! Pogadamy za miesiąc jeżeli w ogóle będziesz jeszcze żyła!
Odchodzi gniewnie stawiając kroki w podmokłą ziemię. Wzdycham głęboko. Mały potworek mruga z zaciekawieniem oczkami nieświadomy tego, że chwilę temu chciano go zabić...
* * *
Nasłuchuję. Cisza. Mały stworek wyskakuje z kaptura mojej bluzy i z zaciekawieniem rozgląda się po moim pokoju. Wydaje z siebie krótki pomruk zadowolenia. Smok bryka po moim łóżku wśród poduszek. Podaję mu kawałek kurczaka z kolacji. Łapczywie połyka mięso i oblizuje się ze smakiem. Kładę się, przyglądając się wybrykom potworka.
-Xsenia...
Smok odwraca łebek w moją stronę. Oczy same mi się zamykają ze zmęczenia. Czuję ciepły oddech na swojej twarzy. Uchylam powiekę. Stworek zwija się w kłębek kładąc pyszczek na mojej dłoni. Słodkie...
Coś łaskocze mnie w nos. Xsenia skacze po mnie i tarmosi moje włosy. Niechętnie otwieram oczy. Na łóżku leży popiół. Ale skąd ten... No ładnie. Spaliła mi firany. No i się zaczęło... John miał racje. To smok, w dodatku młody dopiero co uczący się zionąć ogniem. Potworek wtula się w jedną z poduszek ze spojrzeniem typu: ja byłam grzeczna. Otwieram okno i wyrzucam ledwo tlące się resztki firanek. Słyszę zgrzyt. O nie. Mama wstaje do pracy. Ja mam dzisiaj wolne. Szybko wpycham smoka pod kołdrę.
-Cześć Bessa. W nocy słyszałam trzaskanie czymś o podłogę...
-Komórka spadła.
-Gdzie są f i r a n y ?!
-Eeee...hehe...
Nie wiem co powiedzieć. Przecież mi nie uwierzy jeżeli powiem, że to mały smok. Mama ściąga brwi w ciemną kreskę tuż nad brązowymi oczami. Stoi chwilę wpatrując się we mnie po czym z westchnięciem wychodzi. Odkrywam kołdrę. Smok zniknął. Zrzucam po kolei wszystkie poduszki. Xsenii nigdzie nie ma. Jest tak mała, że może być wszędzie! Pewnie wykorzystała chwilę mojej nieuwagi i uciekła do kuchni. Idę tam. Nieruchomieję w drzwiach. Na głowie kobiety siedzi stworek.
-Mamo, tylko się nie ruszaj...
-Już wstajesz?
-Nie ruszaj się...
-Co? Źle włosy ułożyłam?
Dłoń wędruje w stronę włosów. Xsenia zlękniona nieznaną ręką zionie małym strumieniem ognia. Mama cofa rękę, która staje się coraz bardziej czerwona.
-Błagam, nie krzycz...
Za późno. Nagły wrzask sprawia, że smok rozpościera skrzydełka i sfruwa na podłogę rycząc z przerażenia. Mama miota się po całej kuchni przeczesując włosy. Rzucam się, by chwycić stworka, lecz ten umyka wspinając się po szafkach. Tracę go z oczu. Uspokajam przerażoną kobietę.
-Weźcie mi to coś z głowy!
-Spokojnie...
-Ratunku!
-Bez paniki...
Wyprowadzam roztrzęsioną mamę z kuchni i odprowadzam ją do salonu. Zamykam drzwi i jak gdyby nigdy nic otwieram lodówkę. Wyciągam parówkę i czekam w bezruchu. Ogień obejmuje mięso spalając je na wióry. Stworzonko wskakuje na moje ręce i połyka resztki. Chowam smoka pod piżamę i zamykam się w swoim pokoju. Xsenia wyrywa się, że nie jestem w stanie jej dłużej utrzymać. Potworek skacze po moich meblach i po suficie, po czym zakopuje się w poduszkach. Biorę telefon do ręki. Nie jestem pewna czy wybrać numer Johna. Nie rozmawialiśmy ze sobą od półtora tygodnia. Od tego czasu nie poszłam na żadną lekcję jazdy konnej.
Wciskam przycisk połączenia. Kurde, nie odbiera. Pewnie jest jeszcze fochnięty... Błagam, odbierz... Xsenia wspomagając się skrzydłami siada na moim ramieniu. Rozłączam się i próbuję ponownie. Smok bawi się moimi włosami starając się chwycić kosmyki małymi kłami. Dlaczego życie musi być takie skomplikowane?
* * *
Piorun miękko stawia kopyta kłusując dookoła wybiegu. John nakierowuje go na niski okser, który ogier pokonuje ze sporym zapasem. Wierzchowiec zbliża się do wyższego, podwójnego płotka. Chłopak za krótko trzyma wodze. Koń momentalnie spina się i staje przed przeszkodą. John ze złością uderza boki konia i popędza w stronę płotka. Piorun, zlękniony przeszkodą, której nie był w stanie pokonać za pierwszym razem, ponownie zarył kopytami w ziemię i zarzucił łbem.
-John on się boi!
Chłopak odwraca się w siodle. W jego oczach palą się ogniki złości. Zadziera głowę wyżej ściągając lejce, by ogier stanął w miejscu. Zbuntowana przeskakuję ogrodzenie i wściekła kieruję się w jego stronę. To, że ma focha nie znaczy że ma wyładowywać złość akurat na koniu! Bez przesady! Na jego twarzy widnieje uśmiech furii.
-Co tu robisz?! Nie zajmujesz się swoim smokiem?!
-Piorun się boi, nie rozumiesz?!
-Musi być mi posłuszny!
-Nie będzie ci posłuszny jeżeli będzie się ciebie bał!
-Niby skąd to wiesz?! Idź i zajmij się swoim "niewinnym" smokiem!
-Nie będziesz mi mówić co mam robić!
-Serio?!
-Chcę tylko pogadać!
-Krzycząc na pewno tego nie załatwisz!
-I kto tu wrzeszczy?!
-Nie mam ochoty z tobą gadać...!
-Ale ja chcę!
-A co mnie to obchodzi?!
-John...
Piorun kładzie uszy po sobie. Czytelny, jasny sygnał niepewności. Ogier stuka tylnym kopytem w miejscu i zaczyna tańczyć ciągnąc za wędzidło. Chłopak nerwowo ściska lejce. W końcu cienka linia niepewności pęka. Koń szarpnięciem wyrywa lejce i staje dęba. Chłopak nieprzygotowany na nagły obrót sytuacji spada z grzbietu rozszalałego konia. John podnosi się i z wściekłością rusza na mnie nie zwracając uwagi na wierzgającego Pioruna. Biegnę w stronę płotu. Nagle ogarnęła mnie chęć natychmiastowej ucieczki przed światem. Odwracam wzrok. Przewracam się widząc kopyta spadające na mnie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






























