Rozdział IX "Prawda? Magia?"
Wielkie stworzenie składa skórzaste skrzydła. Purpurowe ślepia błyszczą w ciemności. Z paszczy wydobywają się duszące opary. Zwierzę przekrzywia rogaty łeb szczerząc kły ociekające krwią. Stwór znika pozostawiając za sobą płonące kontury drzew...
Wzburzone turkusowe fale wciągają mnie zamykając nade mną swą toń. Jakaś siła ciągnie mnie w dół. Wszędzie tylko woda. Robi mi się coraz zimniej. Nie mogę się poruszyć. Spadam coraz niżej. Ocean połyka mnie odbierając mi tlen. Płuca cisną mnie domagając się powietrza. W oddali pojawia się bladoniebieski kształt...
-Aaaaa!
-Cicho!
-To boli!
-Ciii...
John polewa mi rękę lodowatą wodą. Przykładam sobie prawą rękę do skroni, które pulsują niczym bębny. Czuję jak ból rozsadza mi głowę.
-Aaaaaa!
-Ciii... Nie krzycz...
Chłopak oczyszcza mi ranę biegnącą od palców aż do nadgarstka. Same palce powyginane są pod dziwnym kątem. Lewa ręka zwisa bezwładnie. Spotykam zielono-szare oczy pełne niepokoju i strachu. John wypowiada coś w nieznanym mi języku o łagodnym, melodyjnym brzmieniu. Moja lewa dłoń pęcznieje i zaczyna płonąć żywym ogniem, który wypala mi dziurę. Nic nie czuję, ale sam fakt, że ogień zjada moją rękę nie jest zbyt pocieszający. Jakieś dzikie, zielone pnącza oplatają się wokół ręki, wbijając się w skórę. Chłopak przymyka moje powieki. Łagodny, lecz nieprzyjemny prąd przechodzi przez całe ciało.
-Przepraszam John. Miałeś rację co do smoka...
Nim skończyłam mówić przyjaciel ujął moją twarz w dłonie i gorąco mnie pocałował. Znów poczułam to nieziemskie uczucie spokoju i bezpieczeństwa. Wtuliłam się w niego poddając się cudownemu uczuciu. W jego oczach nie ma już złości.
-Wybacz, zwątpiłem...
-Powinnam była cię posłuchać...
-Nie powinienem na ciebie krzyczeć... Wybacz...
Chłopak ponownie zanurza swoje usta w moich. Odpływam w błogą krainę równowagi...
W blasku słońca pasą się 3 konie. Srokata klacz imieniem Bella stawia prosto uszy i przypatruje mi się uważnie.
John łagodnym głosem szepce w moją stronę.
-Pamiętaj, nie spinaj się, bo uzna cię za ewentualne zagrożenie. Pokaż jej, że może ci zaufać.
Postępuje zgodnie ze wskazówkami przyjaciela. Klacz zbliża się do mnie stawiając małe kroki. Wystawiam dłoń i czekam. Koń zniża szlachetnie rzeźbiony łeb na wysokość mojej głowy wypuszczając powietrze z nozdrzy w moje włosy i obwąchując moją dłoń. Znak zaufania. Gładzę delikatny, jasny pysk z ciemną plamą.
-Sporo wiesz o koniach.
John podnosi zdziwiony wzrok na mnie.
-Bywało się tu i ówdzie.
-Świetnie je rozumiesz.
-Pfff. Może...
-Czemu tak mówisz? Wiesz przecież więcej ode mnie.
-Oj żebyś się nie zdziwiła.
-John, co cię gryzie?
-Mnie? Nic.
-Przecież widzę. Co się stało?
-Nic.
-No ej.
-Wszystko okey.
-Nie, nie wszystko, bo widzę, że coś jest nie tak...
-Po prostu ostatnio za dużo myślę...
-O czym?
-Eeee to nic takiego.
-To znaczy?
-Nieważne...
-Hm?
-Nic takiego.
-Chyba łatwiej porozmawiać niż dusić w sobie problem...
-Ty i tak nie zrozumiesz...
-Chociaż spróbuj... Nic nie stracisz na rozmowie...
-Właśnie, że ciebie stracę... Znaczy, mogę stracić...
-Dlaczego? Coś ze mną nie tak?
-Tu chodzi o... Nieważne, zapomnij.
-Jak chcesz...
-Chcę pobyć z tobą jak najdłużej dopóki nie dowiesz się całej prawdy...
-Prawdy?
-Wiesz już, że jesteś elfem. Prawda ukaże się po drugiej stronie życia...
-Znowu gadasz jak idiota. Mów normalnie.
-Bardziej normalnie się już nie da...
Bella zarzuca łbem i wydaje z siebie radosne rżenie. Jeden ze stajennych wyprowadza ciężarną Herę na sąsiednie pastwisko. Koń stąpa ociężale, lecz unosi łeb na dźwięk rżenia Belli. Izabelowata sierść Hery lśni w blasku słońca.
-W tym tygodniu na pewno się oźrebi...
-Słyszałam, że ma jeszcze dobre 3 tygodnie...
-Źrebaki rzadko rodzą się w wyznaczonym terminie. Przypatrz się jej. Wszystko rozegra się w przeciągu 5 dni.
-A to nie za wcześnie?
Skądże, to normalne. To jej 3 ciąża więc stres już trochę mniejszy...
Klacz prycha i zbliża się do płotu. Zmęczone, ciemne oczy wpatrują się w Johna. Wtula swój waniliowy łeb w jego pocieszające ramiona.
-I pomyśleć, że gdyby nie moje przeczucie skończyłaby w rzeźni...
-Naprawdę?
-Była młodą, narowistą klaczą wystawioną na targu końskim. Kupiłem ją i zacząłem trenować. Odkryłem jej niezwykły talent do skoków... Moja kochana...
-Już nie mogę się doczekać małego źrebaczka!
John nie odpowiada tylko przeczesuje złotą grzywę klaczy. W oczach zauważam łzy.
-Coś nie tak?
-Nie, nie. Nic...
-John?
-Boję się o nią, ponieważ pierwszego źrebaka urodziła za wcześnie i zdechł, a drugiego urodziła martwego...
-Biedna... Współczuję...
-Zależy mi na małym...
Gładzę miękki pysk konia. Straciła dwoje swoich dzieci, małych koników. Nie pozwolę stracić jej kolejnych. Urodzi, a ja będę ją wspierać!
* * *
Wchodzę z Johnem do domu. Pod drzwiami walają się rozsznurowane buty. Co?! Idę dalej. Ściągam trampki i zmierzam do kuchni. Ręce mi opadły. po prostu brak słów. Chłopak z lekkim uśmiechem na twarzy spogląda na bajzel. Po podłodze walają się jakieś kości, dziury w szafkach świadczą o tym, że mały smok pewnie próbował dobrać się do jedzenia. Lodówka otwarta jest na oścież. Świeci w niej pustkami.
-A gdzie kurczak na obiad?
-Yyyy chyba tam...
John wskazuje na resztę osmolonej kości ze skrzydełka kury. No tak. Zostaw smoka w domu na kilka godzin. Wkraczam, wściekła do granic możliwości, do swojego pokoju.
Xsenia siedzi na białym kamieniu, który przywiozłam na pamiątkę z gór. Taaa. Nie miała wygodniejszego miejsca?! Fioletowe oczy wyrażają słodką niewinność. Grrr. Na mój widok rozkłada skrzydła i ląduje na moim ramieniu zadowolona jak nie wiem co. John przygląda się nieufnie smokowi.
-Urosła...
Zrzucam Xsenię na podłogę. Zdziwiona takim obrotem sprawy otwiera paszczę wydobywając z niej ryk połączony z płomieniem. Chłopak szybkim ruchem chwyta stworka za kark, ściskając mu pysk. Smoczyca walczy chwilę zajadle, po czym pozostaje w bezruchu mrugając zdumiałymi oczami.
-Co ja powiem mamie?
-Musisz coś zmyślić...
-Niby co?
-No, nie wiem...
Xsenia ponownie stara się wydostać z uścisku Johna, lecz on trzyma ją mocno i pewnie. Podziwiam go. Ja nie potrafiłabym chwycić tak smoka.
-Dlaczego ją tak trzymasz?
-Daję jej tym do zrozumienia, że dopóki będzie się szarpać nie wypuszczę jej. Musi nauczyć się być posłuszna silniejszym. Na wolności ustalaniem hierarchii w stadzie zajmuje się On... Tutaj to my musimy pokazać jej miejsce w naszym niby stadzie.
-Aha. Rozumiem. Chyba...
-Silniejszy rządzi i ustala miejsce innych.
-O, tak lepiej. Teraz rozumiem.
-Nie chcę nic mówić, ale jest już prawie 16...
-Że co?! Mama wraca za godzinę!





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz