środa, 28 maja 2014

Rozdział  XIX   "Oderwane pióra"


Zostałam sama... Całkiem sama na tym wielkim świecie... Nie mam już nic...
-Besso, może kawy?
Podnoszę zapłakane oczy na mamę Johna. Rodzice Johna postanowili mnie przygarnąć po pożarze...
-Nie...dziękuję...
-To może melisę?
-Nie...
Szybko odwracam wzrok. Łzy nieubłaganie cisną się do oczu. Kobieta siada obok mnie i otacza ramionami. Dziwnie się czuję. Pustka, którą czuję w swoim wnętrzu sieje grozę w moim sercu. Ocieram kroplę cieknącą po policzku i chwytając kule staję na nogi.
-Dziękuję pani za wszystko, ale chciałabym zostać sama...
-Poradzisz sobie?
-Oczywiście...
Mama Johna wychodzi cicho zamykając drzwi.
-że nie...
Z jękiem bólu rozpłaszczam się na podłodze. Pozwalam na lekki krzyk i łzy bólu. Wszystko w mojej duszy wrzeszczy dziko śpiewając pieśń cierpienia.
Ktoś przytula mnie mocno i całuje w policzek. Silne ramiona pomogły usiąść na łóżku. Ciepła dłoń owinęła się wokół mojej. Wybucham nieokreślonym żalem.
-Powiedz mi za co to wszystko?! Czy ja jestem aż tak zła?!
-Wszystko dzieje się po to byśmy zobaczyli pewne sprawy...
-Aha, czyli mam rozumieć, że spalenie mojego domu przez Xsenię i napad ducha dzieje się po to abym zrozumiała iż...iż...
-To był pierwszy krok wtajemniczenia...
-Wiesz co?! Nawet mnie nie stresuj!
Chłopak lustruje mnie swoimi ciekawymi, zielonymi oczami. Pod jego spojrzeniem czuję jak motylki rozpoczynają szalony taniec w moim brzuchu. Wtulam się w niego i zamykam oczy.
-Masz 7 dni...
-Co...?
-7 dni, które musisz przeżyć jak najlepiej, by móc spokojnie przejść na drugą stronę życia...
-Czy ty wiesz co to mózg? A może wywietrzał?
-Bessa...
-Czego?!
-Posłuchaj mnie...
-A co robię?!
-Ale najpierw się uspokój.
-Dobra, mów.
-Nie będę owijał w bawełnę. Zostało ci 7 dni życia na Ziemi.
-WTF?!
-Spokojnie...
-Czu ty się dobrze czujesz człowieku?!
-Zapominasz, że nie jesteśmy ludźmi...
-Jesteś debilem!
-Proszę cię...
-Zamknij ryj!
-Bessa...
-Won z pokoju...
-Jak sobie życzysz...
Wychodzi zatrzaskując drzwi. Zaciskam powieki i zaczynam płakać jak jeszcze nigdy. Ze złością wbijam sobie paznokcie w skórę. 
Nawet nie wiem ile czasu upłynęło gdy się ocknęłam i stwierdziłam, że paznokcie pozostawiły siny ślad na skórze. Zmęczona podnoszę obolałe ciało. Rzucam wzrokiem w okno. Ciemność. Firana i zasłony. Tsaa, a dupy ruszyć nie ma kto, by wpuścić tu trochę światła. Grrr. 
Spotykam idealnie zielone tęczówki wpatrzone we mnie z troską, a jednocześnie niepewnością. Jasne włosy okalają delikatną twarz. Delikatnie zarysowane usta po kolei wymawiają imiona:
-Lirea... Crystal... Cirihedia...
-Kim jesteś?
-Evalyn...
Dziewczyna krąży po pokoju odgarniając kosmyki włosów z oczu. Nie mogę się na nią napatrzeć. Widzę elfa, prawdziwego elfa... Dziewczyna zatrzymuje się i wstrzymuje oddech.
-Equmedin?
Drzwi pokoju otwierają się i staje w nich John.
-Evalyn...
Elfka przeszywa go zaniepokojonym wzrokiem. Wpada w jego ramiona i zaczyna cicho płakać. Chłopak, zdziwiony nagłym szlochem, klepie ją po ramieniu i pewnie pyta co się stało. Ona odpowiada coś w innym języku nadal płacząc. Twarz Johna staje się szara jak popiół, z twarzy odpływa krew. Oczy stają w całkowitym bezruchu. Evalyn widząc to mocniej wtula się w niego chowając twarz w jego ramionach.
-Co się stało?!
Pytam, ale oczywiście jak zwykle nikt mi nie udziela odpowiedzi. Jakież to normalne tej tej no! Po pewnej chwili dziewczyna uspokaja się. Siada ostrożnie na łóżku ze wzrokiem utkwionym gdzieś w dal. Zauważam łzy cieknące po twarzy Johna. W oczach płonie szary płomień żalu, smutku i czegoś czego nie potrafię rozpoznać. Chwytam jego zimną dłoń i ponawiam pytanie.
-Co się stało?
-I tak nie zrozumiesz...
-No dawaj... Powiedz, proszę.
Pusty wzrok pada na mnie dając do zrozumienia, że to nie ma sensu.
-Straciłem część życia... Straciłem...straciłem...
-Co...
-Straciłem cząstkę siebie...swojego życia...
-Czyli?

-Mój anioł padł...
-Kto taki?
-Anioł, którego miłowałem ponad wszystko... Anioł, który...
-Anioł?
Evalyn zbliża się do niego. Kładzie głowę na jego ramieniu i zaciska oczy. O co tu chodzi?


                              *                                 *                                  *

-Kimże jesteś? Dlaczego tu jesteś?
-Zamknij ryj!
-To ty go zamknij!
-Cisza mi tu! Wybudza się...
Przede mną siedzi anioł odziany w czarną szatę, na której siedzi kruk. Jego skrzekot niesie się echem po pokoju. Biała lilia wpięta między włosy rozsiewa swój niebiański zapach. Gwałtownie cofam się pod ścianę wstając z łóżka.
-Anioł? Tutaj? 
-Przyszłam cię powiadomić o tym, że niedługo przecierpisz najgorsze chwile swojego życia...
-Co? Do cholery z zagadkami! Niech mi coś ktoś w końcu powie!
-Nie mogę... Twoim chwilowym przeznaczeniem jest żyć w niepewności i własnych lękach...
-Cholera... Ten świat jest do dupy!
-O którym świecie wspominasz, dziecino?
Podły uśmieszek na twarzy anioła wprawia mnie w zakłopotanie.
-No mówię o tym życiu, tutaj.
-Nie jest ci łatwo, ale nie rozumiem dlaczegóż to tak narzekasz? Na Ziemi jest łatwo w porównaniu z światem, do którego zmierzasz...
-Znowu zaczynacie pieprzyć jak jacyś kosmici! Litości!

Zapada głucha cisza. Dziewczyna ze skrzydłami, nie skłaniając się, znika zmieniając się w postać równie czarnego dzięcioła z białą plamką z boku głowy. Wraz z krukiem wzbija się w powietrze i znika za oknem...

sobota, 10 maja 2014

Rozdział  XVIII  "List"


-Bądź cicho...
-Puszczaj mnie!
-Jeden fałszywy ruch, a zginiesz przedwcześnie...
Nieruchomieję. On chce mnie zabić... Po co? Zamordować mnie w płonącym domu... Wciąż trzyma nóż blisko mnie, ale zza płaszcza wyciąga coś w rodzaju obcęgów rozgrzanych do czerwoności. Czuję ciepło bijące od żelaza. Dookoła mnie jest przeraźliwie gorąco, lecz dłonie zjawy pozostają zimne niczym lodowiec. 
-Twoja dusza...jest taka delikatna...idealna...
-Tam są drzwi!
-Dusza, która nadal żyje... Dusza przepełniona tchnieniem życia...
Obcęgi są już niespełna kilka milimetrów od skóry. Duch zamyka swoje puste oczy i przechodzi mnie dreszcz grozy. Zbiera mi się na wymioty. Rozgrzane obcęgi tykają skórę na wysokości obojczyków. Krzyczę, nie sorry, wrzeszczę! Żelazo wbija się coraz głębiej. Oddech staje na chwilę w płucach.
-Twoja dusza należy do mnie!
Na skórze powstaje wypalony znak gwiazdy. Gardło mnie boli od ciągłego wrzasku, ale skóra piecze coraz mocniej. Zaczynam się wić starając się wydostać spod żelaza. Czuję nieprzyjemne zgrzytnięcie. Kolejny ból bombarduje mi czaszkę. Zjawa z uciechą przypatruje się mojemu cierpieniu.  Kątem oka zauważam jak moja krew wpływa do jego żył. Jego palce stają się ciepłe - żywe... Odpływa ze mnie cała energia. Krzyk urywa się w połowie. Czuję uciekającą ze mnie duszę. Duch dociska obcęgi. Podczas gdy on staje się silniejszy, ja słabnę. Podłe, naprawdę podłe. 
-Powłokę cielesną zostawiam tobie, szmato!
Upadam na płonące drewno. To konie. Ze mną koniec. Leżąc tak w bezruchu, czekam jedynie na moment, w którym zjawa wyssa ze mnie resztki duszy... Blask na chwilę oślepia mnie swoją jasnością. Smuga światła przebiega obok otulając mnie swoim ciepłem. Zjawa odskakuje z lękiem wpatrując się w dziwne zjawisko. Dostrzegam dziewczynę, którą widziałam pod drzewem koło wybiegu. Duch nie zrażając się zbytnio rusza w jej stronę zadając ciosy mieczem. Ostrze przecina powietrze i natrafia na lśniący miecz dziewczyny. Na moment odpływam w nicość...

Błękitne oczy wlewają w moją duszę błogi spokój. Zamyka moją dłoń w swojej, cieplejszej i delikatniejszej. Ogień nadal tańczy, lecz już nie tak dziko. Teraz płomyki rytmicznie wyskakują w powietrze malując obrazy z iskier. Dostrzegam kulejącego Johna, który klęka przed dziewczyną i pokornie schyla głowę.
-Cirihedio...uwierz w siebie... Nie pozwól, by zło ogarnęło twój umysł... Nie pozwól, by mrok wdarł się do twej duszy... Wiedz, że czekam na ciebie...
-Kim jesteś?
Nie odpowiada. Z palców wybiega snop srebrnych iskier, które wpadają w pożar gasząc go. Pozostałe iskry obejmują mnie i Johna. Dziewczyna zamyka oczy i szepta ostatnie słowa:
-Nigdy nie trać nadziei, bo to ona, wraz z miłością, umiera ostatnia...
Znika w srebrnym płomieniu, który "pożera" ją zostawiając jedynie lśniącą czarną różę. Chłopak podnosi mnie i zaczynamy iść przez ogień, który nas omija. Srebrne iskry nadal krążą między ogniem, który rozstępuje się tworząc wąską drogę przez ognisty labirynt. W oddali dostrzegam strażaków biegnących co sił w naszą stronę. Tracę przytomność...



                      *                        *                        *
Biel. Dookoła mnie tylko biel. Nic więcej. Światło? Nie. Jak przez mgłę wracają wspomnienia minionej nocy. Gorąco, koń, pożar, zjawa, żelazo, dziewczyna...
-Już lepiej?
John siedzi na szpitalnym krześle i z troską trzyma w dłoniach mój naszyjnik z koniem.
-Dlaczego...
-Niedługo wyjdziesz ze szpitala...spokojnie...
Podaje mi naszyjnik. Ściskam konika i ponownie odpływam w nicość. Budzę się w środku nocy. Na stoliku leży zmięta karteczka. Drżącymi rękoma rozkładam papier. List, list... Dziwne, pozawijane litery tworzą niezrozumiałe słowa. Nagle wszystkie zaczynają się mieszać i przekształcają się na współczesny język. Zaczynam biegać wzrokiem po kartce.


Cirihedio,
Nie będę ci pisać, byś nie płakała, byś nie rozpaczała, byś się nie martwiła. Na razie to bez znaczenia. Musisz jednak pojąć pewne rzeczy. Otóż twoi opiekunowie ludzcy odeszli w płomieniach twego smoka. Możesz być spokojna - dotarli bezpiecznie do krainy zwanej Niebem. Equmedin dotrzyma obietnicy i zajmie się tobą aż do czasu, gdy zjawi się Śnieżna Grzywa, by bezpiecznie przeprowadzić Was przez Otchłań Krainy Cienia... Nie możesz się teraz poddać - walka dopiero się zacznie... Nie trać nadziei...
Lirea, władczyni Telenis

Kończę czytać ze łzami w oczach. Spłonęli żywcem... Oj Xsenia dostanie ci się jak cię znajdę... Czytam jeszcze raz. O co tu chodzi? Opiekunowie ludzcy? Equmedin?  Otchłań Krainy Cienia? Śnieżna Grzywa? Lirea? Telenis? What, what i jeszcze raz what?!