środa, 18 czerwca 2014

Rozdział  XX   "Próba wytrzymałości"


"Księżniczki" otaczają mnie ze wszystkich stron. Cofając się trafiam na zimny mur. Nieprzyjemne spojrzenia świdrują moje wnętrze nie dając spokoju. 
-Ojejku nie masz gdzie uciec, szmato?
-Spieprzajcie stąd...
-Aż tak ci się spieszy? Hahha! Zostań z nami...
-W dupe się możecie pocałować! 
Staram się przedrzeć przez mur utworzony z dziewczyn jednak bezskutecznie.
-Wiesz o tym, że John tylko udaje, że cię lubi, ale tak szczerze to cię nienawidzi... Nie wiedziałaś o tym? Hahaha patrzcie na jej mordę! Hahaha!
-To nieprawda! On mnie lubi...
-Chyba się nie słyszysz.  Hahahaha...
Ich śmiech brzęczy w moim umyśle doprowadzając do wściekłości. Grrrr! Ogarnia mnie mgła szaleństwa, mgła bezlitosnej wściekłości współgrającej z gniewem wrzącym w mojej duszy! Pora rozpętać...PIEKŁO... 






                *                         *                           *

Biegnę na oślep zaciskając zęby. Łzy ściekają potokami po policzkach. Nie zastanawiając się ani sekundy dłużej wbiegam na jezdni. Gdzieś przed sobą dostrzegam zamglony kontur ciężarówki... Przez jeden króciutki moment wydaje mi się, że umknę przed rozpędzonym pojazdem.
Jeszcze nigdy w życiu tak bardzo się nie pomyliłam. Słyszę czyjeś krzyki. Silne ramiona zaciskają się na moich rękach próbując mnie powstrzymać jednak ja na ślepo dążę wprost na ciężarówkę. Nagły ból przeszywa całe moje ciało. Czuję jak wszystkie kości przestawiają się na inne miejsca, skóra pęka pod naporem siły rozrywając się. Jedyne co teraz słyszę to głuche bicie serca, które powoli zastyga w bezruchu...
Dookoła mnie jest zupełnie ciemno. W oddali, rozjaśniając mrok, zjawia się sylwetka boskiego stworzenia - konia z rogiem pośrodku czoła. Jednorożec schyla łeb i biała grzywa opada na przepełnione mądrością miodowe oczy.
-Zostaw to co jest dla ciebie jarzmem i ze mną dalej chodź.
Nie wiedzą jak swobodnie wskakuję na lśniący światłością grzbiet i biały koń rusza galopem w ciemność, która rozstępuje się ukazując łąki usiane gwiazdami, małymi księżycami i spadającymi z nieba różyczkami. Nade mną i pode mną isi księżyc głęboko wpatrzony we mnie. Kryształowa woda ochlapuje mnie, gdy patatajacz *.* wskakuje w spokojne jeziorko. Jakaś nieznana siła zrzuca mnie z jednorogiego wierzchowca. Zjawia się nienawistna purpura ognia i zasłona dymu. Rzeka zmienia się w potok krwi, a w oddali słyszę jęki straceńców... Wzdrygam się na dźwięk chrupania kości - chyba kości. Wszystko zaczyna się rozmywać.
-Nadszedł twój czas Cirihedio.
 Nie daj się złamać. 
Bądź niepokonana. 
Nie oglądaj się wstecz. 
Po prostu idź...
Gdzie ja jestem?! Czemu nie mogę się ruszyć?! Powoli wracają feralne wspomnienia. Dziewczyny, samochód, raj... Jestem w niebie, czy jednak trafiłam do piekła? Słyszę zgrzyt drzwi. Dostrzegam lekarza ubranego w biały jak śnieg kitel lekarski. Jego niespokojne oczy wodzą po pikających nieznośnie urządzeniach. Nie przynosi optymistycznych wiadomości...



Płaczę już drugą noc. To niesprawiedliwe, NIESPRAWIEDLIWE!!! Dlaczego to właśnie John?! Dlaczego teraz?!  Łza mimo woli ponownie wyrzuca ze mnie negatywne emocje. Myśli kłębią się w mojej głowie nie dając mi spać. Ból, który odczuwam daje mi ukojenie w bólu jaki przeżywa rozdarta dusza po stracie przyjaciela. Czyjaś dłoń, delikatnie jakby muśnięcie skrzydeł motyla, ociera mi płynącą kroplę smutku. 
-John...?
-Jestem tu, by móc zabrać cię tam, skąd przybywasz...
-Ale ty...
Przez ściśnięte z nerwów gardło nie jestem w stanie wypowiedzieć słowa "umarłeś". Chłopak całuje mnie tak jak za pierwszym razem, równie niespodziewanie i namiętnie. Słodycz jego ust zapewnia mnie, że nie mam do czynienia z żadnym duchem.
-Nie pozwól, by strach wdarł się do twego serca... O nic się nie bój...
-Evalyn...?
-Będzie czekać w Pałacu Gwiazd...
-Że gdzie?
Przykłada mi palec do ust.
-Nic już nie mów. Poczujesz ból jak gdyby... A zresztą sama zobaczysz, znaczy się poczujesz.
-Ja cię nie ogarniam...
Czuję jak setki tysięcy małych ostrzy przecina moje ciało zdając się kroić je na maleńkie kawałki. Gruby sznur śmierci otacza mnie swym chłodnym kręgiem. Nie czuję już nic...