Rozdział XX "Próba wytrzymałości"
"Księżniczki" otaczają mnie ze wszystkich stron. Cofając się trafiam na zimny mur. Nieprzyjemne spojrzenia świdrują moje wnętrze nie dając spokoju.
-Ojejku nie masz gdzie uciec, szmato?
-Spieprzajcie stąd...
-Aż tak ci się spieszy? Hahha! Zostań z nami...
-W dupe się możecie pocałować!
Staram się przedrzeć przez mur utworzony z dziewczyn jednak bezskutecznie.
-Wiesz o tym, że John tylko udaje, że cię lubi, ale tak szczerze to cię nienawidzi... Nie wiedziałaś o tym? Hahaha patrzcie na jej mordę! Hahaha!
-To nieprawda! On mnie lubi...
-Chyba się nie słyszysz. Hahahaha...
Ich śmiech brzęczy w moim umyśle doprowadzając do wściekłości. Grrrr! Ogarnia mnie mgła szaleństwa, mgła bezlitosnej wściekłości współgrającej z gniewem wrzącym w mojej duszy! Pora rozpętać...PIEKŁO...
* * *
Biegnę na oślep zaciskając zęby. Łzy ściekają potokami po policzkach. Nie zastanawiając się ani sekundy dłużej wbiegam na jezdni. Gdzieś przed sobą dostrzegam zamglony kontur ciężarówki... Przez jeden króciutki moment wydaje mi się, że umknę przed rozpędzonym pojazdem.
Jeszcze nigdy w życiu tak bardzo się nie pomyliłam. Słyszę czyjeś krzyki. Silne ramiona zaciskają się na moich rękach próbując mnie powstrzymać jednak ja na ślepo dążę wprost na ciężarówkę. Nagły ból przeszywa całe moje ciało. Czuję jak wszystkie kości przestawiają się na inne miejsca, skóra pęka pod naporem siły rozrywając się. Jedyne co teraz słyszę to głuche bicie serca, które powoli zastyga w bezruchu...
Dookoła mnie jest zupełnie ciemno. W oddali, rozjaśniając mrok, zjawia się sylwetka boskiego stworzenia - konia z rogiem pośrodku czoła. Jednorożec schyla łeb i biała grzywa opada na przepełnione mądrością miodowe oczy.
-Zostaw to co jest dla ciebie jarzmem i ze mną dalej chodź.
Nie wiedzą jak swobodnie wskakuję na lśniący światłością grzbiet i biały koń rusza galopem w ciemność, która rozstępuje się ukazując łąki usiane gwiazdami, małymi księżycami i spadającymi z nieba różyczkami. Nade mną i pode mną isi księżyc głęboko wpatrzony we mnie. Kryształowa woda ochlapuje mnie, gdy patatajacz *.* wskakuje w spokojne jeziorko. Jakaś nieznana siła zrzuca mnie z jednorogiego wierzchowca. Zjawia się nienawistna purpura ognia i zasłona dymu. Rzeka zmienia się w potok krwi, a w oddali słyszę jęki straceńców... Wzdrygam się na dźwięk chrupania kości - chyba kości. Wszystko zaczyna się rozmywać.
-Nadszedł twój czas Cirihedio.
Nie daj się złamać.
Bądź niepokonana.
Nie oglądaj się wstecz.
Po prostu idź...
Gdzie ja jestem?! Czemu nie mogę się ruszyć?! Powoli wracają feralne wspomnienia. Dziewczyny, samochód, raj... Jestem w niebie, czy jednak trafiłam do piekła? Słyszę zgrzyt drzwi. Dostrzegam lekarza ubranego w biały jak śnieg kitel lekarski. Jego niespokojne oczy wodzą po pikających nieznośnie urządzeniach. Nie przynosi optymistycznych wiadomości...
Płaczę już drugą noc. To niesprawiedliwe, NIESPRAWIEDLIWE!!! Dlaczego to właśnie John?! Dlaczego teraz?! Łza mimo woli ponownie wyrzuca ze mnie negatywne emocje. Myśli kłębią się w mojej głowie nie dając mi spać. Ból, który odczuwam daje mi ukojenie w bólu jaki przeżywa rozdarta dusza po stracie przyjaciela. Czyjaś dłoń, delikatnie jakby muśnięcie skrzydeł motyla, ociera mi płynącą kroplę smutku.
-John...?
-Jestem tu, by móc zabrać cię tam, skąd przybywasz...
-Ale ty...
Przez ściśnięte z nerwów gardło nie jestem w stanie wypowiedzieć słowa "umarłeś". Chłopak całuje mnie tak jak za pierwszym razem, równie niespodziewanie i namiętnie. Słodycz jego ust zapewnia mnie, że nie mam do czynienia z żadnym duchem.
-Nie pozwól, by strach wdarł się do twego serca... O nic się nie bój...
-Evalyn...?
-Będzie czekać w Pałacu Gwiazd...
-Że gdzie?
Przykłada mi palec do ust.
-Nic już nie mów. Poczujesz ból jak gdyby... A zresztą sama zobaczysz, znaczy się poczujesz.
-Ja cię nie ogarniam...
Czuję jak setki tysięcy małych ostrzy przecina moje ciało zdając się kroić je na maleńkie kawałki. Gruby sznur śmierci otacza mnie swym chłodnym kręgiem. Nie czuję już nic...
Smoki i dziewczyna - magia wśród nas
środa, 18 czerwca 2014
środa, 28 maja 2014
Rozdział XIX "Oderwane pióra"
Zostałam sama... Całkiem sama na tym wielkim świecie... Nie mam już nic...
-Besso, może kawy?
Podnoszę zapłakane oczy na mamę Johna. Rodzice Johna postanowili mnie przygarnąć po pożarze...
-Nie...dziękuję...
-To może melisę?
-Nie...
Szybko odwracam wzrok. Łzy nieubłaganie cisną się do oczu. Kobieta siada obok mnie i otacza ramionami. Dziwnie się czuję. Pustka, którą czuję w swoim wnętrzu sieje grozę w moim sercu. Ocieram kroplę cieknącą po policzku i chwytając kule staję na nogi.
-Dziękuję pani za wszystko, ale chciałabym zostać sama...
-Poradzisz sobie?
-Oczywiście...
Mama Johna wychodzi cicho zamykając drzwi.
-że nie...
Z jękiem bólu rozpłaszczam się na podłodze. Pozwalam na lekki krzyk i łzy bólu. Wszystko w mojej duszy wrzeszczy dziko śpiewając pieśń cierpienia.
Ktoś przytula mnie mocno i całuje w policzek. Silne ramiona pomogły usiąść na łóżku. Ciepła dłoń owinęła się wokół mojej. Wybucham nieokreślonym żalem.
-Powiedz mi za co to wszystko?! Czy ja jestem aż tak zła?!
-Wszystko dzieje się po to byśmy zobaczyli pewne sprawy...
-Aha, czyli mam rozumieć, że spalenie mojego domu przez Xsenię i napad ducha dzieje się po to abym zrozumiała iż...iż...
-To był pierwszy krok wtajemniczenia...
-Wiesz co?! Nawet mnie nie stresuj!
Chłopak lustruje mnie swoimi ciekawymi, zielonymi oczami. Pod jego spojrzeniem czuję jak motylki rozpoczynają szalony taniec w moim brzuchu. Wtulam się w niego i zamykam oczy.
-Masz 7 dni...
-Co...?
-7 dni, które musisz przeżyć jak najlepiej, by móc spokojnie przejść na drugą stronę życia...
-Czy ty wiesz co to mózg? A może wywietrzał?
-Bessa...
-Czego?!
-Posłuchaj mnie...
-A co robię?!
-Ale najpierw się uspokój.
-Dobra, mów.
-Nie będę owijał w bawełnę. Zostało ci 7 dni życia na Ziemi.
-WTF?!
-Spokojnie...
-Czu ty się dobrze czujesz człowieku?!
-Zapominasz, że nie jesteśmy ludźmi...
-Jesteś debilem!
-Proszę cię...
-Zamknij ryj!
-Bessa...
-Won z pokoju...
-Jak sobie życzysz...
Wychodzi zatrzaskując drzwi. Zaciskam powieki i zaczynam płakać jak jeszcze nigdy. Ze złością wbijam sobie paznokcie w skórę.
Nawet nie wiem ile czasu upłynęło gdy się ocknęłam i stwierdziłam, że paznokcie pozostawiły siny ślad na skórze. Zmęczona podnoszę obolałe ciało. Rzucam wzrokiem w okno. Ciemność. Firana i zasłony. Tsaa, a dupy ruszyć nie ma kto, by wpuścić tu trochę światła. Grrr.
Spotykam idealnie zielone tęczówki wpatrzone we mnie z troską, a jednocześnie niepewnością. Jasne włosy okalają delikatną twarz. Delikatnie zarysowane usta po kolei wymawiają imiona:
-Lirea... Crystal... Cirihedia...
-Kim jesteś?
-Evalyn...
Dziewczyna krąży po pokoju odgarniając kosmyki włosów z oczu. Nie mogę się na nią napatrzeć. Widzę elfa, prawdziwego elfa... Dziewczyna zatrzymuje się i wstrzymuje oddech.
-Equmedin?
Drzwi pokoju otwierają się i staje w nich John.
-Evalyn...
Elfka przeszywa go zaniepokojonym wzrokiem. Wpada w jego ramiona i zaczyna cicho płakać. Chłopak, zdziwiony nagłym szlochem, klepie ją po ramieniu i pewnie pyta co się stało. Ona odpowiada coś w innym języku nadal płacząc. Twarz Johna staje się szara jak popiół, z twarzy odpływa krew. Oczy stają w całkowitym bezruchu. Evalyn widząc to mocniej wtula się w niego chowając twarz w jego ramionach.
-Co się stało?!
Pytam, ale oczywiście jak zwykle nikt mi nie udziela odpowiedzi. Jakież to normalne tej tej no! Po pewnej chwili dziewczyna uspokaja się. Siada ostrożnie na łóżku ze wzrokiem utkwionym gdzieś w dal. Zauważam łzy cieknące po twarzy Johna. W oczach płonie szary płomień żalu, smutku i czegoś czego nie potrafię rozpoznać. Chwytam jego zimną dłoń i ponawiam pytanie.
-Co się stało?
-I tak nie zrozumiesz...
-No dawaj... Powiedz, proszę.
Pusty wzrok pada na mnie dając do zrozumienia, że to nie ma sensu.
-Straciłem część życia... Straciłem...straciłem...
-Co...
-Straciłem cząstkę siebie...swojego życia...
-Czyli?
-Mój anioł padł...
-Kto taki?
-Anioł, którego miłowałem ponad wszystko... Anioł, który...
-Anioł?
Evalyn zbliża się do niego. Kładzie głowę na jego ramieniu i zaciska oczy. O co tu chodzi?
* * *
-Kimże jesteś? Dlaczego tu jesteś?
-Zamknij ryj!
-To ty go zamknij!
-Cisza mi tu! Wybudza się...
Przede mną siedzi anioł odziany w czarną szatę, na której siedzi kruk. Jego skrzekot niesie się echem po pokoju. Biała lilia wpięta między włosy rozsiewa swój niebiański zapach. Gwałtownie cofam się pod ścianę wstając z łóżka.
-Anioł? Tutaj?
-Przyszłam cię powiadomić o tym, że niedługo przecierpisz najgorsze chwile swojego życia...
-Co? Do cholery z zagadkami! Niech mi coś ktoś w końcu powie!
-Nie mogę... Twoim chwilowym przeznaczeniem jest żyć w niepewności i własnych lękach...
-Cholera... Ten świat jest do dupy!
-O którym świecie wspominasz, dziecino?
Podły uśmieszek na twarzy anioła wprawia mnie w zakłopotanie.
-No mówię o tym życiu, tutaj.
-Nie jest ci łatwo, ale nie rozumiem dlaczegóż to tak narzekasz? Na Ziemi jest łatwo w porównaniu z światem, do którego zmierzasz...
-Znowu zaczynacie pieprzyć jak jacyś kosmici! Litości!
Zapada głucha cisza. Dziewczyna ze skrzydłami, nie skłaniając się, znika zmieniając się w postać równie czarnego dzięcioła z białą plamką z boku głowy. Wraz z krukiem wzbija się w powietrze i znika za oknem...
Zostałam sama... Całkiem sama na tym wielkim świecie... Nie mam już nic...
-Besso, może kawy?
Podnoszę zapłakane oczy na mamę Johna. Rodzice Johna postanowili mnie przygarnąć po pożarze...
-Nie...dziękuję...
-To może melisę?
-Nie...
Szybko odwracam wzrok. Łzy nieubłaganie cisną się do oczu. Kobieta siada obok mnie i otacza ramionami. Dziwnie się czuję. Pustka, którą czuję w swoim wnętrzu sieje grozę w moim sercu. Ocieram kroplę cieknącą po policzku i chwytając kule staję na nogi.
-Dziękuję pani za wszystko, ale chciałabym zostać sama...
-Poradzisz sobie?
-Oczywiście...
Mama Johna wychodzi cicho zamykając drzwi.
-że nie...
Z jękiem bólu rozpłaszczam się na podłodze. Pozwalam na lekki krzyk i łzy bólu. Wszystko w mojej duszy wrzeszczy dziko śpiewając pieśń cierpienia.
Ktoś przytula mnie mocno i całuje w policzek. Silne ramiona pomogły usiąść na łóżku. Ciepła dłoń owinęła się wokół mojej. Wybucham nieokreślonym żalem.
-Powiedz mi za co to wszystko?! Czy ja jestem aż tak zła?!
-Wszystko dzieje się po to byśmy zobaczyli pewne sprawy...
-Aha, czyli mam rozumieć, że spalenie mojego domu przez Xsenię i napad ducha dzieje się po to abym zrozumiała iż...iż...
-To był pierwszy krok wtajemniczenia...
-Wiesz co?! Nawet mnie nie stresuj!
Chłopak lustruje mnie swoimi ciekawymi, zielonymi oczami. Pod jego spojrzeniem czuję jak motylki rozpoczynają szalony taniec w moim brzuchu. Wtulam się w niego i zamykam oczy.
-Masz 7 dni...
-Co...?
-7 dni, które musisz przeżyć jak najlepiej, by móc spokojnie przejść na drugą stronę życia...
-Czy ty wiesz co to mózg? A może wywietrzał?
-Bessa...
-Czego?!
-Posłuchaj mnie...
-A co robię?!
-Ale najpierw się uspokój.
-Dobra, mów.
-Nie będę owijał w bawełnę. Zostało ci 7 dni życia na Ziemi.
-WTF?!
-Spokojnie...
-Czu ty się dobrze czujesz człowieku?!
-Zapominasz, że nie jesteśmy ludźmi...
-Jesteś debilem!
-Proszę cię...
-Zamknij ryj!
-Bessa...
-Won z pokoju...
-Jak sobie życzysz...
Wychodzi zatrzaskując drzwi. Zaciskam powieki i zaczynam płakać jak jeszcze nigdy. Ze złością wbijam sobie paznokcie w skórę.
Nawet nie wiem ile czasu upłynęło gdy się ocknęłam i stwierdziłam, że paznokcie pozostawiły siny ślad na skórze. Zmęczona podnoszę obolałe ciało. Rzucam wzrokiem w okno. Ciemność. Firana i zasłony. Tsaa, a dupy ruszyć nie ma kto, by wpuścić tu trochę światła. Grrr.
Spotykam idealnie zielone tęczówki wpatrzone we mnie z troską, a jednocześnie niepewnością. Jasne włosy okalają delikatną twarz. Delikatnie zarysowane usta po kolei wymawiają imiona:
-Lirea... Crystal... Cirihedia...
-Kim jesteś?
-Evalyn...
Dziewczyna krąży po pokoju odgarniając kosmyki włosów z oczu. Nie mogę się na nią napatrzeć. Widzę elfa, prawdziwego elfa... Dziewczyna zatrzymuje się i wstrzymuje oddech.
-Equmedin?
Drzwi pokoju otwierają się i staje w nich John.
-Evalyn...
Elfka przeszywa go zaniepokojonym wzrokiem. Wpada w jego ramiona i zaczyna cicho płakać. Chłopak, zdziwiony nagłym szlochem, klepie ją po ramieniu i pewnie pyta co się stało. Ona odpowiada coś w innym języku nadal płacząc. Twarz Johna staje się szara jak popiół, z twarzy odpływa krew. Oczy stają w całkowitym bezruchu. Evalyn widząc to mocniej wtula się w niego chowając twarz w jego ramionach.
-Co się stało?!
Pytam, ale oczywiście jak zwykle nikt mi nie udziela odpowiedzi. Jakież to normalne tej tej no! Po pewnej chwili dziewczyna uspokaja się. Siada ostrożnie na łóżku ze wzrokiem utkwionym gdzieś w dal. Zauważam łzy cieknące po twarzy Johna. W oczach płonie szary płomień żalu, smutku i czegoś czego nie potrafię rozpoznać. Chwytam jego zimną dłoń i ponawiam pytanie.
-Co się stało?
-I tak nie zrozumiesz...
-No dawaj... Powiedz, proszę.
Pusty wzrok pada na mnie dając do zrozumienia, że to nie ma sensu.
-Straciłem część życia... Straciłem...straciłem...
-Co...
-Straciłem cząstkę siebie...swojego życia...
-Czyli?
-Mój anioł padł...
-Kto taki?
-Anioł, którego miłowałem ponad wszystko... Anioł, który...
-Anioł?
Evalyn zbliża się do niego. Kładzie głowę na jego ramieniu i zaciska oczy. O co tu chodzi?
* * *
-Kimże jesteś? Dlaczego tu jesteś?
-Zamknij ryj!
-To ty go zamknij!
-Cisza mi tu! Wybudza się...
Przede mną siedzi anioł odziany w czarną szatę, na której siedzi kruk. Jego skrzekot niesie się echem po pokoju. Biała lilia wpięta między włosy rozsiewa swój niebiański zapach. Gwałtownie cofam się pod ścianę wstając z łóżka.
-Anioł? Tutaj?
-Przyszłam cię powiadomić o tym, że niedługo przecierpisz najgorsze chwile swojego życia...
-Co? Do cholery z zagadkami! Niech mi coś ktoś w końcu powie!
-Nie mogę... Twoim chwilowym przeznaczeniem jest żyć w niepewności i własnych lękach...
-Cholera... Ten świat jest do dupy!
-O którym świecie wspominasz, dziecino?
Podły uśmieszek na twarzy anioła wprawia mnie w zakłopotanie.
-No mówię o tym życiu, tutaj.
-Nie jest ci łatwo, ale nie rozumiem dlaczegóż to tak narzekasz? Na Ziemi jest łatwo w porównaniu z światem, do którego zmierzasz...
-Znowu zaczynacie pieprzyć jak jacyś kosmici! Litości!
Zapada głucha cisza. Dziewczyna ze skrzydłami, nie skłaniając się, znika zmieniając się w postać równie czarnego dzięcioła z białą plamką z boku głowy. Wraz z krukiem wzbija się w powietrze i znika za oknem...
sobota, 10 maja 2014
Rozdział XVIII "List"
-Bądź cicho...
-Puszczaj mnie!
-Jeden fałszywy ruch, a zginiesz przedwcześnie...
Nieruchomieję. On chce mnie zabić... Po co? Zamordować mnie w płonącym domu... Wciąż trzyma nóż blisko mnie, ale zza płaszcza wyciąga coś w rodzaju obcęgów rozgrzanych do czerwoności. Czuję ciepło bijące od żelaza. Dookoła mnie jest przeraźliwie gorąco, lecz dłonie zjawy pozostają zimne niczym lodowiec.
-Twoja dusza...jest taka delikatna...idealna...
-Tam są drzwi!
-Dusza, która nadal żyje... Dusza przepełniona tchnieniem życia...
Obcęgi są już niespełna kilka milimetrów od skóry. Duch zamyka swoje puste oczy i przechodzi mnie dreszcz grozy. Zbiera mi się na wymioty. Rozgrzane obcęgi tykają skórę na wysokości obojczyków. Krzyczę, nie sorry, wrzeszczę! Żelazo wbija się coraz głębiej. Oddech staje na chwilę w płucach.
-Twoja dusza należy do mnie!
Na skórze powstaje wypalony znak gwiazdy. Gardło mnie boli od ciągłego wrzasku, ale skóra piecze coraz mocniej. Zaczynam się wić starając się wydostać spod żelaza. Czuję nieprzyjemne zgrzytnięcie. Kolejny ból bombarduje mi czaszkę. Zjawa z uciechą przypatruje się mojemu cierpieniu. Kątem oka zauważam jak moja krew wpływa do jego żył. Jego palce stają się ciepłe - żywe... Odpływa ze mnie cała energia. Krzyk urywa się w połowie. Czuję uciekającą ze mnie duszę. Duch dociska obcęgi. Podczas gdy on staje się silniejszy, ja słabnę. Podłe, naprawdę podłe.
-Powłokę cielesną zostawiam tobie, szmato!
Upadam na płonące drewno. To konie. Ze mną koniec. Leżąc tak w bezruchu, czekam jedynie na moment, w którym zjawa wyssa ze mnie resztki duszy... Blask na chwilę oślepia mnie swoją jasnością. Smuga światła przebiega obok otulając mnie swoim ciepłem. Zjawa odskakuje z lękiem wpatrując się w dziwne zjawisko. Dostrzegam dziewczynę, którą widziałam pod drzewem koło wybiegu. Duch nie zrażając się zbytnio rusza w jej stronę zadając ciosy mieczem. Ostrze przecina powietrze i natrafia na lśniący miecz dziewczyny. Na moment odpływam w nicość...
Błękitne oczy wlewają w moją duszę błogi spokój. Zamyka moją dłoń w swojej, cieplejszej i delikatniejszej. Ogień nadal tańczy, lecz już nie tak dziko. Teraz płomyki rytmicznie wyskakują w powietrze malując obrazy z iskier. Dostrzegam kulejącego Johna, który klęka przed dziewczyną i pokornie schyla głowę.
-Cirihedio...uwierz w siebie... Nie pozwól, by zło ogarnęło twój umysł... Nie pozwól, by mrok wdarł się do twej duszy... Wiedz, że czekam na ciebie...
-Kim jesteś?
Nie odpowiada. Z palców wybiega snop srebrnych iskier, które wpadają w pożar gasząc go. Pozostałe iskry obejmują mnie i Johna. Dziewczyna zamyka oczy i szepta ostatnie słowa:
-Nigdy nie trać nadziei, bo to ona, wraz z miłością, umiera ostatnia...
Znika w srebrnym płomieniu, który "pożera" ją zostawiając jedynie lśniącą czarną różę. Chłopak podnosi mnie i zaczynamy iść przez ogień, który nas omija. Srebrne iskry nadal krążą między ogniem, który rozstępuje się tworząc wąską drogę przez ognisty labirynt. W oddali dostrzegam strażaków biegnących co sił w naszą stronę. Tracę przytomność...
* * *
Biel. Dookoła mnie tylko biel. Nic więcej. Światło? Nie. Jak przez mgłę wracają wspomnienia minionej nocy. Gorąco, koń, pożar, zjawa, żelazo, dziewczyna...
-Już lepiej?
John siedzi na szpitalnym krześle i z troską trzyma w dłoniach mój naszyjnik z koniem.
-Dlaczego...
-Niedługo wyjdziesz ze szpitala...spokojnie...
Podaje mi naszyjnik. Ściskam konika i ponownie odpływam w nicość. Budzę się w środku nocy. Na stoliku leży zmięta karteczka. Drżącymi rękoma rozkładam papier. List, list... Dziwne, pozawijane litery tworzą niezrozumiałe słowa. Nagle wszystkie zaczynają się mieszać i przekształcają się na współczesny język. Zaczynam biegać wzrokiem po kartce.
-Bądź cicho...
-Puszczaj mnie!
-Jeden fałszywy ruch, a zginiesz przedwcześnie...
Nieruchomieję. On chce mnie zabić... Po co? Zamordować mnie w płonącym domu... Wciąż trzyma nóż blisko mnie, ale zza płaszcza wyciąga coś w rodzaju obcęgów rozgrzanych do czerwoności. Czuję ciepło bijące od żelaza. Dookoła mnie jest przeraźliwie gorąco, lecz dłonie zjawy pozostają zimne niczym lodowiec.
-Twoja dusza...jest taka delikatna...idealna...
-Tam są drzwi!
-Dusza, która nadal żyje... Dusza przepełniona tchnieniem życia...
Obcęgi są już niespełna kilka milimetrów od skóry. Duch zamyka swoje puste oczy i przechodzi mnie dreszcz grozy. Zbiera mi się na wymioty. Rozgrzane obcęgi tykają skórę na wysokości obojczyków. Krzyczę, nie sorry, wrzeszczę! Żelazo wbija się coraz głębiej. Oddech staje na chwilę w płucach.
-Twoja dusza należy do mnie!
Na skórze powstaje wypalony znak gwiazdy. Gardło mnie boli od ciągłego wrzasku, ale skóra piecze coraz mocniej. Zaczynam się wić starając się wydostać spod żelaza. Czuję nieprzyjemne zgrzytnięcie. Kolejny ból bombarduje mi czaszkę. Zjawa z uciechą przypatruje się mojemu cierpieniu. Kątem oka zauważam jak moja krew wpływa do jego żył. Jego palce stają się ciepłe - żywe... Odpływa ze mnie cała energia. Krzyk urywa się w połowie. Czuję uciekającą ze mnie duszę. Duch dociska obcęgi. Podczas gdy on staje się silniejszy, ja słabnę. Podłe, naprawdę podłe.
-Powłokę cielesną zostawiam tobie, szmato!
Upadam na płonące drewno. To konie. Ze mną koniec. Leżąc tak w bezruchu, czekam jedynie na moment, w którym zjawa wyssa ze mnie resztki duszy... Blask na chwilę oślepia mnie swoją jasnością. Smuga światła przebiega obok otulając mnie swoim ciepłem. Zjawa odskakuje z lękiem wpatrując się w dziwne zjawisko. Dostrzegam dziewczynę, którą widziałam pod drzewem koło wybiegu. Duch nie zrażając się zbytnio rusza w jej stronę zadając ciosy mieczem. Ostrze przecina powietrze i natrafia na lśniący miecz dziewczyny. Na moment odpływam w nicość...
Błękitne oczy wlewają w moją duszę błogi spokój. Zamyka moją dłoń w swojej, cieplejszej i delikatniejszej. Ogień nadal tańczy, lecz już nie tak dziko. Teraz płomyki rytmicznie wyskakują w powietrze malując obrazy z iskier. Dostrzegam kulejącego Johna, który klęka przed dziewczyną i pokornie schyla głowę.
-Cirihedio...uwierz w siebie... Nie pozwól, by zło ogarnęło twój umysł... Nie pozwól, by mrok wdarł się do twej duszy... Wiedz, że czekam na ciebie...
-Kim jesteś?
Nie odpowiada. Z palców wybiega snop srebrnych iskier, które wpadają w pożar gasząc go. Pozostałe iskry obejmują mnie i Johna. Dziewczyna zamyka oczy i szepta ostatnie słowa:
-Nigdy nie trać nadziei, bo to ona, wraz z miłością, umiera ostatnia...
Znika w srebrnym płomieniu, który "pożera" ją zostawiając jedynie lśniącą czarną różę. Chłopak podnosi mnie i zaczynamy iść przez ogień, który nas omija. Srebrne iskry nadal krążą między ogniem, który rozstępuje się tworząc wąską drogę przez ognisty labirynt. W oddali dostrzegam strażaków biegnących co sił w naszą stronę. Tracę przytomność...
* * *
Biel. Dookoła mnie tylko biel. Nic więcej. Światło? Nie. Jak przez mgłę wracają wspomnienia minionej nocy. Gorąco, koń, pożar, zjawa, żelazo, dziewczyna...
-Już lepiej?
John siedzi na szpitalnym krześle i z troską trzyma w dłoniach mój naszyjnik z koniem.
-Dlaczego...
-Niedługo wyjdziesz ze szpitala...spokojnie...
Podaje mi naszyjnik. Ściskam konika i ponownie odpływam w nicość. Budzę się w środku nocy. Na stoliku leży zmięta karteczka. Drżącymi rękoma rozkładam papier. List, list... Dziwne, pozawijane litery tworzą niezrozumiałe słowa. Nagle wszystkie zaczynają się mieszać i przekształcają się na współczesny język. Zaczynam biegać wzrokiem po kartce.
Cirihedio,
Nie będę ci pisać, byś nie płakała, byś nie rozpaczała, byś się nie martwiła. Na razie to bez znaczenia. Musisz jednak pojąć pewne rzeczy. Otóż twoi opiekunowie ludzcy odeszli w płomieniach twego smoka. Możesz być spokojna - dotarli bezpiecznie do krainy zwanej Niebem. Equmedin dotrzyma obietnicy i zajmie się tobą aż do czasu, gdy zjawi się Śnieżna Grzywa, by bezpiecznie przeprowadzić Was przez Otchłań Krainy Cienia... Nie możesz się teraz poddać - walka dopiero się zacznie... Nie trać nadziei...
Lirea, władczyni Telenis
Kończę czytać ze łzami w oczach. Spłonęli żywcem... Oj Xsenia dostanie ci się jak cię znajdę... Czytam jeszcze raz. O co tu chodzi? Opiekunowie ludzcy? Equmedin? Otchłań Krainy Cienia? Śnieżna Grzywa? Lirea? Telenis? What, what i jeszcze raz what?!
środa, 23 kwietnia 2014
Rozdział XVII "Koń i jego jeździec"
Ale gorąco, za gorąco. Zrzucam kołdrę i wyskakuję z łóżka. Jest jeszcze ciemno. Czymś śmierdzi, jakby coś się przypalało... Łe tam. Podchodzę do okna, żeby je otworzyć. Chwytam za uchwyt i zamieram w bezruchu przerażenia. Kary ogier wściekle uderza kopytami w ścianę domu rżąc przy tym jak opętany. Krew lśni na jego zakrzywionych kopytach... To Ten jednorożec...
Powoli odsuwam się od okna. To tylko sen. Tak, to na pewno sen, zły sen. Odwracam głowę i zauważam światło tańczące za drzwiami. What? Kto w środku nocy urządza imprezę?! Zbliżam się do drzwi, lecz strach powoduje, że nieruchomieję. Trzask drzwi frontowych. Czyżby...Ten koń wdarł się do środka? Stukot kopyt na posadzce w kuchni potwierdza moje najskrytsze obawy. Jakiś narowisty koń z kuku na muniu właśnie wlazł do mojego domu rozwalając przy tym drzwi wejściowe! No halo! Pamiętaj, to tylko koszmar...
Przezwyciężając strach otwieram drzwi od mojego pokoju. Wszędzie dziko tańczy ogień. Płonie dosłownie wszystko. Dym gryzie w oczy. Próbuję zamknąć drzwi, lecz ogień już zaczął je spalać. Płomienie zaczynają lizać moje bose nogi. Już mam uciec do pokoju, ale, jako, że jestem niezdarą, potykam się o rąbek dywanu. Padam jak długa na rozgrzaną podłogę. Słyszę konia żerującego po parterze. Niezbyt optymistyczna wiadomość... Staram podnieść się na nogi, ale nieprzyjemny dla ucha gruchot uświadamia mi ciężka do przyjęcia prawdę. Brawo Bessa, możesz sobie tylko pogratulować. Ponownie próbuję ruszyć nogą. Ból przeszywa całe ciało. Jesteś miszcz Bessa - złamałaś se nogę, pięknie.Nie wiem czy teraz boli mnie noga, ręka czy może kręgosłup? Jedyne co wiem to to, że łzy nieubłaganie cisną się do moich oczu, które zachodzą mgłą. Mroczki biegają przed oczami. Gorąco. Odpływam donikąd...
Czyjeś silne ramiona chwytają mnie pewnie, ale za razem delikatnie. Znam te ręce... John? Otwieram oczy. Chłopak posyła mi słaby uśmiech, który przebiega przez jego bladą twarz niczym błyskawica.
-Co tu robisz?
-Ja?
Nie da się ukryć, że ma na mnie focha. Słychać to w jego głosie.
-Co jest?
-Xsenia nie może tutaj zostać... Zobacz co narobiła!
Xsenia?
-To już ie jest mała jaszczurka... To jest smok. Czaisz? SMOK!!!
-Dobra, nie drzyj się.
-Masz zdruzgotaną nogę.
-No wow. Ale skapa!
-Bessa...
-No przecież wiem...
Przeszywający chłód zdaje się być cudownym lekarstwem w płomieniach. Rozluźniam się nieco. John również wyczuł zimno, bo od razu przyspieszył. Wskakujemy w ogniste języki.
-Ja chcę do zimna!
-Uwierz mi, że nie chcesz.
Duszę się. Dym sprawia, że oczy zaczynają łzawić. Nic nie widzę. Wtulam się w Johna. Słyszę oszalałe bicie jego serca. Czyjaś cudownie chłodna dłoń ląduje na moim karku. Wzdycham z ulgą. John wykonuje obrót i ochłoda znika. Chłopak znajduje moje oczy.
-On cię szuka...
Potężne uderzenie sprawia, że John wraz ze mną upada pod jedną ze ścian. Unoszę wzrok. O nie... Czarne buty do jazdy konnej, ciemny płaszcz z kapturem - wszystko lśni zdradziecko przypominając o spotkaniu w lustrze... Jednak tym razem oczy są zielone niczym źrenice kota...
Zjawa uśmiecha się słodko patrząc jak ogień zaczyna mnie pożerać. Chłopak podnosi się i staje w mojej obronie.
-Cofnij się potworze!
Duch wykonuje ruch ręką i przyjaciel przelatuje przez ścianę krusząc ją w drobny mak. Ze skroni ciekną strużki krwi. Głowa opada bezwiednie na ramie. Wpadam w furię. Nie zważając na ból w nodze podnoszę się. Zatrzymuję się kilka centymetrów od ostrza sztyletu wycelowanego w moje gardło.
-Nie rzucaj się...
-Odejdź ode mnie!
-Nie kwicz jak świnia, bo zasługujesz na okrutniejszą śmierć!
-Won z mojego domu! Tam są drzwi!
tym razem strach mnie opuszcza. Zjawa totalnie ignorując moje słowa zbliża sztylet do mojego gardła. Czuję ostrze. Przyciska je coraz mocniej. Odsuwam się za każdym razem, gdy ten wykonuje jakikolwiek ruch. Niespodziewanie uderza mnie w ramię. w odruchu obronnym pochylam się do przodu wprost na sztylet...
Ale gorąco, za gorąco. Zrzucam kołdrę i wyskakuję z łóżka. Jest jeszcze ciemno. Czymś śmierdzi, jakby coś się przypalało... Łe tam. Podchodzę do okna, żeby je otworzyć. Chwytam za uchwyt i zamieram w bezruchu przerażenia. Kary ogier wściekle uderza kopytami w ścianę domu rżąc przy tym jak opętany. Krew lśni na jego zakrzywionych kopytach... To Ten jednorożec...
Powoli odsuwam się od okna. To tylko sen. Tak, to na pewno sen, zły sen. Odwracam głowę i zauważam światło tańczące za drzwiami. What? Kto w środku nocy urządza imprezę?! Zbliżam się do drzwi, lecz strach powoduje, że nieruchomieję. Trzask drzwi frontowych. Czyżby...Ten koń wdarł się do środka? Stukot kopyt na posadzce w kuchni potwierdza moje najskrytsze obawy. Jakiś narowisty koń z kuku na muniu właśnie wlazł do mojego domu rozwalając przy tym drzwi wejściowe! No halo! Pamiętaj, to tylko koszmar...
Przezwyciężając strach otwieram drzwi od mojego pokoju. Wszędzie dziko tańczy ogień. Płonie dosłownie wszystko. Dym gryzie w oczy. Próbuję zamknąć drzwi, lecz ogień już zaczął je spalać. Płomienie zaczynają lizać moje bose nogi. Już mam uciec do pokoju, ale, jako, że jestem niezdarą, potykam się o rąbek dywanu. Padam jak długa na rozgrzaną podłogę. Słyszę konia żerującego po parterze. Niezbyt optymistyczna wiadomość... Staram podnieść się na nogi, ale nieprzyjemny dla ucha gruchot uświadamia mi ciężka do przyjęcia prawdę. Brawo Bessa, możesz sobie tylko pogratulować. Ponownie próbuję ruszyć nogą. Ból przeszywa całe ciało. Jesteś miszcz Bessa - złamałaś se nogę, pięknie.Nie wiem czy teraz boli mnie noga, ręka czy może kręgosłup? Jedyne co wiem to to, że łzy nieubłaganie cisną się do moich oczu, które zachodzą mgłą. Mroczki biegają przed oczami. Gorąco. Odpływam donikąd...
Czyjeś silne ramiona chwytają mnie pewnie, ale za razem delikatnie. Znam te ręce... John? Otwieram oczy. Chłopak posyła mi słaby uśmiech, który przebiega przez jego bladą twarz niczym błyskawica.
-Co tu robisz?
-Ja?
Nie da się ukryć, że ma na mnie focha. Słychać to w jego głosie.
-Co jest?
-Xsenia nie może tutaj zostać... Zobacz co narobiła!
Xsenia?
-To już ie jest mała jaszczurka... To jest smok. Czaisz? SMOK!!!
-Dobra, nie drzyj się.
-Masz zdruzgotaną nogę.
-No wow. Ale skapa!
-Bessa...
-No przecież wiem...
Przeszywający chłód zdaje się być cudownym lekarstwem w płomieniach. Rozluźniam się nieco. John również wyczuł zimno, bo od razu przyspieszył. Wskakujemy w ogniste języki.
-Ja chcę do zimna!
-Uwierz mi, że nie chcesz.
Duszę się. Dym sprawia, że oczy zaczynają łzawić. Nic nie widzę. Wtulam się w Johna. Słyszę oszalałe bicie jego serca. Czyjaś cudownie chłodna dłoń ląduje na moim karku. Wzdycham z ulgą. John wykonuje obrót i ochłoda znika. Chłopak znajduje moje oczy.
-On cię szuka...
Potężne uderzenie sprawia, że John wraz ze mną upada pod jedną ze ścian. Unoszę wzrok. O nie... Czarne buty do jazdy konnej, ciemny płaszcz z kapturem - wszystko lśni zdradziecko przypominając o spotkaniu w lustrze... Jednak tym razem oczy są zielone niczym źrenice kota...
Zjawa uśmiecha się słodko patrząc jak ogień zaczyna mnie pożerać. Chłopak podnosi się i staje w mojej obronie.
-Cofnij się potworze!
Duch wykonuje ruch ręką i przyjaciel przelatuje przez ścianę krusząc ją w drobny mak. Ze skroni ciekną strużki krwi. Głowa opada bezwiednie na ramie. Wpadam w furię. Nie zważając na ból w nodze podnoszę się. Zatrzymuję się kilka centymetrów od ostrza sztyletu wycelowanego w moje gardło.
-Nie rzucaj się...
-Odejdź ode mnie!
-Nie kwicz jak świnia, bo zasługujesz na okrutniejszą śmierć!
-Won z mojego domu! Tam są drzwi!
tym razem strach mnie opuszcza. Zjawa totalnie ignorując moje słowa zbliża sztylet do mojego gardła. Czuję ostrze. Przyciska je coraz mocniej. Odsuwam się za każdym razem, gdy ten wykonuje jakikolwiek ruch. Niespodziewanie uderza mnie w ramię. w odruchu obronnym pochylam się do przodu wprost na sztylet...
sobota, 12 kwietnia 2014
Rozdział XVI "Ogień"
-Mamo wróciłam!
Cisza.
-Mamo?
-Cisza.
-Wróciłam! Hello!
Jeszcze większa cisza. Wchodzę do kuchni i włączam radio. Na stole leży kartka ze znajomym pismem mamy: "Wrócę późno. Nie czekaj na mnie. Całuski. Mama" Klasyczna wiadomość. Otwieram lodówkę, po raz pierwszy od wielu dni jest pełna. Xsenii nie ma... Jeszcze nie wróciła... A może zabłądziła? Uciekła na zawsze? Zostawiła mnie...? Życie bywa podłe, ale czemu aż tak bardzo??? Szybko zjadam kolację i od razu idę spać.We wszystkich snach występuje Xsenia. Tęsknię za nią...
* * *
Kopyta głucho uderzają o piaszczyste podłoże wybiegu. Nelly łagodnie przyspiesza do kłusu. John stoi na środku wybiegu wydając polecenia. Klaczka rusza uszkami na dźwięk głosu właściciela. Przyglądam im się zza ogrodzenia. Widząc Nelly przed oczami staje mi Hera…
-Mamo wróciłam!
Cisza.
-Mamo?
-Cisza.
-Wróciłam! Hello!
Jeszcze większa cisza. Wchodzę do kuchni i włączam radio. Na stole leży kartka ze znajomym pismem mamy: "Wrócę późno. Nie czekaj na mnie. Całuski. Mama" Klasyczna wiadomość. Otwieram lodówkę, po raz pierwszy od wielu dni jest pełna. Xsenii nie ma... Jeszcze nie wróciła... A może zabłądziła? Uciekła na zawsze? Zostawiła mnie...? Życie bywa podłe, ale czemu aż tak bardzo??? Szybko zjadam kolację i od razu idę spać.We wszystkich snach występuje Xsenia. Tęsknię za nią...
* * *
Kopyta głucho uderzają o piaszczyste podłoże wybiegu. Nelly łagodnie przyspiesza do kłusu. John stoi na środku wybiegu wydając polecenia. Klaczka rusza uszkami na dźwięk głosu właściciela. Przyglądam im się zza ogrodzenia. Widząc Nelly przed oczami staje mi Hera…
-Nelly, hop!
Konik
zwalnia i niezdecydowanym wzrokiem spogląda to na Johna to na snopek siana.
Chłopak pewnym krokiem zbliża się do niego. Źrebak ze słodkim rżeniem zaczyna
przyspieszać, lecz omija przeszkodę.
-Nelly, hop
hop!
John
ponownie wydaje polecenie, lecz Nelly go nie słucha tylko zarzuca łbem.
Przyjaciel chwyta ją za uzdę. Głaszcze jej kremową grzywę.
- Czemu nie
chce skakać?
Brak
odpowiedzi. Taaa, jakie to normalne… Mała znów zaczyna kłusować dookoła
wybiegu. Robi to z radością co mogą potwierdzić słodkie prychnięcia. Zniża łeb
i zwalnia do stępa.
-Hop!
Zero
reakcji. Źrebak zwalnia po czym staje w bezruchu. Trwa w gotowości jednak nie
wie co robić. John powoli traci cierpliwość. Przeskakuję przez płot i staję
obok chłopaka.
-Może ja
spróbuję?
-Skoro
chcesz…
Brunet
oddala się i staje za bramą. Nelly ze zdziwieniem unosi łeb do góry. Popędzam
ją do wolnego galopu. Skupiam się na jej delikatnych, posuwistych krokach.
Porusza się z taką samą gracją i lekkością jak jej matka. Gdy tylko próbuje
zwolnić każę jej galopować dalej. Bezustannie, bez odpoczynku. Omija snopek
siana jakby to był potwór.
-Hop, Nelly!
Klaczka jest
zbyt rozpędzona by zdążyć się zatrzymać przed przeszkodą więc uznaje, że ją
pokona. Wybija się tylnymi kopytkami i wyskakuje w górę. Przelatuje nad
snopkiem siana i ląduje po drugiej stronie. John otwiera szeroko oczy ze
zdziwienia. Dopiero teraz pozwalam źrebakowi zwolnić. Nie posiadam się z
radości. Mocno przytulam klaczkę i daję jej kostkę cukru. Chłopak odwraca mnie
i całuje.
-Jesteś
idealna!
-Udało mi
się, prawda?
-Uwierz w
siebie, bo możesz więcej niż ci się wydaje…
Konik wtula
pyszczek między nas. Głaszczę jego lśniącą szyję. Niemożliwe. Jeszcze kilka
miesięcy temu nie potrafiłam jeździć konno, a teraz-szkolę młodego konia.
-Kto wie
może wyrośnie z niej mistrzyni skoków?
Przez twarz
Johna przebiega cień. O nie. Przypomniałam mu o Herze. Z zakłopotaniem szukam
jego oczu.
-Ja nie
chciałam…
-Nic się nie
stało…
Chłopak
chwyta uzdę Nelly, która bryka po wybiegu i odprowadza ją na pastwisko. Inne
konie witają ją rżeniem i przyjacielskim prychaniem. Mała obiega do reszty
„stada” i radośnie trąca pyskiem wierzchowce. Ku wielkiemu mojemu szczęściu
konie ze Stajni Marzeń zaprzyjaźniły i zaopiekowały się osieroconą klaczką.
Źrebak zaczyna skubać soczyście zieloną trawkę, raz po raz machając z
zadowolenia ogonkiem.
Kładzie się na trawie.
Awww.Beztroska chwila spokoju. Urocze… Nagle na spokojne, niczego
nie podejrzewające stadko spada snop ognia. Z przerażenia upadam ze strachu na
ziemię. Konie zaczynają rżeć na widok ognia. Wielka paszcza zionie ogniem i
chwyta jednego z koni. Przez płomienie staram się zobaczyć przyczynę nagłego
pożaru.
-Xsenia?!
Rozpoznaję
fioletowe oczy i lśniące łuski. Smoczyca na dźwięk mojego ostrego głosu zniża
lot i ląduje przede mną składając potężne skrzydła. Zwierzęta zlęknione
nieznanym potworem rzucają się do ucieczki przeskakując wysoki płot. Nelly
nerwowo szuka innej drogi ucieczki. John czym prędzej skierowuje klaczkę do
bramy i wypuszcza ją, by mogła uciec.
-Xsenia…!
Smok wypluwa
pogryzione, zmasakrowane ciało konia. Przekrzywia łeb i z zadowoleniem spogląda
na mnie. Wyrywa jej się potulne ryknięcie. Omija swoją zdobycz i schyla przede
mną łeb. John staje kawałek od nas nieufnie lustrując potwora od łap po pysk.
-Zabiła
Gerarda…
-Całe
szczęście był już starym koniem…
-Jak się
wytłumaczymy?
Nie sądziłam, że Xsenia tak szybko urośnie....za szybko...
niedziela, 6 kwietnia 2014
Rozdział XV "Strażnicy światów"
Z drzewa zeskakuje jakieś stworzenie, które kuca w gęstwinie paproci. Chwyta za sztylet i prostuje się w pełnej gotowości do ataku. Podnoszę ręce do góry i czekam. Jak mnie zabiją, to mnie zabiją. Mówi się trudno. Na mój widok opuszcza broń. John wita ją dziwnym słowem. Ona odpowiada czymś podobnym. Zbliża się do mnie. Perła prostuje uszy. Nie wiem jak mam się zachować. Ciekawe czy zna angielski.
-Hello, do you speak English?
Chłopak zsiada z Mustafa i staje przy boku klaczy.
-Powiedz jej: "Heki gop jas Cirihedia. Jihofeni sel on dia Telenis?"
-Że co mam jej powiedzieć?
-Mów. Ona cię o to prosi.
-Okey, ale mi pomóż.
-Dobra. Mów.
-Heki gop jas Cirihedia. Jihofeni sel on dia...
-Telenis.
-Telenis?
Dziewczyna wygląda na osiemnastolatkę, choć jej czarne oczy zdawają się być starsze o conajmniej 20 lat.
-Gelino di hopia el santyno Cirihedio... Asqo di felia!
John lekko schyla głowę i zwraca się do mnie.
-Mówi, że czekają na ciebie...
Istota zniknęła. Tak po prostu. Na mojej dłoni ląduje białe pióro. Spoglądam w górę. Między prześwitami drzew widzę oddalającego się gołębia.
-Co jej powiedziałam? Co mówiła? Kim ona jest?
Natychmiast zarzucam Johna pytaniami.
-Podałaś jej swoje imię i kazałaś pozdrowić mieszkańców twojej ojczyzny...Telenis.
-Co? Teraz już nic nie jarze...
Chłopak uśmiecha się do mnie jakby wiedział coś więcej...
Konie zawracają w stronę stadniny. Całą drogę powrotną zastanawiam się nad dziwną dziewczyną. Była taka młoda, lecz jej oczy... Perła wbija kopyta w ziemię i staje w miejscu. Nerwowo unosi łeb do góry. Napina mięśnie gotowa do nagłej ucieczki. Mustaf zdenerwowany tym, że klacz coś wyczuła również staje i niepewnie rozgląda się dookoła. John mocniej ściska lejce.
-Bądź stale w gotowości, ale nie spinaj się...
-Co tym razem wymyśliłeś?
-Ciiii... Jeżeli to On, bądź gotowa do ucieczki...
-On...
Mustaf zarzuca siwym łbem. Szelest. Trzask. Trzepot liści. Przechodzi mnie dreszcz. Nie mam zamiaru ponownie spotkać tej zjawy... Z cienia rozłożystego dębu wychodzi, dostojnie stawiając łapy, biały wilk. Uszy kładzie po sobie i szczerzy kły. Ciemne oczy błyszczą w blasku słońca. Z pyska ciekną krople błękitnej krwi.
Perła cofa się ze wzrokiem utkwionym w zwierzęciu. John przytrzymuje Mustafa, który instynktownie wyrywa się do ucieczki. Wilk zbliża się do nas. Gęsta sierść zbroczona jest krwią. Widać, że drapieżnik stoczył jakąś walkę... Chłopak, jak gdyby nigdy nic, zsiada z przerażonego konia i pewnym krokiem podchodzi do niego.
-John, nie rób tego!
-Spokojnie. On mnie zna. Ciebie zresztą też.
-Ale ja go nie znam! Wilki przenoszą wściekliznę!
-Ogarnij się. To tylko wilk.
-Tylko?!
-Chodź.
John kuca przy zwierzęciu i kładzie dłoń na jego łbie. Wilk pozwala na podrapanie za uchem. Wtula się w chłopaka jakby go znał od wielu lat. Mustaf zdziwiony taką reakcją drapieżnika przygląda się swojemu panu z nieskrywaną ciekawością. Zeskakuję z grzbietu Perły i powoli kucam przy przyjacielu. Klacz natychmiast wykorzystuje sytuacje i rzuca się do ucieczki znikając za ścianą drzew. Wilczysko napina mięśnie gotowe do wykonania ewentualnego skoku i pogoni za koniem, lecz łagodnieje pod dotykiem palców Johna.
-Odrzuć strach Cirihedio, to tylko ja - twój pokorny sługa...
-Ten wilk gada?!
John posyła mi pełne oburzenia spojrzenie.
-Nie "ten wilk" tylko Itahi, członek Sfory Błękitnego Księżyca, mój najwierniejszy przyjaciel i kompan wielu wypraw... Zwłaszcza tych za ocean...
Wilk z gracją skłania się i schyla łeb. W jego oczach dostrzegam szacunek i zaufanie. Przeczesuję bujną sierść, miłą i puszystą w dotyku.
-Itahi, tak?
-Tak, piękna pani, tak mnie nazywają.
-Co tu robisz? Akurat w tym lesie? Skąd mnie znasz?
Drapieżnik spogląda niepewnie na Johna, jakby chciał się czegoś upewnić po czym zwraca się do mnie:
-Tak dużo pytań...
-Co tu robisz? Skąd jesteś?
-Moja pani...
-Czemu nie chcesz mi powiedzieć?
-Nie bardzo wiem, czy wypadałoby tu i teraz...
-Boisz się czegoś?
-Jeszcze nie czas... Najdroższa Pani Wschodzącej Jutrzenki zjawi się już niedługo - masz być gotowa do wymarszu...
-Że kto?
Chłopak kiwa głową w zamyśleniu.
-Tak wcześnie?
-Tak, kazała mi przekazać iż czas Cirihedii jest już bliski... Mało czasu, a spraw wiele...
-Rozumiem. Itahi, przekaż naszej Najdroższej Królowej Znad Oceanu, że księżniczka jest w pełni bezpieczna i że będę wypatrywać jej znaku...
-Tak uczynię, panie mój.
Drapieżnik ponownie schyla łeb przede mną. Ostatni raz wtula pysk w Johna i kieruje się do lasu.
-Asqo di felia, Cirihedio!
Nie wiem co odpowiedzieć. Z wyrzutem wpatruje się w lśniące oczy Johna. Z czego on się tak cieszy?!
Z drzewa zeskakuje jakieś stworzenie, które kuca w gęstwinie paproci. Chwyta za sztylet i prostuje się w pełnej gotowości do ataku. Podnoszę ręce do góry i czekam. Jak mnie zabiją, to mnie zabiją. Mówi się trudno. Na mój widok opuszcza broń. John wita ją dziwnym słowem. Ona odpowiada czymś podobnym. Zbliża się do mnie. Perła prostuje uszy. Nie wiem jak mam się zachować. Ciekawe czy zna angielski.
-Hello, do you speak English?
Chłopak zsiada z Mustafa i staje przy boku klaczy.
-Powiedz jej: "Heki gop jas Cirihedia. Jihofeni sel on dia Telenis?"
-Że co mam jej powiedzieć?
-Mów. Ona cię o to prosi.
-Okey, ale mi pomóż.
-Dobra. Mów.
-Heki gop jas Cirihedia. Jihofeni sel on dia...
-Telenis.
-Telenis?
Dziewczyna wygląda na osiemnastolatkę, choć jej czarne oczy zdawają się być starsze o conajmniej 20 lat.
-Gelino di hopia el santyno Cirihedio... Asqo di felia!
John lekko schyla głowę i zwraca się do mnie.
-Mówi, że czekają na ciebie...
Istota zniknęła. Tak po prostu. Na mojej dłoni ląduje białe pióro. Spoglądam w górę. Między prześwitami drzew widzę oddalającego się gołębia.
-Co jej powiedziałam? Co mówiła? Kim ona jest?
Natychmiast zarzucam Johna pytaniami.
-Podałaś jej swoje imię i kazałaś pozdrowić mieszkańców twojej ojczyzny...Telenis.
-Co? Teraz już nic nie jarze...
Chłopak uśmiecha się do mnie jakby wiedział coś więcej...
Konie zawracają w stronę stadniny. Całą drogę powrotną zastanawiam się nad dziwną dziewczyną. Była taka młoda, lecz jej oczy... Perła wbija kopyta w ziemię i staje w miejscu. Nerwowo unosi łeb do góry. Napina mięśnie gotowa do nagłej ucieczki. Mustaf zdenerwowany tym, że klacz coś wyczuła również staje i niepewnie rozgląda się dookoła. John mocniej ściska lejce.
-Bądź stale w gotowości, ale nie spinaj się...
-Co tym razem wymyśliłeś?
-Ciiii... Jeżeli to On, bądź gotowa do ucieczki...
-On...
Mustaf zarzuca siwym łbem. Szelest. Trzask. Trzepot liści. Przechodzi mnie dreszcz. Nie mam zamiaru ponownie spotkać tej zjawy... Z cienia rozłożystego dębu wychodzi, dostojnie stawiając łapy, biały wilk. Uszy kładzie po sobie i szczerzy kły. Ciemne oczy błyszczą w blasku słońca. Z pyska ciekną krople błękitnej krwi.
-John, nie rób tego!
-Spokojnie. On mnie zna. Ciebie zresztą też.
-Ale ja go nie znam! Wilki przenoszą wściekliznę!
-Ogarnij się. To tylko wilk.
-Tylko?!
-Chodź.
John kuca przy zwierzęciu i kładzie dłoń na jego łbie. Wilk pozwala na podrapanie za uchem. Wtula się w chłopaka jakby go znał od wielu lat. Mustaf zdziwiony taką reakcją drapieżnika przygląda się swojemu panu z nieskrywaną ciekawością. Zeskakuję z grzbietu Perły i powoli kucam przy przyjacielu. Klacz natychmiast wykorzystuje sytuacje i rzuca się do ucieczki znikając za ścianą drzew. Wilczysko napina mięśnie gotowe do wykonania ewentualnego skoku i pogoni za koniem, lecz łagodnieje pod dotykiem palców Johna.
-Odrzuć strach Cirihedio, to tylko ja - twój pokorny sługa...
-Ten wilk gada?!
John posyła mi pełne oburzenia spojrzenie.
-Nie "ten wilk" tylko Itahi, członek Sfory Błękitnego Księżyca, mój najwierniejszy przyjaciel i kompan wielu wypraw... Zwłaszcza tych za ocean...
Wilk z gracją skłania się i schyla łeb. W jego oczach dostrzegam szacunek i zaufanie. Przeczesuję bujną sierść, miłą i puszystą w dotyku.
-Itahi, tak?
-Tak, piękna pani, tak mnie nazywają.
-Co tu robisz? Akurat w tym lesie? Skąd mnie znasz?
Drapieżnik spogląda niepewnie na Johna, jakby chciał się czegoś upewnić po czym zwraca się do mnie:
-Tak dużo pytań...
-Co tu robisz? Skąd jesteś?
-Moja pani...
-Czemu nie chcesz mi powiedzieć?
-Nie bardzo wiem, czy wypadałoby tu i teraz...
-Boisz się czegoś?
-Jeszcze nie czas... Najdroższa Pani Wschodzącej Jutrzenki zjawi się już niedługo - masz być gotowa do wymarszu...
-Że kto?
Chłopak kiwa głową w zamyśleniu.
-Tak wcześnie?
-Tak, kazała mi przekazać iż czas Cirihedii jest już bliski... Mało czasu, a spraw wiele...
-Rozumiem. Itahi, przekaż naszej Najdroższej Królowej Znad Oceanu, że księżniczka jest w pełni bezpieczna i że będę wypatrywać jej znaku...
-Tak uczynię, panie mój.
Drapieżnik ponownie schyla łeb przede mną. Ostatni raz wtula pysk w Johna i kieruje się do lasu.
-Asqo di felia, Cirihedio!
Nie wiem co odpowiedzieć. Z wyrzutem wpatruje się w lśniące oczy Johna. Z czego on się tak cieszy?!
niedziela, 23 marca 2014
Rozdział XIV "Xerinito esqrita deli fe lenia..."
Nadal nie potrafię otrząsnąć się ze śmierci Hery. Wszędzie zauważam jej brak. Ciężko jest mi przyjąć do wiadomości, że ona już nigdy nie wyjrzy z boksu, nigdy nie zarży na mój widok, już nigdy więcej nie przeskoczy przeszkody... Przez tydzień nie było mnie w stadninie. John stara się żyć dalej, ale widać, że nie łatwo jest mu się otrząsnąć z traumatycznych przeżyć. Dzisiaj postanowiłam wziąć się w garść i pojechać do Stajni Marzeń.
John wchodzi na wybieg, na którym bryka Mustaf - silny siwek.
-Hej!
-Dzisiaj zabiorę cię w teren.
-W teren?
-Tak. Pojedziemy na pola, na wschód od stadniny.
-Aha...
-Nie cieszysz się?
Spuszczam głowę. Chłopak bez słowa chwyta uzdę siwka i zakłada mu siodło.
-Osiodłasz Perłę?
-Perłę? Spoko.
Jestem o nią spokojna, bo to jedna z najłagodniejszych koni w Stajni Marzeń. Wspaniale się na niej jeździ.
Wołam ją po imieniu i otwieram bramę pastwiska. Kary fryz podbiega do mnie i schyla łeb. Jest przepiękną klaczą. Zapinam popręg i zakładam ogłowie. Chłopak już siedzi w siodle i czeka za mną. Jeszcze raz sprawdzam mocowanie i wskakuję na grzbiet Perły. Mustaf kroczy dumnie tak jak przystało na najsilniejszego konia w stadninie. Przyspieszamy do wolnego galopu. Pod kopytami chrzęszczy ziemia. Śmigamy przez żyzne pola. Wjeżdżamy na łąkę i zwalniamy do kłusu. Rzucam znaczące spojrzenie Johnowi.
-Po co zabrałeś mnie w teren?
-Chcę cię nauczyć czegoś zupełnie innego.
-Czyli?
-Opanowywanie konia na otwartej przestrzeni.
-Aha? Po co mi to?
-Przyda ci się to...
-Co mam robić?
-Najpierw skup się. Ty to umiesz, tylko jeszcze o tym nie wiesz.
Konie znów przyspieszają. Pod kopytami to znikają, to znów pojawiają się maki, chabry, dziewanny, bławatki, koniczynki... Udaje mi się trochę rozluźnić. Myśli odbiegają od Hery. Niespodziewanie chłopak zagradza mi drogę Mustafem. Klacz, przestraszona jego nagłym ruchem, spina mięśnie starając się wyhamować. John zeskakuje z konia i gdzieś znika. Perła odwraca się na tylnych nogach i rzuca do ucieczki. Spod kopyt wyskakuje John i wyrzuca ręce w górę jeszcze bardziej strasząc klacz, która ponownie staje dęba. Zaczyna wierzgać kopytami. Nie wiem jak długo utrzymam się w siodle. Nagły zwrot sprawia, że spadam na ziemię. Chłopak błyskawicznie chwyta Perłę za uzdę, a ogiera za wodze. Uspokaja je cichym szeptem. Wściekła podnoszę się strzepuję z siebie trawę.
-Co to miało być?!
-Znowu krzyczysz...
-Chcesz mnie zabić?!
-Ciii... Uspokój się Bessa...
-Grrrr...
Biorę głęboki oddech. Uspokajam wrzeszczące emocje. Lekki wietrzyk bawi się moimi włosami rozwiewając je.
-Lepiej? Pokażę ci co robić, gdy koń się spłoszy albo się przestraszy, ok?
-No... Dobra gadaj.
-Nie denerwuj się, to po pierwsze. Koń reaguje różnie na nerwy jeźdźca, więc musisz uważać.
-Przejdź do rzeczy, bo zaraz usnę ze znudzenia.
-Niecierpliwość, twoja pierwsza wada...
-Zacznij gadać po ludzku...
-A co robię?
-John... Mów jaśniej o co ci chodzi...
-Xerinito esqrita deli fe lenia...
-What? O co ci chodzi?
-Xerinito esqrita deli fe lenia.
Daję mu plaskacza. Wkurza mnie już no!
-Ogarniesz się kiedyś?!
Chłopak zatrzymuje moją dłoń w powietrzu i powoli opuszcza. Tym razem nie powstrzymuję łez. Pozwalam wypłynąć emocjom na zewnątrz. John podchodzi do mnie i przytula z całych sił.
Perła zdziwiona muska pyskiem moje ramię. Wyciągam drżącą dłoń i kładę na jej ciepłych chrapach. Chłopak patrzy mi w ozy wchodząc do mojej duszy.
-Przepraszam John...
Ten jednak bez odpowiedzi siada na grzbiet Mustafa. Fryz ponownie trąca mnie w ręce. Chwytam wodze i wskakuję w siodło. Ruszamy w całkowitym milczeniu. Klacz nagle gubi krok. Mocniej ściskam lejce i poprawiam się w siodle. John przygląda mi się z dużym niepokojem. Posyłam mu długie spojrzenie błagające o pomoc.
-Eeee... Powiesz mi co robić, bo Perła chyba się stresuje...
Zanim skończyłam mówić zza gęstwiny krzaków wyskoczyły 2 przestraszone zające. Wbiegły pod kopyta Perły, która natychmiast stanęła dęba.
-Skróć lejce! Prowadź ją w kółkach! Ściągaj i luzuj wodze!
Chłopak daje mi dokładne instrukcje. Staram się zmusić konia do biegu w kole, lecz ten zaczyna się wyrywać.
John zaczyna coś szeptać w tym samym języku, którym mówił dziwne, nieznane mi słowa. Na jego dłoniach przysiada przepiękny, biały niczym śnieg gołąb. Przysiada tylko na chwilę. Wzbija się w powietrze i leci w moją stronę. Wszystko to dzieje się w ułamkach sekund. Ledwo trzymam się w siodle, bo wierzchowiec wyrzuca kopyta co chwilę w powietrze. Ptak zniża lot, zawisając w powietrzu przed pyskiem zdenerwowanej Perły. Między nimi przelatuje złota iskra, która obejmuje konia. Kary fryz staje czterema kopytami na ziemi wciąż wpatrując się w śnieżnobiałego gołębia. Chłopak wyciąga dłoń w stronę ptaka, który siada na jego ramieniu składając skrzydła. Perla podchodzi do Mustafa.
-Wow...
-Salencia, zawsze gotowa do pomocy...
-Salencia?
Gołąb skłania główkę ku ziemi jakby rozumiał ludzką mowę. Podrywa się do lotu i znika w promieniach słońca na błękitnym niebie. Konie momentalnie podrywają się do biegu. Wjeżdżamy w las. Trochę zgłodniałam, ale nie będę się odzywać, bo jeszcze zostanę wyzwana. Kłusujemy tak pośród leśnej ciszy. Raz po raz słychać stukanie dzięcioła i kukanie kukułki. John zatrzymuje Mustafa...
Nadal nie potrafię otrząsnąć się ze śmierci Hery. Wszędzie zauważam jej brak. Ciężko jest mi przyjąć do wiadomości, że ona już nigdy nie wyjrzy z boksu, nigdy nie zarży na mój widok, już nigdy więcej nie przeskoczy przeszkody... Przez tydzień nie było mnie w stadninie. John stara się żyć dalej, ale widać, że nie łatwo jest mu się otrząsnąć z traumatycznych przeżyć. Dzisiaj postanowiłam wziąć się w garść i pojechać do Stajni Marzeń.
John wchodzi na wybieg, na którym bryka Mustaf - silny siwek.
-Hej!
-Dzisiaj zabiorę cię w teren.
-W teren?
-Tak. Pojedziemy na pola, na wschód od stadniny.
-Aha...
-Nie cieszysz się?
Spuszczam głowę. Chłopak bez słowa chwyta uzdę siwka i zakłada mu siodło.
-Osiodłasz Perłę?
-Perłę? Spoko.
Jestem o nią spokojna, bo to jedna z najłagodniejszych koni w Stajni Marzeń. Wspaniale się na niej jeździ.
Wołam ją po imieniu i otwieram bramę pastwiska. Kary fryz podbiega do mnie i schyla łeb. Jest przepiękną klaczą. Zapinam popręg i zakładam ogłowie. Chłopak już siedzi w siodle i czeka za mną. Jeszcze raz sprawdzam mocowanie i wskakuję na grzbiet Perły. Mustaf kroczy dumnie tak jak przystało na najsilniejszego konia w stadninie. Przyspieszamy do wolnego galopu. Pod kopytami chrzęszczy ziemia. Śmigamy przez żyzne pola. Wjeżdżamy na łąkę i zwalniamy do kłusu. Rzucam znaczące spojrzenie Johnowi.
-Po co zabrałeś mnie w teren?
-Chcę cię nauczyć czegoś zupełnie innego.
-Czyli?
-Opanowywanie konia na otwartej przestrzeni.
-Aha? Po co mi to?
-Przyda ci się to...
-Co mam robić?
-Najpierw skup się. Ty to umiesz, tylko jeszcze o tym nie wiesz.
Konie znów przyspieszają. Pod kopytami to znikają, to znów pojawiają się maki, chabry, dziewanny, bławatki, koniczynki... Udaje mi się trochę rozluźnić. Myśli odbiegają od Hery. Niespodziewanie chłopak zagradza mi drogę Mustafem. Klacz, przestraszona jego nagłym ruchem, spina mięśnie starając się wyhamować. John zeskakuje z konia i gdzieś znika. Perła odwraca się na tylnych nogach i rzuca do ucieczki. Spod kopyt wyskakuje John i wyrzuca ręce w górę jeszcze bardziej strasząc klacz, która ponownie staje dęba. Zaczyna wierzgać kopytami. Nie wiem jak długo utrzymam się w siodle. Nagły zwrot sprawia, że spadam na ziemię. Chłopak błyskawicznie chwyta Perłę za uzdę, a ogiera za wodze. Uspokaja je cichym szeptem. Wściekła podnoszę się strzepuję z siebie trawę.
-Co to miało być?!
-Znowu krzyczysz...
-Chcesz mnie zabić?!
-Ciii... Uspokój się Bessa...
-Grrrr...
Biorę głęboki oddech. Uspokajam wrzeszczące emocje. Lekki wietrzyk bawi się moimi włosami rozwiewając je.
-Lepiej? Pokażę ci co robić, gdy koń się spłoszy albo się przestraszy, ok?
-No... Dobra gadaj.
-Nie denerwuj się, to po pierwsze. Koń reaguje różnie na nerwy jeźdźca, więc musisz uważać.
-Przejdź do rzeczy, bo zaraz usnę ze znudzenia.
-Niecierpliwość, twoja pierwsza wada...
-Zacznij gadać po ludzku...
-A co robię?
-John... Mów jaśniej o co ci chodzi...
-Xerinito esqrita deli fe lenia...
-What? O co ci chodzi?
-Xerinito esqrita deli fe lenia.
Daję mu plaskacza. Wkurza mnie już no!
-Ogarniesz się kiedyś?!
Chłopak zatrzymuje moją dłoń w powietrzu i powoli opuszcza. Tym razem nie powstrzymuję łez. Pozwalam wypłynąć emocjom na zewnątrz. John podchodzi do mnie i przytula z całych sił.
Perła zdziwiona muska pyskiem moje ramię. Wyciągam drżącą dłoń i kładę na jej ciepłych chrapach. Chłopak patrzy mi w ozy wchodząc do mojej duszy.
-Przepraszam John...
Ten jednak bez odpowiedzi siada na grzbiet Mustafa. Fryz ponownie trąca mnie w ręce. Chwytam wodze i wskakuję w siodło. Ruszamy w całkowitym milczeniu. Klacz nagle gubi krok. Mocniej ściskam lejce i poprawiam się w siodle. John przygląda mi się z dużym niepokojem. Posyłam mu długie spojrzenie błagające o pomoc.
-Eeee... Powiesz mi co robić, bo Perła chyba się stresuje...
Zanim skończyłam mówić zza gęstwiny krzaków wyskoczyły 2 przestraszone zające. Wbiegły pod kopyta Perły, która natychmiast stanęła dęba.
-Skróć lejce! Prowadź ją w kółkach! Ściągaj i luzuj wodze!
Chłopak daje mi dokładne instrukcje. Staram się zmusić konia do biegu w kole, lecz ten zaczyna się wyrywać.
John zaczyna coś szeptać w tym samym języku, którym mówił dziwne, nieznane mi słowa. Na jego dłoniach przysiada przepiękny, biały niczym śnieg gołąb. Przysiada tylko na chwilę. Wzbija się w powietrze i leci w moją stronę. Wszystko to dzieje się w ułamkach sekund. Ledwo trzymam się w siodle, bo wierzchowiec wyrzuca kopyta co chwilę w powietrze. Ptak zniża lot, zawisając w powietrzu przed pyskiem zdenerwowanej Perły. Między nimi przelatuje złota iskra, która obejmuje konia. Kary fryz staje czterema kopytami na ziemi wciąż wpatrując się w śnieżnobiałego gołębia. Chłopak wyciąga dłoń w stronę ptaka, który siada na jego ramieniu składając skrzydła. Perla podchodzi do Mustafa.
-Wow...
-Salencia, zawsze gotowa do pomocy...
-Salencia?
Gołąb skłania główkę ku ziemi jakby rozumiał ludzką mowę. Podrywa się do lotu i znika w promieniach słońca na błękitnym niebie. Konie momentalnie podrywają się do biegu. Wjeżdżamy w las. Trochę zgłodniałam, ale nie będę się odzywać, bo jeszcze zostanę wyzwana. Kłusujemy tak pośród leśnej ciszy. Raz po raz słychać stukanie dzięcioła i kukanie kukułki. John zatrzymuje Mustafa...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















