środa, 23 kwietnia 2014

Rozdział  XVII   "Koń i jego jeździec"


Ale gorąco, za gorąco. Zrzucam kołdrę i wyskakuję z łóżka. Jest jeszcze ciemno. Czymś śmierdzi, jakby coś się przypalało... Łe tam. Podchodzę do okna, żeby je otworzyć. Chwytam za uchwyt i zamieram w bezruchu przerażenia. Kary ogier wściekle uderza kopytami w ścianę domu rżąc przy tym jak opętany. Krew lśni na jego zakrzywionych kopytach... To Ten jednorożec... 
Powoli odsuwam się od okna. To tylko sen. Tak, to na pewno sen, zły sen. Odwracam głowę i zauważam światło tańczące za drzwiami.  What? Kto w środku nocy urządza imprezę?! Zbliżam się do drzwi, lecz strach powoduje, że nieruchomieję. Trzask drzwi frontowych. Czyżby...Ten koń wdarł się do środka? Stukot kopyt na posadzce w kuchni potwierdza moje najskrytsze obawy. Jakiś narowisty koń z kuku na muniu właśnie wlazł do mojego domu rozwalając przy tym drzwi wejściowe! No halo! Pamiętaj, to tylko koszmar...
Przezwyciężając strach otwieram drzwi od mojego pokoju. Wszędzie dziko tańczy ogień. Płonie dosłownie wszystko. Dym gryzie w oczy. Próbuję zamknąć drzwi, lecz ogień już zaczął je spalać. Płomienie zaczynają lizać moje bose nogi. Już mam uciec do pokoju, ale, jako, że jestem niezdarą, potykam się o rąbek dywanu.  Padam jak długa na rozgrzaną podłogę. Słyszę konia żerującego po parterze. Niezbyt optymistyczna wiadomość... Staram podnieść się na nogi, ale nieprzyjemny dla ucha gruchot uświadamia mi ciężka do przyjęcia prawdę. Brawo Bessa, możesz sobie tylko pogratulować. Ponownie próbuję ruszyć nogą. Ból przeszywa całe ciało. Jesteś miszcz Bessa - złamałaś se nogę, pięknie.Nie wiem czy teraz boli mnie noga, ręka czy może kręgosłup? Jedyne co wiem to to, że łzy nieubłaganie cisną się do moich oczu, które zachodzą mgłą. Mroczki biegają przed oczami. Gorąco. Odpływam donikąd...
Czyjeś silne ramiona chwytają mnie pewnie, ale za razem delikatnie. Znam te ręce... John? Otwieram oczy. Chłopak posyła mi słaby uśmiech, który przebiega przez jego bladą twarz niczym błyskawica. 
-Co tu robisz?
-Ja?
Nie da się ukryć, że ma na mnie focha. Słychać to w jego głosie.
-Co jest?
-Xsenia nie może tutaj zostać... Zobacz co narobiła!
Xsenia?
-To już ie jest mała jaszczurka... To jest smok. Czaisz? SMOK!!!
-Dobra, nie drzyj się.
-Masz zdruzgotaną nogę.
-No wow. Ale skapa!
-Bessa...
-No przecież wiem...
Przeszywający chłód zdaje się być cudownym lekarstwem w płomieniach. Rozluźniam się nieco. John również wyczuł zimno, bo od razu przyspieszył. Wskakujemy w ogniste języki.
-Ja chcę do zimna!
-Uwierz mi, że nie chcesz.
Duszę się. Dym sprawia, że oczy zaczynają łzawić. Nic nie widzę. Wtulam się w Johna. Słyszę oszalałe bicie jego serca. Czyjaś cudownie chłodna dłoń ląduje na moim karku. Wzdycham z ulgą. John wykonuje obrót i ochłoda znika. Chłopak znajduje moje oczy.
-On cię szuka...
Potężne uderzenie sprawia, że John wraz ze mną upada pod jedną ze ścian. Unoszę wzrok. O nie... Czarne buty do jazdy konnej, ciemny płaszcz z kapturem - wszystko lśni zdradziecko przypominając o spotkaniu w lustrze... Jednak tym razem oczy są zielone niczym źrenice kota...
Zjawa uśmiecha się słodko patrząc jak ogień zaczyna mnie pożerać. Chłopak podnosi się i staje w mojej obronie.
-Cofnij się potworze!
Duch wykonuje ruch ręką i przyjaciel przelatuje przez ścianę krusząc ją w drobny mak. Ze skroni ciekną strużki krwi. Głowa opada bezwiednie na ramie. Wpadam w furię. Nie zważając na ból w nodze podnoszę się. Zatrzymuję się kilka centymetrów od ostrza sztyletu wycelowanego w moje gardło.
-Nie rzucaj się...
-Odejdź ode mnie!
-Nie kwicz jak świnia, bo zasługujesz na okrutniejszą śmierć!
-Won z mojego domu! Tam są drzwi!
tym razem strach mnie opuszcza. Zjawa totalnie ignorując moje słowa zbliża sztylet do mojego gardła. Czuję ostrze. Przyciska je coraz mocniej. Odsuwam się za każdym razem, gdy ten wykonuje jakikolwiek ruch. Niespodziewanie uderza mnie w ramię. w odruchu obronnym pochylam się do przodu wprost na sztylet...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz