Rozdział VII "Magiczna godzina"
Zegarek wskazuje 1:25. Wciąż nie mogę zasnąć po tym co mnie ostatnio spotkało. Najpierw cudowny galop, później namiętny pocałunek z Johnem. W pocałunku było coś takiego nieziemskiego wręcz nieludzkiego. Potem duch... Z każdym mijającym dniem coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że faktycznie nie jestem człowiekiem. John ostatnio stał się jakby bardziej wyrozumiały i miły. Jest środek nocy, a mnie nadal nie chcę się spać. Komórka błyska jasnym światłem. Spoglądam na wyświetlacz. Dlaczego John dzwoni do mnie o 1:33? Odbieram.
-Halo?
Szeptam, bo nie chcę obudzić rodziców i wzbudzić ich podejrzeń.
-Bessa...
-Czego? Jest 1:35!
-Muszę ci coś pokazać. Wyjdź na dwór.
-Teraz? No chyba cię porąbało!
-Tak, teraz.
Wyłączam telefon. Narzucam na siebie bluzę i wychodzę z domu. Noc jest ciepła i przejrzysta. Rozglądam się dookoła. Świetliki mrugają tu i ówdzie jasnymi światełkami. Połówka księżyca błyszczy na czarnym niebie pośród gwiazd.
-Dziś jest szczególny dzień...
Odwracam się. Zza lipy wychodzi John.
-Nie wiem czy się orientujesz w czasie, ale jest środek nocy...
-1:47. Magiczna godzina coraz bliżej...
-Magiczna co?
-Chodź ze mną.
Chłopak znika w ciemności lasu. Podążam za nim przez krzaki. Nie mam pojęcia dokąd mnie prowadzi. Coś chwyta mnie za nogę. Już mam wrzasnąć, lecz on kładzie mi rękę na usta i uspokaja. To tylko ciernie... Tylko... Wychodzimy z gęstwiny drzew na otwartą przestrzeń. Rozpoznaję to miejsce. Bagna. Podmokłe łąki daleko za wsią. Po co John mnie tu przyprowadził? Ufam mu, ale...
-Nie wystrasz się...
-Po co...?
-Nic nie mów. Ja to załatwię...
Chłopak przymyka mi powieki. Zrzuca ze mnie bluzę. Oddala się.
-John?
Nikt nie odpowiada. Zgodnie z jego poleceniem nie odzywam się już więcej. Czuję nagły przypływ energii. Jakaś niewyobrażalna siła rozpiera mnie od środka. Z oczu zaczynają cieknąć łzy wyciskane przez ową moc. Mięśnie kamienieją unieruchamiając mnie. Nie otwieram oczu. Coś chwyta mnie za nogi i skuwa mi je czymś ciężkim.
-Otwórz oczy...
Wycieram sobie łzy, które przybierają błękitną barwę. Dziwne.
Przez wodę zbliża się do mnie piękna postać w białej, długiej sukni. Rozpoznaję boskie stworzenie. Ciemne włosy opadają kaskadami na ramiona, a skrzydła rozpościerają się. Anioł. Prawdziwy anioł. John oddaje pełen gracji ukłon. Boskie stworzenie podchodzi do mnie. Wokół niego unosi się biała poświata. Skuwa mi ręce żelaznymi kajdanami, które obrośnięte są dzikim bluszczem. Zaczynam się naprawdę bać. Anioł wznosi dłonie do góry. Moje ciało zaczyna się wyginać. Brakuje mi tchu. Już nie mogę... Jednak coś powstrzymuje mnie przed upadkiem. Słodki powiew wietrzyku sprawia, że nie czuję już bólu. Podnoszę wzrok i spotykam oczy boskiego stworzenia. Mglista szarość zmieszana z rudym odcieniem jesieni... Piękne oczy.
-Cirihedio poznaj siebie...
Anioł znika idąc przez wodę, kierując się do lasu. Dziwnie się czuję. John zbliża się do mnie i podprowadza mnie do tafli wody. Moje kroki wydają się teraz takie lekkie... Zaniemówiłam z wrażenia.
Moje oczy stały się ślicznie zielone. Na szyi wisi srebrny, lśniący kwiat róży. Czarne włosy nabrały puszystości, a moje uszy wydłużyły się. Chyba nie jestem...
-Tak, jesteś elfem. Istotą nieśmiertelną władającą magią...
Nie mogę w to uwierzyć. Czy to sen? A może zwariowałam? John chwyta moją dłoń i prowadzi mnie na pobliskie drzewa rosnące na skraju bagien.
-Przyglądaj się uważnie. Będziesz już w stanie to zobaczyć.
Nie bardzo wiem na co mam patrzeć. Przez ciszę nocy przedziera się ni to ryk, ni to grzmot. Nagły ruch powietrza rozwiewa mi włosy. Nie jest to typowy polny wiatr. Coś przysłania księżyc. Spoglądam na wyświetlacz komórki. 2:02.
-Magiczna godzina...
Chłopak mocniej ściska gałąź i zamiera w oczekiwaniu. Plusk i nagły ruch nie wróżą nic dobrego. Nad mokradłami rozlega się potężny ryk. Ogromne, ciemne cielsko ląduje na wysepce pośród podmokłych łąk składając olbrzymie skrzydła. Każdy rozpoznałby to stworzenie znane z filmów fantasy. Czerwone ślepia płoną jasnym blaskiem. Z pyska uchodzi dym. Stwór otwiera paszczę, z której spada morze płomieni oświetlając taflę wody.
Wzbija się w powietrze. Słyszę tępy odgłos pękania. Z wody wyłażą jakieś stworzonka natychmiast rozwijające maleńkie skrzydełka. Z drzewa nie wiedzę dokładnie co to za stworki, lecz chyba każdy jest w stanie się tego domyślić. Nad łąkami roi się od latających zwierzątek. Fala ognia oświetla fruwające stworzenia błyszczące w świetle księżyca. Wielki potwór wydobywa z siebie ostatni, długi ryk po czym znika gdzieś w chmurach, które niespodziewanie nadciągnęły nad mokradła. Po chwili słychać już tylko trzepot skrzydeł oddalających się stworów. John ostrożnie zeskakuje z gałęzi.
-Magiczna godzina... Godzina, w której wykluwają się smoki...
Złażę z drzewa. Gdzieniegdzie płoną bagniste rośliny.
-Nie daj się zwieść zdradzieckim trawom...
Idę tuż za chłopakiem. Białe skorupy jaj iskrzą się wśród czarnej nocy. Zauważam jedną, całą skorupkę. Wchodzę w wodę, która sięga mi pasa. Nie sądziłam, że tu jest tak głęboko. Podnoszę ciężkie, smocze jajo. Niespodziewanie skorupa pęka, a z jej wnętrza wychyla się łebek maleńkiego stworka o dużych, fioletowych oczkach. Jego łuski zdawają się chłonąć blask księżyca iż świecą tajemniczą przejrzystością. O ludzie! Trzymam na rękach prawdziwego smoka. Mały otwiera pyszczek, z którego dobiega słodkie ryknięcie. Rozwija skrzydełka i rozciąga delikatny grzbiet.
Próbuje wzbić się w powietrze, lecz zawiedziony spada na moje dłonie. Głaszczę maleńki łebek. Biedactwo, nie ma siły latać. Chłopak staje tuż za mną przyglądając się stworzonku.
-Spóźnił się. Jest skazany na powolną śmierć.
-Dlaczego?
-Nie zdążył wykluć się wraz z pozostałymi. Dorosły smok daje sygnały dzięki, którym młode są w stanie przedostać się przez cieńsze warstwy atmosfery, by ulecieć w kosmos... Ten nie zdążył...
piątek, 28 lutego 2014
środa, 26 lutego 2014
Rozdział V I "Lustro"
Krzyczę i jestem tego całkowicie świadoma. W lustrze zamiast swojego odbicia zauważam zupełnie inną postać. Wysoki mężczyzna z czarnymi włosami, o błękitno - czarnych oczach błyszczących czystą nienawiścią, ukrytych w cieniu kaptura. Uwodzący wzrok współgra z dziwnie zalotnym uśmiechem. W prawej ręce trzyma sztylet. Wybiegam z łazienki i wpadam prosto w objęcia zaniepokojonego Johna.
-Co się stało?
-Ktoś jest w lustrze!
-Co?
-W łazience ktoś jest! I ma nóż!
-Że co?!
Chłopak odważnym krokiem kieruje się do toalety. Otwiera drzwi i wzrusza ramionami.
-Nikogo tu nie ma. Tylko moje odbicie w lustrze...
-Ale tam ktoś był!
-Opisz go...
Wychodzimy na korytarz. Przypominam sobie wszystkie szczegóły i drżącym głosem przedstawiam opis osobliwej postaci. John otwiera coraz to szerzej oczy ze zdziwienia.
-Jesteś pewna, że widziałaś...
Nagle okna otwierają się na oścież. Firany trzepoczą złowieszczo.
-On tu jest...
Chłopak przybliża się do mnie. Chwytam jego dłoń. Z kuchni dobiega głuchy odgłos tłuczonego szkła. Chłodny powiew przyprawia mnie o gęsią skórkę. Skradamy się w stronę, z której dobiega głośny jęk. Szafki są pootwierane, a na podłodze leżą szczątki potłuczonych talerzy i filiżanek. Wchodzimy w istne pobojowisko. Niespodziewanie szyba okna rozlatuje się w kawałki. Przez ramy okna przechodzi potężny, czarny, koński pysk, z którego kapie krew. Odłamki szkła fruwają w powietrzu. Przez trzaski spadającego szkła wydobywa się przeraźliwe rżenie. Ktoś przykłada mi coś ostrego do karku i sunie ostrzem po całej długości kręgosłupa rozcinając skórę. Czuję ciepłą krew. Odwracam głowę. Za mną stoi owa postać z lustra w całej swej strasznej okazałości. Chwyta mnie za gardło. Czuję jego lodowate palce. Czarny koń rży i z wściekłością wbija kopyta w ziemię. Mężczyzna przygląda mi się wrogo. Znika puszczając moje gardło. Z daleka widzę jedynie jego sylwetkę na galopującym rumaku.
-Znalazł nas...
John ciężko oddychając przytula mnie. Szybko orientuje się, że jestem ranna. Rzuca się po apteczkę i przemywa mi ranę. Spirytus szczypie, ale staram się wytrzymać.
-Kto to był?
-Jego dusza nigdy nie zazna spokoju... Szukał nas i w końcu znalazł...
-Ale kto...?
Chłopak podnosi zlęknione oczy na mnie.
-Dusza twojego przodka...
-To był duch?!
-Gorzej... Niespokojny duch, dręczący członków twojej rodziny...
-Skoro to duch to dlaczego jestem ranna?
-To nie jest zwykła dusza. To szaleństwo, dzikość i zło, które ukazuje się pod postacią żywego trupa...
-Trupa?
-Tak. Nie żyje już praktycznie kilka stuleci...
-Kilka stuleci?
-Nadal jeździ na swym rumaku poszukując słabych, młodych serc, w które wlewa zło...
* * *
Siadam na łóżku. Mama wróciła niespełna godzinę temu z pracy. Ostatnio jest bardzo zapracowana.
-Mamo...
-Tak?
Nie wiem czy powinnam jej to mówić, ale...
-Kim jestem?
Kobieta spuszcza wzrok. Widać, że to pytanie wprawiło ją w zakłopotanie.
-Kochanie, ja tego nie wiem...
-Muszę to wiedzieć...
-Wiem, że miewasz dziwne sny...
-Które stają się rzeczywistością.
-Rzeczywistością?
-Kim jestem?
Zapada cisza. Mama unika mojego wzroku. Łza spływa po jej policzku.
-Nie potrafisz odpowiedzieć na tak proste pytanie...
-Dla ciebie proste, dla mnie trudne...
Wstaję i wychodzę z domu. Gwiazdy błyszczą swoim tajemniczym blaskiem. Dlaczego nikt nic o mnie nie wie nawet ja sama? Wszystko zaczyna mnie już męczyć. Widziałam swojego przodka. Dlaczego miał nóż? Dlaczego zjawił się w lustrze? Chyba już nigdy nie spojrzę w swoje odbicie... Dlaczego z pyska jego konia kapała krew? Czyżbym miała doczynienia z psychopatą? Ktoś obejmuje mnie w pasie. John znów zjawił się niespodziewanie...
-Kim tak naprawdę jestem?
-To zbyt trudne, by ci wytłumaczyć.
-Chcę wiedzieć.
Wtulam się w niego, a on całuje mnie w czubek głowy.
-Jesteś młodym promieniem jutrzenki, który dopiero co wychyla się zza widnokręgu... Jesteś rozbrykana jak źrebak, piękna jak gwiazda wieczorna i ostra jak cierń...
-Więc...?
-Nie powinienem tu z tobą stać...
-Dlaczego?
-Nie mogę... Zabrania tego nasze prawo...
-Jakie prawo?
Chłopak zaciska zęby. Spuszcza głowę, a po jego policzku spływa łza. Po raz pierwszy widzę jak chłopak płacze. Nie bardzo wiem co w takiej chwili powiedzieć. Nie potrafię bezczynnie przyglądać się płaczącemu chłopakowi, który wyraźnie cierpi...
Krzyczę i jestem tego całkowicie świadoma. W lustrze zamiast swojego odbicia zauważam zupełnie inną postać. Wysoki mężczyzna z czarnymi włosami, o błękitno - czarnych oczach błyszczących czystą nienawiścią, ukrytych w cieniu kaptura. Uwodzący wzrok współgra z dziwnie zalotnym uśmiechem. W prawej ręce trzyma sztylet. Wybiegam z łazienki i wpadam prosto w objęcia zaniepokojonego Johna.
-Co się stało?
-Ktoś jest w lustrze!
-Co?
-W łazience ktoś jest! I ma nóż!
-Że co?!
Chłopak odważnym krokiem kieruje się do toalety. Otwiera drzwi i wzrusza ramionami.
-Nikogo tu nie ma. Tylko moje odbicie w lustrze...
-Ale tam ktoś był!
-Opisz go...
Wychodzimy na korytarz. Przypominam sobie wszystkie szczegóły i drżącym głosem przedstawiam opis osobliwej postaci. John otwiera coraz to szerzej oczy ze zdziwienia.
-Jesteś pewna, że widziałaś...
Nagle okna otwierają się na oścież. Firany trzepoczą złowieszczo.
-On tu jest...
Chłopak przybliża się do mnie. Chwytam jego dłoń. Z kuchni dobiega głuchy odgłos tłuczonego szkła. Chłodny powiew przyprawia mnie o gęsią skórkę. Skradamy się w stronę, z której dobiega głośny jęk. Szafki są pootwierane, a na podłodze leżą szczątki potłuczonych talerzy i filiżanek. Wchodzimy w istne pobojowisko. Niespodziewanie szyba okna rozlatuje się w kawałki. Przez ramy okna przechodzi potężny, czarny, koński pysk, z którego kapie krew. Odłamki szkła fruwają w powietrzu. Przez trzaski spadającego szkła wydobywa się przeraźliwe rżenie. Ktoś przykłada mi coś ostrego do karku i sunie ostrzem po całej długości kręgosłupa rozcinając skórę. Czuję ciepłą krew. Odwracam głowę. Za mną stoi owa postać z lustra w całej swej strasznej okazałości. Chwyta mnie za gardło. Czuję jego lodowate palce. Czarny koń rży i z wściekłością wbija kopyta w ziemię. Mężczyzna przygląda mi się wrogo. Znika puszczając moje gardło. Z daleka widzę jedynie jego sylwetkę na galopującym rumaku.
-Znalazł nas...
John ciężko oddychając przytula mnie. Szybko orientuje się, że jestem ranna. Rzuca się po apteczkę i przemywa mi ranę. Spirytus szczypie, ale staram się wytrzymać.
-Kto to był?
-Jego dusza nigdy nie zazna spokoju... Szukał nas i w końcu znalazł...
-Ale kto...?
Chłopak podnosi zlęknione oczy na mnie.
-Dusza twojego przodka...
-To był duch?!
-Gorzej... Niespokojny duch, dręczący członków twojej rodziny...
-Skoro to duch to dlaczego jestem ranna?
-To nie jest zwykła dusza. To szaleństwo, dzikość i zło, które ukazuje się pod postacią żywego trupa...
-Trupa?
-Tak. Nie żyje już praktycznie kilka stuleci...
-Kilka stuleci?
-Nadal jeździ na swym rumaku poszukując słabych, młodych serc, w które wlewa zło...
* * *
Siadam na łóżku. Mama wróciła niespełna godzinę temu z pracy. Ostatnio jest bardzo zapracowana.
-Mamo...
-Tak?
Nie wiem czy powinnam jej to mówić, ale...
-Kim jestem?
Kobieta spuszcza wzrok. Widać, że to pytanie wprawiło ją w zakłopotanie.
-Kochanie, ja tego nie wiem...
-Muszę to wiedzieć...
-Wiem, że miewasz dziwne sny...
-Które stają się rzeczywistością.
-Rzeczywistością?
-Kim jestem?
Zapada cisza. Mama unika mojego wzroku. Łza spływa po jej policzku.
-Nie potrafisz odpowiedzieć na tak proste pytanie...
-Dla ciebie proste, dla mnie trudne...
Wstaję i wychodzę z domu. Gwiazdy błyszczą swoim tajemniczym blaskiem. Dlaczego nikt nic o mnie nie wie nawet ja sama? Wszystko zaczyna mnie już męczyć. Widziałam swojego przodka. Dlaczego miał nóż? Dlaczego zjawił się w lustrze? Chyba już nigdy nie spojrzę w swoje odbicie... Dlaczego z pyska jego konia kapała krew? Czyżbym miała doczynienia z psychopatą? Ktoś obejmuje mnie w pasie. John znów zjawił się niespodziewanie...
-Kim tak naprawdę jestem?
-To zbyt trudne, by ci wytłumaczyć.
-Chcę wiedzieć.
Wtulam się w niego, a on całuje mnie w czubek głowy.
-Jesteś młodym promieniem jutrzenki, który dopiero co wychyla się zza widnokręgu... Jesteś rozbrykana jak źrebak, piękna jak gwiazda wieczorna i ostra jak cierń...
-Więc...?
-Nie powinienem tu z tobą stać...
-Dlaczego?
-Nie mogę... Zabrania tego nasze prawo...
-Jakie prawo?
Chłopak zaciska zęby. Spuszcza głowę, a po jego policzku spływa łza. Po raz pierwszy widzę jak chłopak płacze. Nie bardzo wiem co w takiej chwili powiedzieć. Nie potrafię bezczynnie przyglądać się płaczącemu chłopakowi, który wyraźnie cierpi...
-Już czas...
John niknie w mroku nocy... Zostaję sama...
poniedziałek, 24 lutego 2014
Rozdział V "Przyjaciel?"
Nie ogarniam jazdy konnej! Tak trudno to zrozumieć?! Jedyne co udało mi się opanować przez ostatnie 15 lekcji to prowadzenie konia na lonży. Nie potrafię sterować go głosem. Od razu się spinam i tracę kontrolę nad sobą. Na jednej z ostatnich lekcji spadłam z konia. John próbuje nauczyć mnie jazdy kłusem, ale mi nie wychodzi... Z daleka dostrzegam chłopaka czekającego na mnie przed bramą.
-Hej Bessa.
-Co dziś robimy?
-Mam doskonały plan.
-To znaczy?
-Sama zobaczysz.
Uśmiech nie znika z jego twarzy. Prowadzi mnie nie do stajni jak zwykle, lecz na pastwisko. Przy płocie stoją 2 młode, osiodłane ogiery. Kasztan i gniadosz.
-Chyba mi teraz nie powiesz, że będę na nich jeździć?
-Nie, będziesz na nich galopować.
-Co?!
-Ciii. Spokojnie. Będę blisko...
-Ja nie chcę!
-Bessa...
-Nie!
Ogarnia mnie panika i lęk. A jeżeli spadnę? A jak coś mi się stanie? A jeżeli...
-Chodź ze mną.
John chwyta mnie za rękę i podprowadza do Rudiego - kasztanowego angloaraba. Koń z zaciekawieniem podnosi uszy. Nagle na karku czuję czyiś oddech. Gniadosz trąca pyskiem moje ramię. Zadowolony spogląda swoimi ciemnymi oczami na mnie. Kładę drżącą rękę na jego ciepłym czole. Chłopak chwyta uzdę gniadosza. Wyczuwam, że teraz powinnam wsiąść na niego, jednak nie mogę się zdecydować.
-Wsiądź na Domino... Nie bój się...
-On jest taki duży...
-Przejadę się razem z tobą...
Jego słowa wlały w moje serce błogi spokój. Wskakuję w siodło, a tuż za mną John. Chwytam wodze. Nasze dłonie spotykają się w delikatnym uścisku. Spoglądam na niego. Równocześnie ściskamy boki konia, który rusza kłusem. Przy każdym kroku rozluźniam się coraz bardziej. Obecność Johna daje mi niezwykłe uczucie bezpieczeństwa. Nie mam pojęcia jak długo już kłusujemy. Chłopak zatrzymuje gniadosza, zeskakuje z niego i wsiada na kasztanka. Już się nie boję kłusować. To nawet przyjemne. Łagodnym cmoknięciem popędzam Domino. Rudi biegnie tuż obok mnie. Miękkość z jaką angloarab stawia kopyta działa niesłychanie odprężająco. Chyba nadszedł ten moment. Spinam konia i przyspieszam. Ogier z radosnym rżeniem rozpoczyna galop.
Cudowne uczucie. Wiatr rozwiewa moje włosy. John uśmiecha się do mnie. Konie pędzą obok siebie. Powoli zwalniam do kłusu, a następnie do stępa. Zeskakuję z siodła. Stoję na drżących nogach.
-Ja...galopowałam...
-Uwierz w siebie. Nigdy o tym nie zapominaj...
Chłopak nachyla się do moich ust. Odsuwam się posyłając mu spojrzenie pełne tajemniczości.
Czyżby John coś do mnie czuł? On? Po co wogóle się ze mną zadaje? Ludzie wyjątkowo dużo razy uświadamiali mi, że jestem nikomu niepotrzebną kropką we wszechświecie...
-Jesteś głodna?
-Nooo, a co?
-Pójdziemy do mnie i zamówimy pizzę.
-Czemu nie? Autobus i tak mam dopiero za 3 godziny.
Chłopak odprowadza oba konie do stajni. Słońce zniża się już ku zachodowi. To było najlepsze popołudnie w moim życiu. W końcu znalazł się ktoś kto poświęca mi trochę swojego czasu, ktoś kto mnie rozumie. Idę z chłopakiem, który prowadzi mnie przez pola. Po 20 minutach dochodzimy do samotnego domu stojącego przy polnej, zapomnianej dróżce. Wchodzę do domu Johna. Ładnie tu ma. Zadbany, czysty korytarz prowadzi do obszernej kuchni połączonej z jadalnią. Wchodzę po sosnowych schodach na piętro. Pokój Johna jest wielki. Przy oknie stoi biurko z komputerem. Na lewo ogromne łóżko. Równolegle do niego stoją regały z książkami o koniach. Siadam na jego miękkim, wygodnym łóżku.
-Jaką pizzę zamówić?
-Nie wiem. Jaką chcesz.
-Wybór należy do ciebie.
-Bierz jaką chcesz.
-To ty wybierasz.
-No nie wiem... Dobra, weźmy hiszpańską i tyle.
John wystukuje numer telefonu na swoim Samsungu. Po zamówieniu siada obok mnie. Zaczynamy rozmawiać ze sobą. Nigdy z nikim nie prowadziłam tak swobodnej rozmowy. Rozmawiamy o koniach, o szkole, o książkach.
-Chcesz coś do picia? Colę? Sok?
-Nie, dzięki.
-Ok. To przyniosę sok.
-Nie, dziękuję.
Chłopak znika w korytarzu. Ech. Nigdy nie zrozumiem facetów. A tak wogóle to czemu mnie tu zaprosił? Czyżbym mu się spodobała? Nie... Ale miły z niego gość. Polubiłam go. Wchodzi do pokoju niosąc 2 kartony ze sokiem.
-Pomarańczowy czy jabłkowy?
-Mówiłam ci, że...
-Dobra, wleję ci pomarańczowy.
Czasami bywa zaskakująco dziwnym typem. Podaje mi szklankę. Ma tak zawzięty wyraz twarzy, że nie śmiem odmówić. Pyszny sok. Dzwonek do drzwi. Razem z chłopakiem zbiegamy na dół i odbieramy pizzę. Otwieram opakowanie. Mhm. Pachnie niesamowicie. Siadamy przed telewizorem na kanapie. Kawałki po kolei znikają. Podrywam się z miejsca.
-To może ja już pójdę...
-Nigdzie nie pójdziesz...
John zbliża swoje usta do moich. Ciężarem swojego ciała przydusza mnie do ściany. Jego delikatne wargi zatapiają się w moich. Zamykam oczy i poddaję się magii pocałunku. Trwamy tak złączeni niezwykłym uczuciem...
Chłopak stopniowo odrywa się ode mnie. Spoglądam na niego. W jego zielono - szarych oczach dostrzegam nowy blask. Nie wiem co powiedzieć. To było coś niezwykłego...
Głęboko zakorzenione instynkty biorą nade mną górę. Zrywam się do ucieczki. Biegnę na oślep. Wpadam do łazienki.
Łza spływa mi po policzku. Zagryzam wargi. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego płaczę. Spoglądam w lustro. Czarne, niesfornie ułożone włosy, błękitne, rozbiegane oczy... Staram się uspokoić. Przemywam twarz zimną wodą i wycieram ręcznikiem. Podnoszę głowę i zastygam w bezgranicznym przerażeniu...
Nie ogarniam jazdy konnej! Tak trudno to zrozumieć?! Jedyne co udało mi się opanować przez ostatnie 15 lekcji to prowadzenie konia na lonży. Nie potrafię sterować go głosem. Od razu się spinam i tracę kontrolę nad sobą. Na jednej z ostatnich lekcji spadłam z konia. John próbuje nauczyć mnie jazdy kłusem, ale mi nie wychodzi... Z daleka dostrzegam chłopaka czekającego na mnie przed bramą.
-Hej Bessa.
-Co dziś robimy?
-Mam doskonały plan.
-To znaczy?
-Sama zobaczysz.
Uśmiech nie znika z jego twarzy. Prowadzi mnie nie do stajni jak zwykle, lecz na pastwisko. Przy płocie stoją 2 młode, osiodłane ogiery. Kasztan i gniadosz.
-Chyba mi teraz nie powiesz, że będę na nich jeździć?
-Nie, będziesz na nich galopować.
-Co?!
-Ciii. Spokojnie. Będę blisko...
-Ja nie chcę!
-Bessa...
-Nie!
Ogarnia mnie panika i lęk. A jeżeli spadnę? A jak coś mi się stanie? A jeżeli...
-Chodź ze mną.
John chwyta mnie za rękę i podprowadza do Rudiego - kasztanowego angloaraba. Koń z zaciekawieniem podnosi uszy. Nagle na karku czuję czyiś oddech. Gniadosz trąca pyskiem moje ramię. Zadowolony spogląda swoimi ciemnymi oczami na mnie. Kładę drżącą rękę na jego ciepłym czole. Chłopak chwyta uzdę gniadosza. Wyczuwam, że teraz powinnam wsiąść na niego, jednak nie mogę się zdecydować.
-Wsiądź na Domino... Nie bój się...
-On jest taki duży...
-Przejadę się razem z tobą...
Jego słowa wlały w moje serce błogi spokój. Wskakuję w siodło, a tuż za mną John. Chwytam wodze. Nasze dłonie spotykają się w delikatnym uścisku. Spoglądam na niego. Równocześnie ściskamy boki konia, który rusza kłusem. Przy każdym kroku rozluźniam się coraz bardziej. Obecność Johna daje mi niezwykłe uczucie bezpieczeństwa. Nie mam pojęcia jak długo już kłusujemy. Chłopak zatrzymuje gniadosza, zeskakuje z niego i wsiada na kasztanka. Już się nie boję kłusować. To nawet przyjemne. Łagodnym cmoknięciem popędzam Domino. Rudi biegnie tuż obok mnie. Miękkość z jaką angloarab stawia kopyta działa niesłychanie odprężająco. Chyba nadszedł ten moment. Spinam konia i przyspieszam. Ogier z radosnym rżeniem rozpoczyna galop.
Cudowne uczucie. Wiatr rozwiewa moje włosy. John uśmiecha się do mnie. Konie pędzą obok siebie. Powoli zwalniam do kłusu, a następnie do stępa. Zeskakuję z siodła. Stoję na drżących nogach.
-Ja...galopowałam...
-Uwierz w siebie. Nigdy o tym nie zapominaj...
Chłopak nachyla się do moich ust. Odsuwam się posyłając mu spojrzenie pełne tajemniczości.
Czyżby John coś do mnie czuł? On? Po co wogóle się ze mną zadaje? Ludzie wyjątkowo dużo razy uświadamiali mi, że jestem nikomu niepotrzebną kropką we wszechświecie...
-Jesteś głodna?
-Nooo, a co?
-Pójdziemy do mnie i zamówimy pizzę.
-Czemu nie? Autobus i tak mam dopiero za 3 godziny.
Chłopak odprowadza oba konie do stajni. Słońce zniża się już ku zachodowi. To było najlepsze popołudnie w moim życiu. W końcu znalazł się ktoś kto poświęca mi trochę swojego czasu, ktoś kto mnie rozumie. Idę z chłopakiem, który prowadzi mnie przez pola. Po 20 minutach dochodzimy do samotnego domu stojącego przy polnej, zapomnianej dróżce. Wchodzę do domu Johna. Ładnie tu ma. Zadbany, czysty korytarz prowadzi do obszernej kuchni połączonej z jadalnią. Wchodzę po sosnowych schodach na piętro. Pokój Johna jest wielki. Przy oknie stoi biurko z komputerem. Na lewo ogromne łóżko. Równolegle do niego stoją regały z książkami o koniach. Siadam na jego miękkim, wygodnym łóżku.
-Jaką pizzę zamówić?
-Nie wiem. Jaką chcesz.
-Wybór należy do ciebie.
-Bierz jaką chcesz.
-To ty wybierasz.
-No nie wiem... Dobra, weźmy hiszpańską i tyle.
John wystukuje numer telefonu na swoim Samsungu. Po zamówieniu siada obok mnie. Zaczynamy rozmawiać ze sobą. Nigdy z nikim nie prowadziłam tak swobodnej rozmowy. Rozmawiamy o koniach, o szkole, o książkach.
-Chcesz coś do picia? Colę? Sok?
-Nie, dzięki.
-Ok. To przyniosę sok.
-Nie, dziękuję.
Chłopak znika w korytarzu. Ech. Nigdy nie zrozumiem facetów. A tak wogóle to czemu mnie tu zaprosił? Czyżbym mu się spodobała? Nie... Ale miły z niego gość. Polubiłam go. Wchodzi do pokoju niosąc 2 kartony ze sokiem.
-Pomarańczowy czy jabłkowy?
-Mówiłam ci, że...
-Dobra, wleję ci pomarańczowy.
Czasami bywa zaskakująco dziwnym typem. Podaje mi szklankę. Ma tak zawzięty wyraz twarzy, że nie śmiem odmówić. Pyszny sok. Dzwonek do drzwi. Razem z chłopakiem zbiegamy na dół i odbieramy pizzę. Otwieram opakowanie. Mhm. Pachnie niesamowicie. Siadamy przed telewizorem na kanapie. Kawałki po kolei znikają. Podrywam się z miejsca.
-To może ja już pójdę...
-Nigdzie nie pójdziesz...
John zbliża swoje usta do moich. Ciężarem swojego ciała przydusza mnie do ściany. Jego delikatne wargi zatapiają się w moich. Zamykam oczy i poddaję się magii pocałunku. Trwamy tak złączeni niezwykłym uczuciem...
Chłopak stopniowo odrywa się ode mnie. Spoglądam na niego. W jego zielono - szarych oczach dostrzegam nowy blask. Nie wiem co powiedzieć. To było coś niezwykłego...
Głęboko zakorzenione instynkty biorą nade mną górę. Zrywam się do ucieczki. Biegnę na oślep. Wpadam do łazienki.
Łza spływa mi po policzku. Zagryzam wargi. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego płaczę. Spoglądam w lustro. Czarne, niesfornie ułożone włosy, błękitne, rozbiegane oczy... Staram się uspokoić. Przemywam twarz zimną wodą i wycieram ręcznikiem. Podnoszę głowę i zastygam w bezgranicznym przerażeniu...
niedziela, 23 lutego 2014
Rozdział IV "Odzyskiwanie spokoju"
Wracam autobusem do domu. Mama jeszcze nie wróciła z pracy. Wchodzę do kuchni. No nie. Dzisiaj na obiad jest zupa pomidorowa. Blee. Nie lubię jej. Otwieram szafkę i wyciągam toster. Szykuję sobie tosty. Nie chcę mi się jechać do tej stajni. Wole posiedzieć se w domu, albo iść pobiegać na pole. Dźwięk wyskakujących tostów. Zabieram parujące kromki chleba i idę do siebie na górę. Siadam na łóżku. Wyciągam słuchawki i odpalam muzykę na fula. Świat mnie nie obchodzi... Niech się dzieje co chce... Oczy same zamykają mi się ze zmęczenia. Zdejmuję słuchawki i od razu zapadam w sen.
Słyszę słowa "I See Fire"... Odgarniam włosy i odbieram telefon.
-Halo?
-Bessa? Gdzie jesteś? Czekam na ciebie od godziny.
-John? Ale co...? Fuck! Miałam przyjechać do Stajni Marzeń!
-No to gdzie jesteś?
-a co cię to obchodzi?!
-Bessa jest 17...
-No i ?!
Biiibiiibiii. Taaa nie ma to jak rozłączyć się w środku rozmowy. O co taki bulwers? Jestem zmęczona i nie chce mi się. Zwlekam się z łóżka i ubieram stare dżinsy. Zamykam dom i biegnę na przystanek. Dobiegam równo z autobusem. Ufff. Zdążyłam. Jadę praktycznie sama. I dobrze. Nie lubię tłumu. Wysiadam na ostatnim przystanku znajdującym się na obrzeżach miasta. Dalej muszę iść piechotą. Nie jest znowu aż tak daleko. Tylko jakieś 4 kilometry... Z daleka majaczy spory budynek stajni. Przeskakuję bramę. Nie bardzo wiem dokąd teraz iść. Ruszam w stronę wybiegów za stajnią. Z daleka dostrzegam sylwetkę Johna na galopującym koniu. Bułana sierść ogiera pięknie lśni w promieniach słońca. Opieram się o ogrodzenie. Chłopak pewnie siedzi w siodle. Tworzy z bułankiem idealną parę. Na mój widok zwalnia do kłusu, a następnie do stępa.
-Przyjechałaś...
-Sorry po prostu...
-Za dużo spraw na głowie?
-Yhm.
Chłopak zsiada z konia i podprowadza go do mnie. Odsuwam się od ogrodzenia. Bułanek zaciekawiony moją obecnością, zbliża jasny pysk do mojej twarzy wypuszczając powietrze z chrap.
-Piorun... Ma na imię Piorun, prawda?
W oczach Johna pojawia się dziwny błysk. Widać, że nie wie co na to odpowiedzieć. Rozsiodłuje ogiera i wyprowadza z wybiegu kierując go na pastwisko. Niepewnie podążam za nimi, oczywiście w pewnej odległości za koniem. Bułanek z radością wierzga i zarzuca łbem po czym dołącza do innych koni pasących się spokojnie wśród soczyście zielonej trawy.
-Masz na mnie focha?
-A czy ja coś mówię?
-Masz focha...
-Nie, po prostu...no...
-Sorry... Nie mam siły...
Przygląda mi się swoimi zielono-szarymi oczami. Gładzi mój policzek.
-Piękna jak matka i nieprzewidywalna jak ciotka...
-Yyy o co chodzi?
* * *
-Rozluźnij ramiona! Poluzuj lonżę! Bardziej! Nie bój się...
Stoję jak na igłach. W rękach trzymam linę. Siwek obiega okrągły wybieg dookoła. John stoi za ogrodzeniem.
-Bessa! Wyluzuj!
Wypuszczam lonżę z rąk uwalniając konia, który natychmiast staje dęba i rusza prosto na mnie.
Nie wiem co robić. Chłopak już biegnie w moją stronę, lecz koń jest szybszy. Tuż przede mną ogier wyrzuca kopyta w górę. Ciężkim bokiem zwala mnie z nóg. Kopyto rozcina mi przedramię. John chwyta zwierzę i odciąga ode mnie. Podnoszę się na nogi.
-Bessa... Co to miało być?!
Osowiałym wzrokiem patrzę na niego dając mu wyraźny sygnał, że na dziś mi wystarczy spotkania z końmi. Chłopak wzdycha i odprowadza spokojnego już ogiera do boksu. Z trudem łapię równowagę i opieram się o płot. Wzrok zachodzi mgłą. Przez całe ciało przechodzi nieznany mi prąd paraliżując mnie. W oddali słyszę rżenie, którego dotąd nie słyszałam. Przepełnione jest strachem i złością. Podnoszę wzrok. Na tle zachodzącego słońca widnieje sylwetka jednorożca stającego dęba. Na wpół przeźroczysty róg odbija ostatnie światło dnia. Nastaje szarość wieczoru. Magiczny koń zatrzymuje się w bezruchu patrząc na mnie.
Znika równie szybko jak się pojawił.
-Labella jeden z najbardziej nieuchwytnych koni...
John wpatruje się w miejsce, w którym jeszcze niespełna kilka sekund temu stał jednorożec. Idę na przystanek. Cały czas rozmyślam o stworzeniu, które pojawia się już nie tylko w snach. Prawdziwy jednorożec...
* * *
-Hahaha!
-Ty i jazda konna? Hahaha!
-Słyszałyście to? Bessa i koń? Hahahaha!
-Aleś ty głupia!
-Powinni cię do psychologa zapisać, a nie do stajni!
-Hahahaha nie mogę ze śmiechu!
Zaciskam zęby i idę dalej przez główny korytarz gimnazjum. Ludzkie sępy podążają za mną. Gnębią mnie od samego rana. Staram się opanować buzującą we mnie wściekłość. Boję się że zaraz nie wytrzymię. Łzy złości cisną się do oczu. Zza rogu wychodzi John i zastępuje dziewczynom drogę. Chowam się w toalecie, lecz zostawiam lekko uchylone drzwi.
-Jakiś problem?
-Zejdź nam z drogi.
-Pytam się czy macie jakiś problem.
"Księżniczki" mierzą go długim wzrokiem. Nie mogą wyminąć dobrze zbudowanego chłopaka, więc niechętnie odchodzą. Podchodzę do Johna.
-Czemu to robisz?
-Nikt nie powinien być poniżany, a w szczególności ty...
-Ja?
Wracam autobusem do domu. Mama jeszcze nie wróciła z pracy. Wchodzę do kuchni. No nie. Dzisiaj na obiad jest zupa pomidorowa. Blee. Nie lubię jej. Otwieram szafkę i wyciągam toster. Szykuję sobie tosty. Nie chcę mi się jechać do tej stajni. Wole posiedzieć se w domu, albo iść pobiegać na pole. Dźwięk wyskakujących tostów. Zabieram parujące kromki chleba i idę do siebie na górę. Siadam na łóżku. Wyciągam słuchawki i odpalam muzykę na fula. Świat mnie nie obchodzi... Niech się dzieje co chce... Oczy same zamykają mi się ze zmęczenia. Zdejmuję słuchawki i od razu zapadam w sen.
Słyszę słowa "I See Fire"... Odgarniam włosy i odbieram telefon.
-Halo?
-Bessa? Gdzie jesteś? Czekam na ciebie od godziny.
-John? Ale co...? Fuck! Miałam przyjechać do Stajni Marzeń!
-No to gdzie jesteś?
-a co cię to obchodzi?!
-Bessa jest 17...
-No i ?!
Biiibiiibiii. Taaa nie ma to jak rozłączyć się w środku rozmowy. O co taki bulwers? Jestem zmęczona i nie chce mi się. Zwlekam się z łóżka i ubieram stare dżinsy. Zamykam dom i biegnę na przystanek. Dobiegam równo z autobusem. Ufff. Zdążyłam. Jadę praktycznie sama. I dobrze. Nie lubię tłumu. Wysiadam na ostatnim przystanku znajdującym się na obrzeżach miasta. Dalej muszę iść piechotą. Nie jest znowu aż tak daleko. Tylko jakieś 4 kilometry... Z daleka majaczy spory budynek stajni. Przeskakuję bramę. Nie bardzo wiem dokąd teraz iść. Ruszam w stronę wybiegów za stajnią. Z daleka dostrzegam sylwetkę Johna na galopującym koniu. Bułana sierść ogiera pięknie lśni w promieniach słońca. Opieram się o ogrodzenie. Chłopak pewnie siedzi w siodle. Tworzy z bułankiem idealną parę. Na mój widok zwalnia do kłusu, a następnie do stępa.
-Przyjechałaś...
-Sorry po prostu...
-Za dużo spraw na głowie?
-Yhm.
Chłopak zsiada z konia i podprowadza go do mnie. Odsuwam się od ogrodzenia. Bułanek zaciekawiony moją obecnością, zbliża jasny pysk do mojej twarzy wypuszczając powietrze z chrap.
-Piorun... Ma na imię Piorun, prawda?
W oczach Johna pojawia się dziwny błysk. Widać, że nie wie co na to odpowiedzieć. Rozsiodłuje ogiera i wyprowadza z wybiegu kierując go na pastwisko. Niepewnie podążam za nimi, oczywiście w pewnej odległości za koniem. Bułanek z radością wierzga i zarzuca łbem po czym dołącza do innych koni pasących się spokojnie wśród soczyście zielonej trawy.
-Masz na mnie focha?
-A czy ja coś mówię?
-Masz focha...
-Nie, po prostu...no...
-Sorry... Nie mam siły...
Przygląda mi się swoimi zielono-szarymi oczami. Gładzi mój policzek.
-Piękna jak matka i nieprzewidywalna jak ciotka...
-Yyy o co chodzi?
* * *
-Rozluźnij ramiona! Poluzuj lonżę! Bardziej! Nie bój się...
Stoję jak na igłach. W rękach trzymam linę. Siwek obiega okrągły wybieg dookoła. John stoi za ogrodzeniem.
-Bessa! Wyluzuj!
Wypuszczam lonżę z rąk uwalniając konia, który natychmiast staje dęba i rusza prosto na mnie.
Nie wiem co robić. Chłopak już biegnie w moją stronę, lecz koń jest szybszy. Tuż przede mną ogier wyrzuca kopyta w górę. Ciężkim bokiem zwala mnie z nóg. Kopyto rozcina mi przedramię. John chwyta zwierzę i odciąga ode mnie. Podnoszę się na nogi.
-Bessa... Co to miało być?!
Osowiałym wzrokiem patrzę na niego dając mu wyraźny sygnał, że na dziś mi wystarczy spotkania z końmi. Chłopak wzdycha i odprowadza spokojnego już ogiera do boksu. Z trudem łapię równowagę i opieram się o płot. Wzrok zachodzi mgłą. Przez całe ciało przechodzi nieznany mi prąd paraliżując mnie. W oddali słyszę rżenie, którego dotąd nie słyszałam. Przepełnione jest strachem i złością. Podnoszę wzrok. Na tle zachodzącego słońca widnieje sylwetka jednorożca stającego dęba. Na wpół przeźroczysty róg odbija ostatnie światło dnia. Nastaje szarość wieczoru. Magiczny koń zatrzymuje się w bezruchu patrząc na mnie.
Znika równie szybko jak się pojawił.
-Labella jeden z najbardziej nieuchwytnych koni...
John wpatruje się w miejsce, w którym jeszcze niespełna kilka sekund temu stał jednorożec. Idę na przystanek. Cały czas rozmyślam o stworzeniu, które pojawia się już nie tylko w snach. Prawdziwy jednorożec...
* * *
-Hahaha!
-Ty i jazda konna? Hahaha!
-Słyszałyście to? Bessa i koń? Hahahaha!
-Aleś ty głupia!
-Powinni cię do psychologa zapisać, a nie do stajni!
-Hahahaha nie mogę ze śmiechu!
Zaciskam zęby i idę dalej przez główny korytarz gimnazjum. Ludzkie sępy podążają za mną. Gnębią mnie od samego rana. Staram się opanować buzującą we mnie wściekłość. Boję się że zaraz nie wytrzymię. Łzy złości cisną się do oczu. Zza rogu wychodzi John i zastępuje dziewczynom drogę. Chowam się w toalecie, lecz zostawiam lekko uchylone drzwi.
-Jakiś problem?
-Zejdź nam z drogi.
-Pytam się czy macie jakiś problem.
"Księżniczki" mierzą go długim wzrokiem. Nie mogą wyminąć dobrze zbudowanego chłopaka, więc niechętnie odchodzą. Podchodzę do Johna.
-Czemu to robisz?
-Nikt nie powinien być poniżany, a w szczególności ty...
-Ja?
sobota, 22 lutego 2014
Rozdział III "Sprawy zaczynają się komplikować"
-What the fuck?!
-Bez przekleństw!
-Chyba was coś...!
-Stwierdziliśmy, że nie jesteśmy w stanie tego dłużej przed tobą ukrywać. Masz prawo znać prawdę...
-Na śmietniku?! Serio?!
-Nie w tej tonacji Besso!
-To jakiś żart tak?
-Spokojnie...
-Teraz mi to mówicie?!
-Uznaliśmy, że to jest dobry moment...
-No chyba nie!
Pełna wściekłości wybiegam z domu trzaskając drzwiami. Kieruję się do pobliskiego lasu. Przeskakuję płot i biegnę dalej. Instynktownie omijam ciernie i pokrzywy ukryte wśród leśnego podszycia. Przeskakuję przez niskie krzaki tworzące coś w rodzaju ogrodzenia. Leśna dróżka jest dziś pusta. Ani żywej duszy. jednak ja biegnę dalej. Wspinam się na spory wał porośnięty robiniami akacjowymi i bukami. Staję na szczycie. Stąd mam wspaniały widok na pola i skrawek lasu na skraju mojej gminy. Idę na moje ulubione drzewo rosnące na krańcu pola. Klony delikatnie szumią. Usadawiam się wygodnie na jednym z konarów. Dlaczego?! Jakim cudem?! Ale jak?! W głowie nadal słyszę głos taty wypowiadającego straszną prawdę: "Barbesso, nie jesteśmy twoimi rodzicami. Znaleźliśmy cię na śmietniku...". W tym momencie potrzebuję wsparcia, a nie dołowania... Staram się uspokoić. Znad podmokłych łąk, obok pola, wzbijają się w powietrze 3 bociany. Powstrzymuję napływające do oczu łzy. kropla spada na maleńki, soczyście zielony listek. Słyszę trzask gałęzi. Podrywam się prędko i wspinam się jeszcze wyżej. Nie lubię gdy ktoś przeszkadza mi w rozmyślaniu nad życiem, które właśnie mi się posypało. Łza spływa po policzku. Napinam mięśnie, w każdej chwili jestem gotowa do natychmiastowej ucieczki.
-Nie uciekniesz przed problemem.
Z przerażenia prawie spadam z drzewa. W ostatnim momencie zaplatam się nogami o gałąź. Wisząc do gry nogami zauważam Johna siedzącego pode mną, konar niżej. Schodzę na sąsiednią gałąź. Ocieram łzy. Nie chcę by zobaczył, że płakałam. Chłopak jednym, zgrabnym ruchem przeskakuje, by znaleźć się obok mnie.
-Co ty tu robisz, John?
-Na Ziemi nie dzieje się aż tak dużo typowego zła...
-Jak to nie? Ludzie ranią się słowami szybciej niż nabojami podczas wojen domowych...
-Uwierz w siebie, bo możesz więcej niż ci się wydaje...
John zbliża się do mnie. Nie potrafię dłużej dusić krzyczących emocji. Łzy lecą samoczynnie.
Chłopak obejmuje mnie w pasie i przyciąga do siebie. Nie protestuję choć wszytko się we mnie buntuje. Wtulam się w jego pocieszające ramiona. Nigdy nikt mnie nie przytulał. Nigdy nie miałam przyjaciela. Nie wiem ile czasu minęło zanim się trochę ogarnęłam.
-Powiedzieli ci, prawda?
Podnoszę wzrok.
-A co mieli mi powiedzieć?
-Nie są twoimi rodzicami...
-A ty niby skąd to wiesz?
Nie wiem czy to jest odpowiedni moment, ale...
-O co chodzi?
-Wiesz, mogę cię tym urazić...
-Gadaj co!
-Możesz mi nie uwierzyć...
-Gadaj!
-Będziesz się śmiała...
-No mów!
-Nie jesteś człowiekiem.
-Hahahaha że co?!
-Wiedziałem, że tak będzie...
-Hahaha dzisiaj wszyscy żartują sobie ze mnie.
-To nie jest żart.
Nieufnie spoglądam chłopaka, który waha się nad czymś. Coś nie daje mu spokoju. To widać.
-Skoro jesteś taki mądry to powiedz mi kim jestem?
-W to tym bardziej nie uwierzysz...
-No weź.
-Na to jeszcze przyjdzie czas. Teraz musisz się oswoić z tą wiadomością...
Nie wiem czy się śmiać, czy płakać. cała ta sytuacja wydaje mi się nierealna. Świat schodzi na psy...
* * *
Do klasy wchodzi dyrka. Wszyscy podrywamy się z miejsc. Przeszukuje uczniów swoim przeszywającym wzrokiem. Wskazuje mnie i Johna.
-Tych dwoje poproszę do siebie.
Rzucam zdziwione spojrzenie na chłopaka. Dziewczyny od razu zaczynają głośno komentować:
-Co tam nabroiłeś John? Ty hardkorze!
Wychodzę z nim na korytarz.
-Dlaczego dyrka wzywa mnie do siebie?
-Chyba nas...
Kobieta w średnim wieku siedzi w swoim obracanym fotelu ze skóry. Spokojnym wzrokiem wskazuje nam krzesła. Siadamy.
-Co wy tacy przestraszeni? Przecież was nie zjem. Mam dla was informację. Wraz z psychologiem i twoimi rodzicami Barbesso postanowiliśmy...
No ładnie. Wywalą mnie ze szkoły. Ciekawe gdzie mnie przeniosą... Do psychiatryka?
-Będziesz się uczyć jazdy konnej, a twoim nauczycielem zostanie John. Stwierdziliśmy, że te spokojne zwierzęta pozytywnie wpłyną na ciebie.
Że co?! Ja nie mam pojęcia o jeździe konnej. Lubię konie, ale żeby jeździć to nie, nie. I to ma ukoić moje skołatane nerwy? No chyba dyrkę pogrzało.
-Pierwsze spotkanie macie dzisiaj w Stajni Marzeń. Następne lekcję będą się odbywały codziennie o wybranej przez was godzinie...
W głowie mam jeden, wielki mętlik. Mam ochotę krzyczeć. Z zapałem bym teraz coś rozwaliła.
-Dobrze. Wracajcie na ostatnie 5 minut lekcji.
Dyrka uśmiecha się do mnie. Szybkim krokiem wychodzę z gabinetu.
-Ty jeździsz konno?
-Kiedyś jeździłem, ale potem przyszła szkoła i więcej obowiązków...
-Grrr kto to wymyślił?
-Dyrka i psycholog...
-Ja nie potrzebuj,ę żadnej pomocy! Niech się zajmą swoimi sprawami!
-Bessa, uspokój się. Będzie fajnie. Zobaczysz.
-Kiedy ja nie mam zielonego pojęcia o jeździe konnej! Nie rozumiesz, że sobie nie poradzę?! Nie dam rady! Za szybko się denerwuję...
John szuka spojrzeniem moich oczu.
-Właśnie po to są te lekcje. Abyś mogła nauczyć się opanowywać emocje. Poradzisz sobie. Ja w ciebie wierzę.
Żołądek ściska mi się z nerwów. Wiadomo, że nie dam rady...
-Dzisiaj o 16, ok?
-Być może...
-Przyjedź proszę...
-What the fuck?!
-Bez przekleństw!
-Chyba was coś...!
-Stwierdziliśmy, że nie jesteśmy w stanie tego dłużej przed tobą ukrywać. Masz prawo znać prawdę...
-Na śmietniku?! Serio?!
-Nie w tej tonacji Besso!
-To jakiś żart tak?
-Spokojnie...
-Teraz mi to mówicie?!
-Uznaliśmy, że to jest dobry moment...
-No chyba nie!
Pełna wściekłości wybiegam z domu trzaskając drzwiami. Kieruję się do pobliskiego lasu. Przeskakuję płot i biegnę dalej. Instynktownie omijam ciernie i pokrzywy ukryte wśród leśnego podszycia. Przeskakuję przez niskie krzaki tworzące coś w rodzaju ogrodzenia. Leśna dróżka jest dziś pusta. Ani żywej duszy. jednak ja biegnę dalej. Wspinam się na spory wał porośnięty robiniami akacjowymi i bukami. Staję na szczycie. Stąd mam wspaniały widok na pola i skrawek lasu na skraju mojej gminy. Idę na moje ulubione drzewo rosnące na krańcu pola. Klony delikatnie szumią. Usadawiam się wygodnie na jednym z konarów. Dlaczego?! Jakim cudem?! Ale jak?! W głowie nadal słyszę głos taty wypowiadającego straszną prawdę: "Barbesso, nie jesteśmy twoimi rodzicami. Znaleźliśmy cię na śmietniku...". W tym momencie potrzebuję wsparcia, a nie dołowania... Staram się uspokoić. Znad podmokłych łąk, obok pola, wzbijają się w powietrze 3 bociany. Powstrzymuję napływające do oczu łzy. kropla spada na maleńki, soczyście zielony listek. Słyszę trzask gałęzi. Podrywam się prędko i wspinam się jeszcze wyżej. Nie lubię gdy ktoś przeszkadza mi w rozmyślaniu nad życiem, które właśnie mi się posypało. Łza spływa po policzku. Napinam mięśnie, w każdej chwili jestem gotowa do natychmiastowej ucieczki.
-Nie uciekniesz przed problemem.
Z przerażenia prawie spadam z drzewa. W ostatnim momencie zaplatam się nogami o gałąź. Wisząc do gry nogami zauważam Johna siedzącego pode mną, konar niżej. Schodzę na sąsiednią gałąź. Ocieram łzy. Nie chcę by zobaczył, że płakałam. Chłopak jednym, zgrabnym ruchem przeskakuje, by znaleźć się obok mnie.
-Co ty tu robisz, John?
-Na Ziemi nie dzieje się aż tak dużo typowego zła...
-Jak to nie? Ludzie ranią się słowami szybciej niż nabojami podczas wojen domowych...
-Uwierz w siebie, bo możesz więcej niż ci się wydaje...
John zbliża się do mnie. Nie potrafię dłużej dusić krzyczących emocji. Łzy lecą samoczynnie.
Chłopak obejmuje mnie w pasie i przyciąga do siebie. Nie protestuję choć wszytko się we mnie buntuje. Wtulam się w jego pocieszające ramiona. Nigdy nikt mnie nie przytulał. Nigdy nie miałam przyjaciela. Nie wiem ile czasu minęło zanim się trochę ogarnęłam.
-Powiedzieli ci, prawda?
Podnoszę wzrok.
-A co mieli mi powiedzieć?
-Nie są twoimi rodzicami...
-A ty niby skąd to wiesz?
Nie wiem czy to jest odpowiedni moment, ale...
-O co chodzi?
-Wiesz, mogę cię tym urazić...
-Gadaj co!
-Możesz mi nie uwierzyć...
-Gadaj!
-Będziesz się śmiała...
-No mów!
-Nie jesteś człowiekiem.
-Hahahaha że co?!
-Wiedziałem, że tak będzie...
-Hahaha dzisiaj wszyscy żartują sobie ze mnie.
-To nie jest żart.
Nieufnie spoglądam chłopaka, który waha się nad czymś. Coś nie daje mu spokoju. To widać.
-Skoro jesteś taki mądry to powiedz mi kim jestem?
-W to tym bardziej nie uwierzysz...
-No weź.
-Na to jeszcze przyjdzie czas. Teraz musisz się oswoić z tą wiadomością...
Nie wiem czy się śmiać, czy płakać. cała ta sytuacja wydaje mi się nierealna. Świat schodzi na psy...
* * *
Do klasy wchodzi dyrka. Wszyscy podrywamy się z miejsc. Przeszukuje uczniów swoim przeszywającym wzrokiem. Wskazuje mnie i Johna.
-Tych dwoje poproszę do siebie.
Rzucam zdziwione spojrzenie na chłopaka. Dziewczyny od razu zaczynają głośno komentować:
-Co tam nabroiłeś John? Ty hardkorze!
Wychodzę z nim na korytarz.
-Dlaczego dyrka wzywa mnie do siebie?
-Chyba nas...
Kobieta w średnim wieku siedzi w swoim obracanym fotelu ze skóry. Spokojnym wzrokiem wskazuje nam krzesła. Siadamy.
-Co wy tacy przestraszeni? Przecież was nie zjem. Mam dla was informację. Wraz z psychologiem i twoimi rodzicami Barbesso postanowiliśmy...
No ładnie. Wywalą mnie ze szkoły. Ciekawe gdzie mnie przeniosą... Do psychiatryka?
-Będziesz się uczyć jazdy konnej, a twoim nauczycielem zostanie John. Stwierdziliśmy, że te spokojne zwierzęta pozytywnie wpłyną na ciebie.
Że co?! Ja nie mam pojęcia o jeździe konnej. Lubię konie, ale żeby jeździć to nie, nie. I to ma ukoić moje skołatane nerwy? No chyba dyrkę pogrzało.
-Pierwsze spotkanie macie dzisiaj w Stajni Marzeń. Następne lekcję będą się odbywały codziennie o wybranej przez was godzinie...
W głowie mam jeden, wielki mętlik. Mam ochotę krzyczeć. Z zapałem bym teraz coś rozwaliła.
-Dobrze. Wracajcie na ostatnie 5 minut lekcji.
Dyrka uśmiecha się do mnie. Szybkim krokiem wychodzę z gabinetu.
-Ty jeździsz konno?
-Kiedyś jeździłem, ale potem przyszła szkoła i więcej obowiązków...
-Grrr kto to wymyślił?
-Dyrka i psycholog...
-Ja nie potrzebuj,ę żadnej pomocy! Niech się zajmą swoimi sprawami!
-Bessa, uspokój się. Będzie fajnie. Zobaczysz.
-Kiedy ja nie mam zielonego pojęcia o jeździe konnej! Nie rozumiesz, że sobie nie poradzę?! Nie dam rady! Za szybko się denerwuję...
John szuka spojrzeniem moich oczu.
-Właśnie po to są te lekcje. Abyś mogła nauczyć się opanowywać emocje. Poradzisz sobie. Ja w ciebie wierzę.
Żołądek ściska mi się z nerwów. Wiadomo, że nie dam rady...
-Dzisiaj o 16, ok?
-Być może...
-Przyjedź proszę...
piątek, 21 lutego 2014
Rozdział II "Przemyślenia"
O nie. klasowe "księżniczki". Gorzej być nie może. Cicho przemykam między drzewami. Chyba mnie nie zauważyły. Szybko wchodzę do gimnazjum drugim wejściem. Wkraczam do klasy. nauczycielka mierzy mnie długim wzrokiem.
-Spóźnienie Barbessa.
-Byłam na dworze.
-Wszyscy byli i wszyscy zdążyli na lekcję. Siadaj.
Ech. I weź tu polub nauczycielkę.Kieruję się w stronę mojej ławki. Od początku roku siedziałam tam sama, a teraz siedzi w niej John. Zajmuję miejsce obok niego. Kątem oka zauważam jak dziewczyny podśmiewają się pod nosem.
-To jest MOJA ławka.
-Nie, teraz jest nasz.
-Widzisz, tu jest połowa mojej ławki. Ty masz drugą połowę.
-fajnie tylko, że masz ciut mniejszą połowę od mojej, dlatego linia graniczna powinna przebiegać o tu...
Mówiąc to wskazuje palcem blat ławki. Teraz to już nic nie wiem.
-Ale... Dobra zapomnijmy o tej granicy...
Bosz dlaczego lekcje biologii tak się dłużą? Co mnie obchodzi budowa blaszki liścia? Po co mi to wiedzieć? Nareszcie słychać dźwięk upragnionego dzwonka. Zbliżam się do wyjścia, lecz "księżniczki" spychają mnie pod tablicę, z której spada kreda. Otrzepuję się z białego pyłu. Wzdycham w duchu.
-Klasowe jędze?
Przede mną stoi John. Skąd on się tu wziął? Przecież wyszedł pierwszy z klasy...
-Taaa, poznaj "księżne"...
-Znajdziesz je w każdej szkole.
-Jak one mnie wkurzają...
-Pomyśl dlaczego tak się zachowują. Pewnie są niedoceniane w domu, więc chcą się jakoś pokazać przy swoich. Popisują się pomiatając innymi, bo wtedy czują się potężniejsze i lepsze...
-Niby skąd wiesz, że są takie z powodu spraw rodzinnych? A może są takie od zawsze?
-Nikt nie jest tak podły. Człowiek może taki się stać poprzez otoczenie, które każdego z nas kształtuje od najmłodszych lat...
Chłopak milknie. Słodkim spojrzeniem wbiega w moje oczy. Nigdy nikt tak długo na mnie nie patrzył...
-Jesteś taka...
-Dziwna? Głupia? Dziecinna?
-Normalna.
-Przepraszam czy my rozmawiamy o tej samej osobie? Nie pomyliłeś mnie z kimś?
-jesteś szczególna, ciebie nie da się pomylić.
-Co masz na myśli?
-Heheszkoland.
-Wtf?
-No weź się uśmiechnij!
Zapada cisza. John przygląda mi się roziskrzonym wzrokiem. Nieprzyjemny dreszcz przechodzi po moich plecach. Nogi mam jak z waty. oczy zachodzą mgłą. Mięśnie momentalnie drętwieją. Czuję, że się duszę... Powietrza...
Gdzie ja jestem? Zrywam się i ląduję na zimnej posadzce.
-Bessa?
Obok mnie przyklęka John. Pomaga mi podnieść się na nogi, lecz ja ponownie upadam. W oddali słyszę przytłumione głosy. Mam wrażenie, że coś zaciska mi się wokół szyi blokując krtań. Znów to nieprzyjemne uczucie odpływania w dal... Budzę się jakby ze snu. Dlaczego jestem podłączona do jakiś pikających urządzeń z mnóstwem rurek? Gwałtowny ruch powietrza strąca papiery leżącego na szpitalnym stoliku. Chwytam je w locie. Wtf?! Umysł zaczyna pracować na zwiększonych obrotach. Myśli biegają jak szalone po mojej głowie. Obiekt niezidentyfikowany? Badania laboratoryjne poziom zero? Brak grupy krwi? Stadium zaawansowane? O co chodzi?! Śpiączka - 20 dni?! Odkładam papiery. Spoglądam na wyświetlacz komórki. 4:55. Nie jest źle. Koło 16 odwiedza mnie John. Przyniósł mi lekcje.
-Jak samopoczucie?
Nie odpowiadam. Nie jestem w stanie wydobyć z siebie głosu. Chłopak zamiast na krześle siada obok mnie na łóżku. Chwyta moją dłoń i podaje mi ręcznie robionego łabędzia ze słomy. Misterna robota.
-Pomyślałem sobie, że przyniosę ci tego łabędzia... Byłaś w śpiączce...
-Ehm. To na pewno dla mnie?
-Bessa...
-Dziękuję.
Do sali wchodzi lekarz z dziwnym wyrazem twarzy ni to zdziwionym, ni to radosnym...
Nareszcie wypuszczają mnie z tego więzienia. Nienawidzę szpitali. Wychodzę na zalany słońcem dziedziniec przed budynkiem. Przez blisko 3 tygodnie nie widziałam świata. Tyle czasu minęło... Drzewa od tamtego czasu pięknie się zazieleniły. Ptaki latają po prawie bezchmurnym, błękitnym niebie. Nadeszła wiosna. Mama stoi przy samochodzie.
-Chodź kochanie. Wracamy do domu.
Podróż mija w całkowitym milczeniu. Przekraczam próg domu. Od razu uderza mnie smakowity zapach spaghetti z sosem bolognese. Mhhhmm. Moje ulubione. Tata zna się. Mama i ja zasiadamy do stołu. Spaghetti raz dwa znika z talerzy. Tata głośno, znacząco odchrząka.
-Sądzimy z mamą, że dorosłaś już do tego by...
-By?
-Skarbie musimy ci coś powiedzieć...
O nie. klasowe "księżniczki". Gorzej być nie może. Cicho przemykam między drzewami. Chyba mnie nie zauważyły. Szybko wchodzę do gimnazjum drugim wejściem. Wkraczam do klasy. nauczycielka mierzy mnie długim wzrokiem.
-Spóźnienie Barbessa.
-Byłam na dworze.
-Wszyscy byli i wszyscy zdążyli na lekcję. Siadaj.
Ech. I weź tu polub nauczycielkę.Kieruję się w stronę mojej ławki. Od początku roku siedziałam tam sama, a teraz siedzi w niej John. Zajmuję miejsce obok niego. Kątem oka zauważam jak dziewczyny podśmiewają się pod nosem.
-To jest MOJA ławka.
-Nie, teraz jest nasz.
-Widzisz, tu jest połowa mojej ławki. Ty masz drugą połowę.
-fajnie tylko, że masz ciut mniejszą połowę od mojej, dlatego linia graniczna powinna przebiegać o tu...
Mówiąc to wskazuje palcem blat ławki. Teraz to już nic nie wiem.
-Ale... Dobra zapomnijmy o tej granicy...
Bosz dlaczego lekcje biologii tak się dłużą? Co mnie obchodzi budowa blaszki liścia? Po co mi to wiedzieć? Nareszcie słychać dźwięk upragnionego dzwonka. Zbliżam się do wyjścia, lecz "księżniczki" spychają mnie pod tablicę, z której spada kreda. Otrzepuję się z białego pyłu. Wzdycham w duchu.
-Klasowe jędze?
Przede mną stoi John. Skąd on się tu wziął? Przecież wyszedł pierwszy z klasy...
-Taaa, poznaj "księżne"...
-Znajdziesz je w każdej szkole.
-Jak one mnie wkurzają...
-Pomyśl dlaczego tak się zachowują. Pewnie są niedoceniane w domu, więc chcą się jakoś pokazać przy swoich. Popisują się pomiatając innymi, bo wtedy czują się potężniejsze i lepsze...
-Niby skąd wiesz, że są takie z powodu spraw rodzinnych? A może są takie od zawsze?
-Nikt nie jest tak podły. Człowiek może taki się stać poprzez otoczenie, które każdego z nas kształtuje od najmłodszych lat...
Chłopak milknie. Słodkim spojrzeniem wbiega w moje oczy. Nigdy nikt tak długo na mnie nie patrzył...
-Jesteś taka...
-Dziwna? Głupia? Dziecinna?
-Normalna.
-Przepraszam czy my rozmawiamy o tej samej osobie? Nie pomyliłeś mnie z kimś?
-jesteś szczególna, ciebie nie da się pomylić.
-Co masz na myśli?
-Heheszkoland.
-Wtf?
-No weź się uśmiechnij!
Zapada cisza. John przygląda mi się roziskrzonym wzrokiem. Nieprzyjemny dreszcz przechodzi po moich plecach. Nogi mam jak z waty. oczy zachodzą mgłą. Mięśnie momentalnie drętwieją. Czuję, że się duszę... Powietrza...
Gdzie ja jestem? Zrywam się i ląduję na zimnej posadzce.
-Bessa?
Obok mnie przyklęka John. Pomaga mi podnieść się na nogi, lecz ja ponownie upadam. W oddali słyszę przytłumione głosy. Mam wrażenie, że coś zaciska mi się wokół szyi blokując krtań. Znów to nieprzyjemne uczucie odpływania w dal... Budzę się jakby ze snu. Dlaczego jestem podłączona do jakiś pikających urządzeń z mnóstwem rurek? Gwałtowny ruch powietrza strąca papiery leżącego na szpitalnym stoliku. Chwytam je w locie. Wtf?! Umysł zaczyna pracować na zwiększonych obrotach. Myśli biegają jak szalone po mojej głowie. Obiekt niezidentyfikowany? Badania laboratoryjne poziom zero? Brak grupy krwi? Stadium zaawansowane? O co chodzi?! Śpiączka - 20 dni?! Odkładam papiery. Spoglądam na wyświetlacz komórki. 4:55. Nie jest źle. Koło 16 odwiedza mnie John. Przyniósł mi lekcje.
-Jak samopoczucie?
Nie odpowiadam. Nie jestem w stanie wydobyć z siebie głosu. Chłopak zamiast na krześle siada obok mnie na łóżku. Chwyta moją dłoń i podaje mi ręcznie robionego łabędzia ze słomy. Misterna robota.
-Pomyślałem sobie, że przyniosę ci tego łabędzia... Byłaś w śpiączce...
-Ehm. To na pewno dla mnie?
-Bessa...
-Dziękuję.
Do sali wchodzi lekarz z dziwnym wyrazem twarzy ni to zdziwionym, ni to radosnym...
Nareszcie wypuszczają mnie z tego więzienia. Nienawidzę szpitali. Wychodzę na zalany słońcem dziedziniec przed budynkiem. Przez blisko 3 tygodnie nie widziałam świata. Tyle czasu minęło... Drzewa od tamtego czasu pięknie się zazieleniły. Ptaki latają po prawie bezchmurnym, błękitnym niebie. Nadeszła wiosna. Mama stoi przy samochodzie.
-Chodź kochanie. Wracamy do domu.
Podróż mija w całkowitym milczeniu. Przekraczam próg domu. Od razu uderza mnie smakowity zapach spaghetti z sosem bolognese. Mhhhmm. Moje ulubione. Tata zna się. Mama i ja zasiadamy do stołu. Spaghetti raz dwa znika z talerzy. Tata głośno, znacząco odchrząka.
-Sądzimy z mamą, że dorosłaś już do tego by...
-By?
-Skarbie musimy ci coś powiedzieć...
środa, 19 lutego 2014
Rozdział I "Nowy"
Wśród rodziców czuję się obca. Wchodzę do kuchni, otwieram lodówkę i wyciągam ser.
-Smacznego kochanie.
-Dzięki mamo.
-Podwiozę cię dziś do szkoły.
-Po co? Ja jadę autobusem.
-Ale ja chętnie przejadę się do miasta...
-Nie! Pojadę jak zawsze autobusem. Koniec kropka.
-Bessa...
-Co?!
-Jak ty się zwracasz do mamy?
W kuchni zjawia się zbulwersowany tata. Tsaaa. On zawsze znajdzie w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwej porze.
-Chcę ją podwieźć dzisiaj do szkoły, a ona uparcie chce jechać autobusem...
-Ja nie chcę jechać samochodem!
Zapada pełna napięcia cisza. Mama z tatą wymieniają niezdecydowane spojrzenia. Dziwnie się czuję. Przed oczami pojawiają się mroczki. Chłód przebiega po plecach. Czuję jak energia uchodzi ze mnie. Momentalnie ciało staje się odrętwiałe i ciężkie. Zaczyna dzwonić mi w uszach. Nie jestem w stanie utrzymać się na nogach. Upadam tracąc przytomność... Nade mną stoi przerażona mama. Tata rozmawia z kimś przez telefon. Co się właściwie stało?
-Ocknęła się!
-Dzięki Bogu!
-Bessa nic ci nie jest?
-Żyjesz?
Słyszę ich głosy, lecz one są gdzieś poza mną. Przed oczami staje mi idealny obraz rżącego jednorożca stającego dęba... Wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. Niespodziewanie wstępuje we mnie nieokreślona siła. Natychmiast staję na równe nogi. Rodzice niepewnie odsuwają się pod ścianę. Chwytam torbę z książkami i bez słowa wybiegam z domu. Mijam szkolny przystanek, na którym zgromadziło się już sporo uczniów. Nie zatrzymując się idę dalej. Domy znikają daleko za mną. Wychodzę na pole obsiane niską kukurydzą. Idę dalej nie zwracając na nic uwagi. "Coś" ciągnie mnie do szkoły...
Staję przed ogromnym gmachem gimnazjum. Biorę głęboki oddech. Nie oszukujmy się-szłam 12 kilometrów piechotą. Otwieram drzwi i przechodzę przez puste korytarze. Zachodzę pod klasę numer 115. Zrzucam ciężką torbę z ramienia. Po drugiej stronie korytarza stoi jakiś nieznany mi chłopak, którego wcześniej nigdy nie widziałam. Wychodzę na dwór i siadam na ławce. Delikatny wietrzyk przepełniony jest jeszcze chłodem zimy. Słońce za to świeci swym promiennym, ciepłym blaskiem.
-Hej, mam na imię John. A ty jak masz na imię?
Wzdrygam się na dźwięk czyjegoś łagodnego głosu o ciemnej barwie. Lustruję chłopaka od stóp, do głów. Wysoki, przystojny z ciemnobrązową czupryną.
-Do mnie mówisz?
-A widzisz tu kogoś oprócz ciebie?
-Jestem Bessa...
-Bessa...Barbessa...
-Coś nie tak?
-Piękne imię, tak rzadko spotykane.
-Serio?
-Moja praprababcia nosiła takie imię.
Nastaje milczenie. Moment, którego wręcz nienawidzę. Chłopak uśmiecha się promiennie, lecz ja nie potrafię tego odwzajemnić. Nabieram podejrzeń.
-Będziesz tu teraz tak sterczał obok mnie?
-Sterczał?
-Co znowu?
-Po prostu usiadłem się obok ciebie, bo chcę pogadać. Od dziś jestem z tobą w klasie.
-No to powodzenia...
John patrzy na mnie tym samym spojrzeniem co wszyscy. Zauważam jedynie piękne zielono-szare oczy. nerwy napięte do granic możliwości zmuszają mnie do odejścia. Wstaję i rzucam się biegiem za boiska szkolne, klucząc między drzewami.Wskakuję na rozłożyste drzewo. Próbuję opanować oszalałe bicie serca. Nowy chłopak rozmawiał ze mną. ZE MNĄ! Ze mną nikt nie rozmawia, ba, do mnie nikt się nie zbliża. Dlaczego? Bo jestem inna... Dlaczego nie potrafię zapanować nad chęcią nagłej ucieczki? Mam już dosyć ciągłego uciekania przed ludźmi. Ja chcę normalnie żyć, normalnie gadać, normalnie się zachowywać... Dzwonek. Powoli zeskakuję z drzewa. O nie. Widzę je. Znowu one. Ani chwili spokoju...Zero wytchnienia...
wtorek, 18 lutego 2014
To historia z pozoru zwykłej nastolatki żyjącej w całym tym fałszywym świecie, walczącej z przeciwnościami losu nie zdając sobie sprawy, że nie pochodzi z Ziemi... ~Bessa
WSTĘP
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















