Rozdział I "Nowy"
Wśród rodziców czuję się obca. Wchodzę do kuchni, otwieram lodówkę i wyciągam ser.
-Smacznego kochanie.
-Dzięki mamo.
-Podwiozę cię dziś do szkoły.
-Po co? Ja jadę autobusem.
-Ale ja chętnie przejadę się do miasta...
-Nie! Pojadę jak zawsze autobusem. Koniec kropka.
-Bessa...
-Co?!
-Jak ty się zwracasz do mamy?
W kuchni zjawia się zbulwersowany tata. Tsaaa. On zawsze znajdzie w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwej porze.
-Chcę ją podwieźć dzisiaj do szkoły, a ona uparcie chce jechać autobusem...
-Ja nie chcę jechać samochodem!
Zapada pełna napięcia cisza. Mama z tatą wymieniają niezdecydowane spojrzenia. Dziwnie się czuję. Przed oczami pojawiają się mroczki. Chłód przebiega po plecach. Czuję jak energia uchodzi ze mnie. Momentalnie ciało staje się odrętwiałe i ciężkie. Zaczyna dzwonić mi w uszach. Nie jestem w stanie utrzymać się na nogach. Upadam tracąc przytomność... Nade mną stoi przerażona mama. Tata rozmawia z kimś przez telefon. Co się właściwie stało?
-Ocknęła się!
-Dzięki Bogu!
-Bessa nic ci nie jest?
-Żyjesz?
Słyszę ich głosy, lecz one są gdzieś poza mną. Przed oczami staje mi idealny obraz rżącego jednorożca stającego dęba... Wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie. Niespodziewanie wstępuje we mnie nieokreślona siła. Natychmiast staję na równe nogi. Rodzice niepewnie odsuwają się pod ścianę. Chwytam torbę z książkami i bez słowa wybiegam z domu. Mijam szkolny przystanek, na którym zgromadziło się już sporo uczniów. Nie zatrzymując się idę dalej. Domy znikają daleko za mną. Wychodzę na pole obsiane niską kukurydzą. Idę dalej nie zwracając na nic uwagi. "Coś" ciągnie mnie do szkoły...
Staję przed ogromnym gmachem gimnazjum. Biorę głęboki oddech. Nie oszukujmy się-szłam 12 kilometrów piechotą. Otwieram drzwi i przechodzę przez puste korytarze. Zachodzę pod klasę numer 115. Zrzucam ciężką torbę z ramienia. Po drugiej stronie korytarza stoi jakiś nieznany mi chłopak, którego wcześniej nigdy nie widziałam. Wychodzę na dwór i siadam na ławce. Delikatny wietrzyk przepełniony jest jeszcze chłodem zimy. Słońce za to świeci swym promiennym, ciepłym blaskiem.
-Hej, mam na imię John. A ty jak masz na imię?
Wzdrygam się na dźwięk czyjegoś łagodnego głosu o ciemnej barwie. Lustruję chłopaka od stóp, do głów. Wysoki, przystojny z ciemnobrązową czupryną.
-Do mnie mówisz?
-A widzisz tu kogoś oprócz ciebie?
-Jestem Bessa...
-Bessa...Barbessa...
-Coś nie tak?
-Piękne imię, tak rzadko spotykane.
-Serio?
-Moja praprababcia nosiła takie imię.
Nastaje milczenie. Moment, którego wręcz nienawidzę. Chłopak uśmiecha się promiennie, lecz ja nie potrafię tego odwzajemnić. Nabieram podejrzeń.
-Będziesz tu teraz tak sterczał obok mnie?
-Sterczał?
-Co znowu?
-Po prostu usiadłem się obok ciebie, bo chcę pogadać. Od dziś jestem z tobą w klasie.
-No to powodzenia...
John patrzy na mnie tym samym spojrzeniem co wszyscy. Zauważam jedynie piękne zielono-szare oczy. nerwy napięte do granic możliwości zmuszają mnie do odejścia. Wstaję i rzucam się biegiem za boiska szkolne, klucząc między drzewami.Wskakuję na rozłożyste drzewo. Próbuję opanować oszalałe bicie serca. Nowy chłopak rozmawiał ze mną. ZE MNĄ! Ze mną nikt nie rozmawia, ba, do mnie nikt się nie zbliża. Dlaczego? Bo jestem inna... Dlaczego nie potrafię zapanować nad chęcią nagłej ucieczki? Mam już dosyć ciągłego uciekania przed ludźmi. Ja chcę normalnie żyć, normalnie gadać, normalnie się zachowywać... Dzwonek. Powoli zeskakuję z drzewa. O nie. Widzę je. Znowu one. Ani chwili spokoju...Zero wytchnienia...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz