Rozdział II "Przemyślenia"
O nie. klasowe "księżniczki". Gorzej być nie może. Cicho przemykam między drzewami. Chyba mnie nie zauważyły. Szybko wchodzę do gimnazjum drugim wejściem. Wkraczam do klasy. nauczycielka mierzy mnie długim wzrokiem.
-Spóźnienie Barbessa.
-Byłam na dworze.
-Wszyscy byli i wszyscy zdążyli na lekcję. Siadaj.
Ech. I weź tu polub nauczycielkę.Kieruję się w stronę mojej ławki. Od początku roku siedziałam tam sama, a teraz siedzi w niej John. Zajmuję miejsce obok niego. Kątem oka zauważam jak dziewczyny podśmiewają się pod nosem.
-To jest MOJA ławka.
-Nie, teraz jest nasz.
-Widzisz, tu jest połowa mojej ławki. Ty masz drugą połowę.
-fajnie tylko, że masz ciut mniejszą połowę od mojej, dlatego linia graniczna powinna przebiegać o tu...
Mówiąc to wskazuje palcem blat ławki. Teraz to już nic nie wiem.
-Ale... Dobra zapomnijmy o tej granicy...
Bosz dlaczego lekcje biologii tak się dłużą? Co mnie obchodzi budowa blaszki liścia? Po co mi to wiedzieć? Nareszcie słychać dźwięk upragnionego dzwonka. Zbliżam się do wyjścia, lecz "księżniczki" spychają mnie pod tablicę, z której spada kreda. Otrzepuję się z białego pyłu. Wzdycham w duchu.
-Klasowe jędze?
Przede mną stoi John. Skąd on się tu wziął? Przecież wyszedł pierwszy z klasy...
-Taaa, poznaj "księżne"...
-Znajdziesz je w każdej szkole.
-Jak one mnie wkurzają...
-Pomyśl dlaczego tak się zachowują. Pewnie są niedoceniane w domu, więc chcą się jakoś pokazać przy swoich. Popisują się pomiatając innymi, bo wtedy czują się potężniejsze i lepsze...
-Niby skąd wiesz, że są takie z powodu spraw rodzinnych? A może są takie od zawsze?
-Nikt nie jest tak podły. Człowiek może taki się stać poprzez otoczenie, które każdego z nas kształtuje od najmłodszych lat...
Chłopak milknie. Słodkim spojrzeniem wbiega w moje oczy. Nigdy nikt tak długo na mnie nie patrzył...
-Jesteś taka...
-Dziwna? Głupia? Dziecinna?
-Normalna.
-Przepraszam czy my rozmawiamy o tej samej osobie? Nie pomyliłeś mnie z kimś?
-jesteś szczególna, ciebie nie da się pomylić.
-Co masz na myśli?
-Heheszkoland.
-Wtf?
-No weź się uśmiechnij!
Zapada cisza. John przygląda mi się roziskrzonym wzrokiem. Nieprzyjemny dreszcz przechodzi po moich plecach. Nogi mam jak z waty. oczy zachodzą mgłą. Mięśnie momentalnie drętwieją. Czuję, że się duszę... Powietrza...
Gdzie ja jestem? Zrywam się i ląduję na zimnej posadzce.
-Bessa?
Obok mnie przyklęka John. Pomaga mi podnieść się na nogi, lecz ja ponownie upadam. W oddali słyszę przytłumione głosy. Mam wrażenie, że coś zaciska mi się wokół szyi blokując krtań. Znów to nieprzyjemne uczucie odpływania w dal... Budzę się jakby ze snu. Dlaczego jestem podłączona do jakiś pikających urządzeń z mnóstwem rurek? Gwałtowny ruch powietrza strąca papiery leżącego na szpitalnym stoliku. Chwytam je w locie. Wtf?! Umysł zaczyna pracować na zwiększonych obrotach. Myśli biegają jak szalone po mojej głowie. Obiekt niezidentyfikowany? Badania laboratoryjne poziom zero? Brak grupy krwi? Stadium zaawansowane? O co chodzi?! Śpiączka - 20 dni?! Odkładam papiery. Spoglądam na wyświetlacz komórki. 4:55. Nie jest źle. Koło 16 odwiedza mnie John. Przyniósł mi lekcje.
-Jak samopoczucie?
Nie odpowiadam. Nie jestem w stanie wydobyć z siebie głosu. Chłopak zamiast na krześle siada obok mnie na łóżku. Chwyta moją dłoń i podaje mi ręcznie robionego łabędzia ze słomy. Misterna robota.
-Pomyślałem sobie, że przyniosę ci tego łabędzia... Byłaś w śpiączce...
-Ehm. To na pewno dla mnie?
-Bessa...
-Dziękuję.
Do sali wchodzi lekarz z dziwnym wyrazem twarzy ni to zdziwionym, ni to radosnym...
Nareszcie wypuszczają mnie z tego więzienia. Nienawidzę szpitali. Wychodzę na zalany słońcem dziedziniec przed budynkiem. Przez blisko 3 tygodnie nie widziałam świata. Tyle czasu minęło... Drzewa od tamtego czasu pięknie się zazieleniły. Ptaki latają po prawie bezchmurnym, błękitnym niebie. Nadeszła wiosna. Mama stoi przy samochodzie.
-Chodź kochanie. Wracamy do domu.
Podróż mija w całkowitym milczeniu. Przekraczam próg domu. Od razu uderza mnie smakowity zapach spaghetti z sosem bolognese. Mhhhmm. Moje ulubione. Tata zna się. Mama i ja zasiadamy do stołu. Spaghetti raz dwa znika z talerzy. Tata głośno, znacząco odchrząka.
-Sądzimy z mamą, że dorosłaś już do tego by...
-By?
-Skarbie musimy ci coś powiedzieć...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz