Rozdział III "Sprawy zaczynają się komplikować"
-What the fuck?!
-Bez przekleństw!
-Chyba was coś...!
-Stwierdziliśmy, że nie jesteśmy w stanie tego dłużej przed tobą ukrywać. Masz prawo znać prawdę...
-Na śmietniku?! Serio?!
-Nie w tej tonacji Besso!
-To jakiś żart tak?
-Spokojnie...
-Teraz mi to mówicie?!
-Uznaliśmy, że to jest dobry moment...
-No chyba nie!
Pełna wściekłości wybiegam z domu trzaskając drzwiami. Kieruję się do pobliskiego lasu. Przeskakuję płot i biegnę dalej. Instynktownie omijam ciernie i pokrzywy ukryte wśród leśnego podszycia. Przeskakuję przez niskie krzaki tworzące coś w rodzaju ogrodzenia. Leśna dróżka jest dziś pusta. Ani żywej duszy. jednak ja biegnę dalej. Wspinam się na spory wał porośnięty robiniami akacjowymi i bukami. Staję na szczycie. Stąd mam wspaniały widok na pola i skrawek lasu na skraju mojej gminy. Idę na moje ulubione drzewo rosnące na krańcu pola. Klony delikatnie szumią. Usadawiam się wygodnie na jednym z konarów. Dlaczego?! Jakim cudem?! Ale jak?! W głowie nadal słyszę głos taty wypowiadającego straszną prawdę: "Barbesso, nie jesteśmy twoimi rodzicami. Znaleźliśmy cię na śmietniku...". W tym momencie potrzebuję wsparcia, a nie dołowania... Staram się uspokoić. Znad podmokłych łąk, obok pola, wzbijają się w powietrze 3 bociany. Powstrzymuję napływające do oczu łzy. kropla spada na maleńki, soczyście zielony listek. Słyszę trzask gałęzi. Podrywam się prędko i wspinam się jeszcze wyżej. Nie lubię gdy ktoś przeszkadza mi w rozmyślaniu nad życiem, które właśnie mi się posypało. Łza spływa po policzku. Napinam mięśnie, w każdej chwili jestem gotowa do natychmiastowej ucieczki.
-Nie uciekniesz przed problemem.
Z przerażenia prawie spadam z drzewa. W ostatnim momencie zaplatam się nogami o gałąź. Wisząc do gry nogami zauważam Johna siedzącego pode mną, konar niżej. Schodzę na sąsiednią gałąź. Ocieram łzy. Nie chcę by zobaczył, że płakałam. Chłopak jednym, zgrabnym ruchem przeskakuje, by znaleźć się obok mnie.
-Co ty tu robisz, John?
-Na Ziemi nie dzieje się aż tak dużo typowego zła...
-Jak to nie? Ludzie ranią się słowami szybciej niż nabojami podczas wojen domowych...
-Uwierz w siebie, bo możesz więcej niż ci się wydaje...
John zbliża się do mnie. Nie potrafię dłużej dusić krzyczących emocji. Łzy lecą samoczynnie.
Chłopak obejmuje mnie w pasie i przyciąga do siebie. Nie protestuję choć wszytko się we mnie buntuje. Wtulam się w jego pocieszające ramiona. Nigdy nikt mnie nie przytulał. Nigdy nie miałam przyjaciela. Nie wiem ile czasu minęło zanim się trochę ogarnęłam.
-Powiedzieli ci, prawda?
Podnoszę wzrok.
-A co mieli mi powiedzieć?
-Nie są twoimi rodzicami...
-A ty niby skąd to wiesz?
Nie wiem czy to jest odpowiedni moment, ale...
-O co chodzi?
-Wiesz, mogę cię tym urazić...
-Gadaj co!
-Możesz mi nie uwierzyć...
-Gadaj!
-Będziesz się śmiała...
-No mów!
-Nie jesteś człowiekiem.
-Hahahaha że co?!
-Wiedziałem, że tak będzie...
-Hahaha dzisiaj wszyscy żartują sobie ze mnie.
-To nie jest żart.
Nieufnie spoglądam chłopaka, który waha się nad czymś. Coś nie daje mu spokoju. To widać.
-Skoro jesteś taki mądry to powiedz mi kim jestem?
-W to tym bardziej nie uwierzysz...
-No weź.
-Na to jeszcze przyjdzie czas. Teraz musisz się oswoić z tą wiadomością...
Nie wiem czy się śmiać, czy płakać. cała ta sytuacja wydaje mi się nierealna. Świat schodzi na psy...
* * *
Do klasy wchodzi dyrka. Wszyscy podrywamy się z miejsc. Przeszukuje uczniów swoim przeszywającym wzrokiem. Wskazuje mnie i Johna.
-Tych dwoje poproszę do siebie.
Rzucam zdziwione spojrzenie na chłopaka. Dziewczyny od razu zaczynają głośno komentować:
-Co tam nabroiłeś John? Ty hardkorze!
Wychodzę z nim na korytarz.
-Dlaczego dyrka wzywa mnie do siebie?
-Chyba nas...
Kobieta w średnim wieku siedzi w swoim obracanym fotelu ze skóry. Spokojnym wzrokiem wskazuje nam krzesła. Siadamy.
-Co wy tacy przestraszeni? Przecież was nie zjem. Mam dla was informację. Wraz z psychologiem i twoimi rodzicami Barbesso postanowiliśmy...
No ładnie. Wywalą mnie ze szkoły. Ciekawe gdzie mnie przeniosą... Do psychiatryka?
-Będziesz się uczyć jazdy konnej, a twoim nauczycielem zostanie John. Stwierdziliśmy, że te spokojne zwierzęta pozytywnie wpłyną na ciebie.
Że co?! Ja nie mam pojęcia o jeździe konnej. Lubię konie, ale żeby jeździć to nie, nie. I to ma ukoić moje skołatane nerwy? No chyba dyrkę pogrzało.
-Pierwsze spotkanie macie dzisiaj w Stajni Marzeń. Następne lekcję będą się odbywały codziennie o wybranej przez was godzinie...
W głowie mam jeden, wielki mętlik. Mam ochotę krzyczeć. Z zapałem bym teraz coś rozwaliła.
-Dobrze. Wracajcie na ostatnie 5 minut lekcji.
Dyrka uśmiecha się do mnie. Szybkim krokiem wychodzę z gabinetu.
-Ty jeździsz konno?
-Kiedyś jeździłem, ale potem przyszła szkoła i więcej obowiązków...
-Grrr kto to wymyślił?
-Dyrka i psycholog...
-Ja nie potrzebuj,ę żadnej pomocy! Niech się zajmą swoimi sprawami!
-Bessa, uspokój się. Będzie fajnie. Zobaczysz.
-Kiedy ja nie mam zielonego pojęcia o jeździe konnej! Nie rozumiesz, że sobie nie poradzę?! Nie dam rady! Za szybko się denerwuję...
John szuka spojrzeniem moich oczu.
-Właśnie po to są te lekcje. Abyś mogła nauczyć się opanowywać emocje. Poradzisz sobie. Ja w ciebie wierzę.
Żołądek ściska mi się z nerwów. Wiadomo, że nie dam rady...
-Dzisiaj o 16, ok?
-Być może...
-Przyjedź proszę...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz