Rozdział IV "Odzyskiwanie spokoju"
Wracam autobusem do domu. Mama jeszcze nie wróciła z pracy. Wchodzę do kuchni. No nie. Dzisiaj na obiad jest zupa pomidorowa. Blee. Nie lubię jej. Otwieram szafkę i wyciągam toster. Szykuję sobie tosty. Nie chcę mi się jechać do tej stajni. Wole posiedzieć se w domu, albo iść pobiegać na pole. Dźwięk wyskakujących tostów. Zabieram parujące kromki chleba i idę do siebie na górę. Siadam na łóżku. Wyciągam słuchawki i odpalam muzykę na fula. Świat mnie nie obchodzi... Niech się dzieje co chce... Oczy same zamykają mi się ze zmęczenia. Zdejmuję słuchawki i od razu zapadam w sen.
Słyszę słowa "I See Fire"... Odgarniam włosy i odbieram telefon.
-Halo?
-Bessa? Gdzie jesteś? Czekam na ciebie od godziny.
-John? Ale co...? Fuck! Miałam przyjechać do Stajni Marzeń!
-No to gdzie jesteś?
-a co cię to obchodzi?!
-Bessa jest 17...
-No i ?!
Biiibiiibiii. Taaa nie ma to jak rozłączyć się w środku rozmowy. O co taki bulwers? Jestem zmęczona i nie chce mi się. Zwlekam się z łóżka i ubieram stare dżinsy. Zamykam dom i biegnę na przystanek. Dobiegam równo z autobusem. Ufff. Zdążyłam. Jadę praktycznie sama. I dobrze. Nie lubię tłumu. Wysiadam na ostatnim przystanku znajdującym się na obrzeżach miasta. Dalej muszę iść piechotą. Nie jest znowu aż tak daleko. Tylko jakieś 4 kilometry... Z daleka majaczy spory budynek stajni. Przeskakuję bramę. Nie bardzo wiem dokąd teraz iść. Ruszam w stronę wybiegów za stajnią. Z daleka dostrzegam sylwetkę Johna na galopującym koniu. Bułana sierść ogiera pięknie lśni w promieniach słońca. Opieram się o ogrodzenie. Chłopak pewnie siedzi w siodle. Tworzy z bułankiem idealną parę. Na mój widok zwalnia do kłusu, a następnie do stępa.
-Przyjechałaś...
-Sorry po prostu...
-Za dużo spraw na głowie?
-Yhm.
Chłopak zsiada z konia i podprowadza go do mnie. Odsuwam się od ogrodzenia. Bułanek zaciekawiony moją obecnością, zbliża jasny pysk do mojej twarzy wypuszczając powietrze z chrap.
-Piorun... Ma na imię Piorun, prawda?
W oczach Johna pojawia się dziwny błysk. Widać, że nie wie co na to odpowiedzieć. Rozsiodłuje ogiera i wyprowadza z wybiegu kierując go na pastwisko. Niepewnie podążam za nimi, oczywiście w pewnej odległości za koniem. Bułanek z radością wierzga i zarzuca łbem po czym dołącza do innych koni pasących się spokojnie wśród soczyście zielonej trawy.
-Masz na mnie focha?
-A czy ja coś mówię?
-Masz focha...
-Nie, po prostu...no...
-Sorry... Nie mam siły...
Przygląda mi się swoimi zielono-szarymi oczami. Gładzi mój policzek.
-Piękna jak matka i nieprzewidywalna jak ciotka...
-Yyy o co chodzi?
* * *
-Rozluźnij ramiona! Poluzuj lonżę! Bardziej! Nie bój się...
Stoję jak na igłach. W rękach trzymam linę. Siwek obiega okrągły wybieg dookoła. John stoi za ogrodzeniem.
-Bessa! Wyluzuj!
Wypuszczam lonżę z rąk uwalniając konia, który natychmiast staje dęba i rusza prosto na mnie.
Nie wiem co robić. Chłopak już biegnie w moją stronę, lecz koń jest szybszy. Tuż przede mną ogier wyrzuca kopyta w górę. Ciężkim bokiem zwala mnie z nóg. Kopyto rozcina mi przedramię. John chwyta zwierzę i odciąga ode mnie. Podnoszę się na nogi.
-Bessa... Co to miało być?!
Osowiałym wzrokiem patrzę na niego dając mu wyraźny sygnał, że na dziś mi wystarczy spotkania z końmi. Chłopak wzdycha i odprowadza spokojnego już ogiera do boksu. Z trudem łapię równowagę i opieram się o płot. Wzrok zachodzi mgłą. Przez całe ciało przechodzi nieznany mi prąd paraliżując mnie. W oddali słyszę rżenie, którego dotąd nie słyszałam. Przepełnione jest strachem i złością. Podnoszę wzrok. Na tle zachodzącego słońca widnieje sylwetka jednorożca stającego dęba. Na wpół przeźroczysty róg odbija ostatnie światło dnia. Nastaje szarość wieczoru. Magiczny koń zatrzymuje się w bezruchu patrząc na mnie.
Znika równie szybko jak się pojawił.
-Labella jeden z najbardziej nieuchwytnych koni...
John wpatruje się w miejsce, w którym jeszcze niespełna kilka sekund temu stał jednorożec. Idę na przystanek. Cały czas rozmyślam o stworzeniu, które pojawia się już nie tylko w snach. Prawdziwy jednorożec...
* * *
-Hahaha!
-Ty i jazda konna? Hahaha!
-Słyszałyście to? Bessa i koń? Hahahaha!
-Aleś ty głupia!
-Powinni cię do psychologa zapisać, a nie do stajni!
-Hahahaha nie mogę ze śmiechu!
Zaciskam zęby i idę dalej przez główny korytarz gimnazjum. Ludzkie sępy podążają za mną. Gnębią mnie od samego rana. Staram się opanować buzującą we mnie wściekłość. Boję się że zaraz nie wytrzymię. Łzy złości cisną się do oczu. Zza rogu wychodzi John i zastępuje dziewczynom drogę. Chowam się w toalecie, lecz zostawiam lekko uchylone drzwi.
-Jakiś problem?
-Zejdź nam z drogi.
-Pytam się czy macie jakiś problem.
"Księżniczki" mierzą go długim wzrokiem. Nie mogą wyminąć dobrze zbudowanego chłopaka, więc niechętnie odchodzą. Podchodzę do Johna.
-Czemu to robisz?
-Nikt nie powinien być poniżany, a w szczególności ty...
-Ja?





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz