Rozdział VII "Magiczna godzina"
Zegarek wskazuje 1:25. Wciąż nie mogę zasnąć po tym co mnie ostatnio spotkało. Najpierw cudowny galop, później namiętny pocałunek z Johnem. W pocałunku było coś takiego nieziemskiego wręcz nieludzkiego. Potem duch... Z każdym mijającym dniem coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że faktycznie nie jestem człowiekiem. John ostatnio stał się jakby bardziej wyrozumiały i miły. Jest środek nocy, a mnie nadal nie chcę się spać. Komórka błyska jasnym światłem. Spoglądam na wyświetlacz. Dlaczego John dzwoni do mnie o 1:33? Odbieram.
-Halo?
Szeptam, bo nie chcę obudzić rodziców i wzbudzić ich podejrzeń.
-Bessa...
-Czego? Jest 1:35!
-Muszę ci coś pokazać. Wyjdź na dwór.
-Teraz? No chyba cię porąbało!
-Tak, teraz.
Wyłączam telefon. Narzucam na siebie bluzę i wychodzę z domu. Noc jest ciepła i przejrzysta. Rozglądam się dookoła. Świetliki mrugają tu i ówdzie jasnymi światełkami. Połówka księżyca błyszczy na czarnym niebie pośród gwiazd.
-Dziś jest szczególny dzień...
Odwracam się. Zza lipy wychodzi John.
-Nie wiem czy się orientujesz w czasie, ale jest środek nocy...
-1:47. Magiczna godzina coraz bliżej...
-Magiczna co?
-Chodź ze mną.
Chłopak znika w ciemności lasu. Podążam za nim przez krzaki. Nie mam pojęcia dokąd mnie prowadzi. Coś chwyta mnie za nogę. Już mam wrzasnąć, lecz on kładzie mi rękę na usta i uspokaja. To tylko ciernie... Tylko... Wychodzimy z gęstwiny drzew na otwartą przestrzeń. Rozpoznaję to miejsce. Bagna. Podmokłe łąki daleko za wsią. Po co John mnie tu przyprowadził? Ufam mu, ale...
-Nie wystrasz się...
-Po co...?
-Nic nie mów. Ja to załatwię...
Chłopak przymyka mi powieki. Zrzuca ze mnie bluzę. Oddala się.
-John?
Nikt nie odpowiada. Zgodnie z jego poleceniem nie odzywam się już więcej. Czuję nagły przypływ energii. Jakaś niewyobrażalna siła rozpiera mnie od środka. Z oczu zaczynają cieknąć łzy wyciskane przez ową moc. Mięśnie kamienieją unieruchamiając mnie. Nie otwieram oczu. Coś chwyta mnie za nogi i skuwa mi je czymś ciężkim.
-Otwórz oczy...
Wycieram sobie łzy, które przybierają błękitną barwę. Dziwne.
Przez wodę zbliża się do mnie piękna postać w białej, długiej sukni. Rozpoznaję boskie stworzenie. Ciemne włosy opadają kaskadami na ramiona, a skrzydła rozpościerają się. Anioł. Prawdziwy anioł. John oddaje pełen gracji ukłon. Boskie stworzenie podchodzi do mnie. Wokół niego unosi się biała poświata. Skuwa mi ręce żelaznymi kajdanami, które obrośnięte są dzikim bluszczem. Zaczynam się naprawdę bać. Anioł wznosi dłonie do góry. Moje ciało zaczyna się wyginać. Brakuje mi tchu. Już nie mogę... Jednak coś powstrzymuje mnie przed upadkiem. Słodki powiew wietrzyku sprawia, że nie czuję już bólu. Podnoszę wzrok i spotykam oczy boskiego stworzenia. Mglista szarość zmieszana z rudym odcieniem jesieni... Piękne oczy.
-Cirihedio poznaj siebie...
Anioł znika idąc przez wodę, kierując się do lasu. Dziwnie się czuję. John zbliża się do mnie i podprowadza mnie do tafli wody. Moje kroki wydają się teraz takie lekkie... Zaniemówiłam z wrażenia.
Moje oczy stały się ślicznie zielone. Na szyi wisi srebrny, lśniący kwiat róży. Czarne włosy nabrały puszystości, a moje uszy wydłużyły się. Chyba nie jestem...
-Tak, jesteś elfem. Istotą nieśmiertelną władającą magią...
Nie mogę w to uwierzyć. Czy to sen? A może zwariowałam? John chwyta moją dłoń i prowadzi mnie na pobliskie drzewa rosnące na skraju bagien.
-Przyglądaj się uważnie. Będziesz już w stanie to zobaczyć.
Nie bardzo wiem na co mam patrzeć. Przez ciszę nocy przedziera się ni to ryk, ni to grzmot. Nagły ruch powietrza rozwiewa mi włosy. Nie jest to typowy polny wiatr. Coś przysłania księżyc. Spoglądam na wyświetlacz komórki. 2:02.
-Magiczna godzina...
Chłopak mocniej ściska gałąź i zamiera w oczekiwaniu. Plusk i nagły ruch nie wróżą nic dobrego. Nad mokradłami rozlega się potężny ryk. Ogromne, ciemne cielsko ląduje na wysepce pośród podmokłych łąk składając olbrzymie skrzydła. Każdy rozpoznałby to stworzenie znane z filmów fantasy. Czerwone ślepia płoną jasnym blaskiem. Z pyska uchodzi dym. Stwór otwiera paszczę, z której spada morze płomieni oświetlając taflę wody.
Wzbija się w powietrze. Słyszę tępy odgłos pękania. Z wody wyłażą jakieś stworzonka natychmiast rozwijające maleńkie skrzydełka. Z drzewa nie wiedzę dokładnie co to za stworki, lecz chyba każdy jest w stanie się tego domyślić. Nad łąkami roi się od latających zwierzątek. Fala ognia oświetla fruwające stworzenia błyszczące w świetle księżyca. Wielki potwór wydobywa z siebie ostatni, długi ryk po czym znika gdzieś w chmurach, które niespodziewanie nadciągnęły nad mokradła. Po chwili słychać już tylko trzepot skrzydeł oddalających się stworów. John ostrożnie zeskakuje z gałęzi.
-Magiczna godzina... Godzina, w której wykluwają się smoki...
Złażę z drzewa. Gdzieniegdzie płoną bagniste rośliny.
-Nie daj się zwieść zdradzieckim trawom...
Idę tuż za chłopakiem. Białe skorupy jaj iskrzą się wśród czarnej nocy. Zauważam jedną, całą skorupkę. Wchodzę w wodę, która sięga mi pasa. Nie sądziłam, że tu jest tak głęboko. Podnoszę ciężkie, smocze jajo. Niespodziewanie skorupa pęka, a z jej wnętrza wychyla się łebek maleńkiego stworka o dużych, fioletowych oczkach. Jego łuski zdawają się chłonąć blask księżyca iż świecą tajemniczą przejrzystością. O ludzie! Trzymam na rękach prawdziwego smoka. Mały otwiera pyszczek, z którego dobiega słodkie ryknięcie. Rozwija skrzydełka i rozciąga delikatny grzbiet.
Próbuje wzbić się w powietrze, lecz zawiedziony spada na moje dłonie. Głaszczę maleńki łebek. Biedactwo, nie ma siły latać. Chłopak staje tuż za mną przyglądając się stworzonku.
-Spóźnił się. Jest skazany na powolną śmierć.
-Dlaczego?
-Nie zdążył wykluć się wraz z pozostałymi. Dorosły smok daje sygnały dzięki, którym młode są w stanie przedostać się przez cieńsze warstwy atmosfery, by ulecieć w kosmos... Ten nie zdążył...



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz