Rozdział VIII "Mały zabójca"
Rzucam pospieszne spojrzenie Johnowi.
-Trzeba mu jakoś pomóc.
-To jest smok. Prędzej czy później dorośnie i odezwą się w nim instynkty zabójcy...
-Ale to przecież takie słodkie maleństwo...
-To maszyna ziejąca ogniem i zabijająca wszystko co się rusza... To przyszły morderca!
-I kto to mówi? Ten co twierdzi, że nikt nie powinien być poniżany...
-Ale to smok! Wyrzuć go albo daj mi.
Gdzie się podział ten John, którego poznałam? Ten chłopak, który wszystkich traktuje z należytym szacunkiem?
-Nie mogę go wyrzucić, jest zbyt mały...
John nieufnie przygląda się smokowi, który stara się wydobyć ogień z gardziołka. Po kilku nieudanych próbach maluch szeroko ziewa i zwija się w kulkę. Awww. Słodycz.
-Powiem krótko: wyrzuć albo zabij.
-Co?! To jeszcze dziecko!
-Raz, dwa...
-Ale to...
-Nie widzisz tych płonących ślepi? Ostrych kłów? To śmierć odziana w zbroję z łusek! Nie widzisz tego?!
-Trzeba mu pomóc...
-On cię zabije! Jak nie dziś, to za tydzień!
-John zrozum, że...
-Nie! To ty zrozum. Zabij póki jeszcze nie odzyskał sił, bo inaczej ja to zrobię.
-Mam mordować niewinne stworzenia?!
-Uduś!
-Nie!
-Będziesz żałować...
-Nie tykaj mojego smoka!
-Oddaj mi go! Zapewniam cię, że nic nie poczuje...
-Chyba żartujesz!
-Daj go!
-Nigdy!
Mierzymy się długim wzrokiem. Atmosfera robi się bardzo napięta. Nie chcę się kłócić, ale też nie chcę odpuścić.
-Jak chcesz! Pogadamy za miesiąc jeżeli w ogóle będziesz jeszcze żyła!
Odchodzi gniewnie stawiając kroki w podmokłą ziemię. Wzdycham głęboko. Mały potworek mruga z zaciekawieniem oczkami nieświadomy tego, że chwilę temu chciano go zabić...
* * *
Nasłuchuję. Cisza. Mały stworek wyskakuje z kaptura mojej bluzy i z zaciekawieniem rozgląda się po moim pokoju. Wydaje z siebie krótki pomruk zadowolenia. Smok bryka po moim łóżku wśród poduszek. Podaję mu kawałek kurczaka z kolacji. Łapczywie połyka mięso i oblizuje się ze smakiem. Kładę się, przyglądając się wybrykom potworka.
-Xsenia...
Smok odwraca łebek w moją stronę. Oczy same mi się zamykają ze zmęczenia. Czuję ciepły oddech na swojej twarzy. Uchylam powiekę. Stworek zwija się w kłębek kładąc pyszczek na mojej dłoni. Słodkie...
Coś łaskocze mnie w nos. Xsenia skacze po mnie i tarmosi moje włosy. Niechętnie otwieram oczy. Na łóżku leży popiół. Ale skąd ten... No ładnie. Spaliła mi firany. No i się zaczęło... John miał racje. To smok, w dodatku młody dopiero co uczący się zionąć ogniem. Potworek wtula się w jedną z poduszek ze spojrzeniem typu: ja byłam grzeczna. Otwieram okno i wyrzucam ledwo tlące się resztki firanek. Słyszę zgrzyt. O nie. Mama wstaje do pracy. Ja mam dzisiaj wolne. Szybko wpycham smoka pod kołdrę.
-Cześć Bessa. W nocy słyszałam trzaskanie czymś o podłogę...
-Komórka spadła.
-Gdzie są f i r a n y ?!
-Eeee...hehe...
Nie wiem co powiedzieć. Przecież mi nie uwierzy jeżeli powiem, że to mały smok. Mama ściąga brwi w ciemną kreskę tuż nad brązowymi oczami. Stoi chwilę wpatrując się we mnie po czym z westchnięciem wychodzi. Odkrywam kołdrę. Smok zniknął. Zrzucam po kolei wszystkie poduszki. Xsenii nigdzie nie ma. Jest tak mała, że może być wszędzie! Pewnie wykorzystała chwilę mojej nieuwagi i uciekła do kuchni. Idę tam. Nieruchomieję w drzwiach. Na głowie kobiety siedzi stworek.
-Mamo, tylko się nie ruszaj...
-Już wstajesz?
-Nie ruszaj się...
-Co? Źle włosy ułożyłam?
Dłoń wędruje w stronę włosów. Xsenia zlękniona nieznaną ręką zionie małym strumieniem ognia. Mama cofa rękę, która staje się coraz bardziej czerwona.
-Błagam, nie krzycz...
Za późno. Nagły wrzask sprawia, że smok rozpościera skrzydełka i sfruwa na podłogę rycząc z przerażenia. Mama miota się po całej kuchni przeczesując włosy. Rzucam się, by chwycić stworka, lecz ten umyka wspinając się po szafkach. Tracę go z oczu. Uspokajam przerażoną kobietę.
-Weźcie mi to coś z głowy!
-Spokojnie...
-Ratunku!
-Bez paniki...
Wyprowadzam roztrzęsioną mamę z kuchni i odprowadzam ją do salonu. Zamykam drzwi i jak gdyby nigdy nic otwieram lodówkę. Wyciągam parówkę i czekam w bezruchu. Ogień obejmuje mięso spalając je na wióry. Stworzonko wskakuje na moje ręce i połyka resztki. Chowam smoka pod piżamę i zamykam się w swoim pokoju. Xsenia wyrywa się, że nie jestem w stanie jej dłużej utrzymać. Potworek skacze po moich meblach i po suficie, po czym zakopuje się w poduszkach. Biorę telefon do ręki. Nie jestem pewna czy wybrać numer Johna. Nie rozmawialiśmy ze sobą od półtora tygodnia. Od tego czasu nie poszłam na żadną lekcję jazdy konnej.
Wciskam przycisk połączenia. Kurde, nie odbiera. Pewnie jest jeszcze fochnięty... Błagam, odbierz... Xsenia wspomagając się skrzydłami siada na moim ramieniu. Rozłączam się i próbuję ponownie. Smok bawi się moimi włosami starając się chwycić kosmyki małymi kłami. Dlaczego życie musi być takie skomplikowane?
* * *
Piorun miękko stawia kopyta kłusując dookoła wybiegu. John nakierowuje go na niski okser, który ogier pokonuje ze sporym zapasem. Wierzchowiec zbliża się do wyższego, podwójnego płotka. Chłopak za krótko trzyma wodze. Koń momentalnie spina się i staje przed przeszkodą. John ze złością uderza boki konia i popędza w stronę płotka. Piorun, zlękniony przeszkodą, której nie był w stanie pokonać za pierwszym razem, ponownie zarył kopytami w ziemię i zarzucił łbem.
-John on się boi!
Chłopak odwraca się w siodle. W jego oczach palą się ogniki złości. Zadziera głowę wyżej ściągając lejce, by ogier stanął w miejscu. Zbuntowana przeskakuję ogrodzenie i wściekła kieruję się w jego stronę. To, że ma focha nie znaczy że ma wyładowywać złość akurat na koniu! Bez przesady! Na jego twarzy widnieje uśmiech furii.
-Co tu robisz?! Nie zajmujesz się swoim smokiem?!
-Piorun się boi, nie rozumiesz?!
-Musi być mi posłuszny!
-Nie będzie ci posłuszny jeżeli będzie się ciebie bał!
-Niby skąd to wiesz?! Idź i zajmij się swoim "niewinnym" smokiem!
-Nie będziesz mi mówić co mam robić!
-Serio?!
-Chcę tylko pogadać!
-Krzycząc na pewno tego nie załatwisz!
-I kto tu wrzeszczy?!
-Nie mam ochoty z tobą gadać...!
-Ale ja chcę!
-A co mnie to obchodzi?!
-John...
Piorun kładzie uszy po sobie. Czytelny, jasny sygnał niepewności. Ogier stuka tylnym kopytem w miejscu i zaczyna tańczyć ciągnąc za wędzidło. Chłopak nerwowo ściska lejce. W końcu cienka linia niepewności pęka. Koń szarpnięciem wyrywa lejce i staje dęba. Chłopak nieprzygotowany na nagły obrót sytuacji spada z grzbietu rozszalałego konia. John podnosi się i z wściekłością rusza na mnie nie zwracając uwagi na wierzgającego Pioruna. Biegnę w stronę płotu. Nagle ogarnęła mnie chęć natychmiastowej ucieczki przed światem. Odwracam wzrok. Przewracam się widząc kopyta spadające na mnie...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz