-Bądź cicho...
-Puszczaj mnie!
-Jeden fałszywy ruch, a zginiesz przedwcześnie...
Nieruchomieję. On chce mnie zabić... Po co? Zamordować mnie w płonącym domu... Wciąż trzyma nóż blisko mnie, ale zza płaszcza wyciąga coś w rodzaju obcęgów rozgrzanych do czerwoności. Czuję ciepło bijące od żelaza. Dookoła mnie jest przeraźliwie gorąco, lecz dłonie zjawy pozostają zimne niczym lodowiec.
-Twoja dusza...jest taka delikatna...idealna...
-Tam są drzwi!
-Dusza, która nadal żyje... Dusza przepełniona tchnieniem życia...
Obcęgi są już niespełna kilka milimetrów od skóry. Duch zamyka swoje puste oczy i przechodzi mnie dreszcz grozy. Zbiera mi się na wymioty. Rozgrzane obcęgi tykają skórę na wysokości obojczyków. Krzyczę, nie sorry, wrzeszczę! Żelazo wbija się coraz głębiej. Oddech staje na chwilę w płucach.
-Twoja dusza należy do mnie!
Na skórze powstaje wypalony znak gwiazdy. Gardło mnie boli od ciągłego wrzasku, ale skóra piecze coraz mocniej. Zaczynam się wić starając się wydostać spod żelaza. Czuję nieprzyjemne zgrzytnięcie. Kolejny ból bombarduje mi czaszkę. Zjawa z uciechą przypatruje się mojemu cierpieniu. Kątem oka zauważam jak moja krew wpływa do jego żył. Jego palce stają się ciepłe - żywe... Odpływa ze mnie cała energia. Krzyk urywa się w połowie. Czuję uciekającą ze mnie duszę. Duch dociska obcęgi. Podczas gdy on staje się silniejszy, ja słabnę. Podłe, naprawdę podłe.
-Powłokę cielesną zostawiam tobie, szmato!
Upadam na płonące drewno. To konie. Ze mną koniec. Leżąc tak w bezruchu, czekam jedynie na moment, w którym zjawa wyssa ze mnie resztki duszy... Blask na chwilę oślepia mnie swoją jasnością. Smuga światła przebiega obok otulając mnie swoim ciepłem. Zjawa odskakuje z lękiem wpatrując się w dziwne zjawisko. Dostrzegam dziewczynę, którą widziałam pod drzewem koło wybiegu. Duch nie zrażając się zbytnio rusza w jej stronę zadając ciosy mieczem. Ostrze przecina powietrze i natrafia na lśniący miecz dziewczyny. Na moment odpływam w nicość...
Błękitne oczy wlewają w moją duszę błogi spokój. Zamyka moją dłoń w swojej, cieplejszej i delikatniejszej. Ogień nadal tańczy, lecz już nie tak dziko. Teraz płomyki rytmicznie wyskakują w powietrze malując obrazy z iskier. Dostrzegam kulejącego Johna, który klęka przed dziewczyną i pokornie schyla głowę.
-Cirihedio...uwierz w siebie... Nie pozwól, by zło ogarnęło twój umysł... Nie pozwól, by mrok wdarł się do twej duszy... Wiedz, że czekam na ciebie...
-Kim jesteś?
Nie odpowiada. Z palców wybiega snop srebrnych iskier, które wpadają w pożar gasząc go. Pozostałe iskry obejmują mnie i Johna. Dziewczyna zamyka oczy i szepta ostatnie słowa:
-Nigdy nie trać nadziei, bo to ona, wraz z miłością, umiera ostatnia...
Znika w srebrnym płomieniu, który "pożera" ją zostawiając jedynie lśniącą czarną różę. Chłopak podnosi mnie i zaczynamy iść przez ogień, który nas omija. Srebrne iskry nadal krążą między ogniem, który rozstępuje się tworząc wąską drogę przez ognisty labirynt. W oddali dostrzegam strażaków biegnących co sił w naszą stronę. Tracę przytomność...
* * *
Biel. Dookoła mnie tylko biel. Nic więcej. Światło? Nie. Jak przez mgłę wracają wspomnienia minionej nocy. Gorąco, koń, pożar, zjawa, żelazo, dziewczyna...
-Już lepiej?
John siedzi na szpitalnym krześle i z troską trzyma w dłoniach mój naszyjnik z koniem.
-Dlaczego...
-Niedługo wyjdziesz ze szpitala...spokojnie...
Podaje mi naszyjnik. Ściskam konika i ponownie odpływam w nicość. Budzę się w środku nocy. Na stoliku leży zmięta karteczka. Drżącymi rękoma rozkładam papier. List, list... Dziwne, pozawijane litery tworzą niezrozumiałe słowa. Nagle wszystkie zaczynają się mieszać i przekształcają się na współczesny język. Zaczynam biegać wzrokiem po kartce.
Cirihedio,
Nie będę ci pisać, byś nie płakała, byś nie rozpaczała, byś się nie martwiła. Na razie to bez znaczenia. Musisz jednak pojąć pewne rzeczy. Otóż twoi opiekunowie ludzcy odeszli w płomieniach twego smoka. Możesz być spokojna - dotarli bezpiecznie do krainy zwanej Niebem. Equmedin dotrzyma obietnicy i zajmie się tobą aż do czasu, gdy zjawi się Śnieżna Grzywa, by bezpiecznie przeprowadzić Was przez Otchłań Krainy Cienia... Nie możesz się teraz poddać - walka dopiero się zacznie... Nie trać nadziei...
Lirea, władczyni Telenis
Kończę czytać ze łzami w oczach. Spłonęli żywcem... Oj Xsenia dostanie ci się jak cię znajdę... Czytam jeszcze raz. O co tu chodzi? Opiekunowie ludzcy? Equmedin? Otchłań Krainy Cienia? Śnieżna Grzywa? Lirea? Telenis? What, what i jeszcze raz what?!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz