Rozdział XIV "Xerinito esqrita deli fe lenia..."
Nadal nie potrafię otrząsnąć się ze śmierci Hery. Wszędzie zauważam jej brak. Ciężko jest mi przyjąć do wiadomości, że ona już nigdy nie wyjrzy z boksu, nigdy nie zarży na mój widok, już nigdy więcej nie przeskoczy przeszkody... Przez tydzień nie było mnie w stadninie. John stara się żyć dalej, ale widać, że nie łatwo jest mu się otrząsnąć z traumatycznych przeżyć. Dzisiaj postanowiłam wziąć się w garść i pojechać do Stajni Marzeń.
John wchodzi na wybieg, na którym bryka Mustaf - silny siwek.
-Hej!
-Dzisiaj zabiorę cię w teren.
-W teren?
-Tak. Pojedziemy na pola, na wschód od stadniny.
-Aha...
-Nie cieszysz się?
Spuszczam głowę. Chłopak bez słowa chwyta uzdę siwka i zakłada mu siodło.
-Osiodłasz Perłę?
-Perłę? Spoko.
Jestem o nią spokojna, bo to jedna z najłagodniejszych koni w Stajni Marzeń. Wspaniale się na niej jeździ.
Wołam ją po imieniu i otwieram bramę pastwiska. Kary fryz podbiega do mnie i schyla łeb. Jest przepiękną klaczą. Zapinam popręg i zakładam ogłowie. Chłopak już siedzi w siodle i czeka za mną. Jeszcze raz sprawdzam mocowanie i wskakuję na grzbiet Perły. Mustaf kroczy dumnie tak jak przystało na najsilniejszego konia w stadninie. Przyspieszamy do wolnego galopu. Pod kopytami chrzęszczy ziemia. Śmigamy przez żyzne pola. Wjeżdżamy na łąkę i zwalniamy do kłusu. Rzucam znaczące spojrzenie Johnowi.
-Po co zabrałeś mnie w teren?
-Chcę cię nauczyć czegoś zupełnie innego.
-Czyli?
-Opanowywanie konia na otwartej przestrzeni.
-Aha? Po co mi to?
-Przyda ci się to...
-Co mam robić?
-Najpierw skup się. Ty to umiesz, tylko jeszcze o tym nie wiesz.
Konie znów przyspieszają. Pod kopytami to znikają, to znów pojawiają się maki, chabry, dziewanny, bławatki, koniczynki... Udaje mi się trochę rozluźnić. Myśli odbiegają od Hery. Niespodziewanie chłopak zagradza mi drogę Mustafem. Klacz, przestraszona jego nagłym ruchem, spina mięśnie starając się wyhamować. John zeskakuje z konia i gdzieś znika. Perła odwraca się na tylnych nogach i rzuca do ucieczki. Spod kopyt wyskakuje John i wyrzuca ręce w górę jeszcze bardziej strasząc klacz, która ponownie staje dęba. Zaczyna wierzgać kopytami. Nie wiem jak długo utrzymam się w siodle. Nagły zwrot sprawia, że spadam na ziemię. Chłopak błyskawicznie chwyta Perłę za uzdę, a ogiera za wodze. Uspokaja je cichym szeptem. Wściekła podnoszę się strzepuję z siebie trawę.
-Co to miało być?!
-Znowu krzyczysz...
-Chcesz mnie zabić?!
-Ciii... Uspokój się Bessa...
-Grrrr...
Biorę głęboki oddech. Uspokajam wrzeszczące emocje. Lekki wietrzyk bawi się moimi włosami rozwiewając je.
-Lepiej? Pokażę ci co robić, gdy koń się spłoszy albo się przestraszy, ok?
-No... Dobra gadaj.
-Nie denerwuj się, to po pierwsze. Koń reaguje różnie na nerwy jeźdźca, więc musisz uważać.
-Przejdź do rzeczy, bo zaraz usnę ze znudzenia.
-Niecierpliwość, twoja pierwsza wada...
-Zacznij gadać po ludzku...
-A co robię?
-John... Mów jaśniej o co ci chodzi...
-Xerinito esqrita deli fe lenia...
-What? O co ci chodzi?
-Xerinito esqrita deli fe lenia.
Daję mu plaskacza. Wkurza mnie już no!
-Ogarniesz się kiedyś?!
Chłopak zatrzymuje moją dłoń w powietrzu i powoli opuszcza. Tym razem nie powstrzymuję łez. Pozwalam wypłynąć emocjom na zewnątrz. John podchodzi do mnie i przytula z całych sił.
Perła zdziwiona muska pyskiem moje ramię. Wyciągam drżącą dłoń i kładę na jej ciepłych chrapach. Chłopak patrzy mi w ozy wchodząc do mojej duszy.
-Przepraszam John...
Ten jednak bez odpowiedzi siada na grzbiet Mustafa. Fryz ponownie trąca mnie w ręce. Chwytam wodze i wskakuję w siodło. Ruszamy w całkowitym milczeniu. Klacz nagle gubi krok. Mocniej ściskam lejce i poprawiam się w siodle. John przygląda mi się z dużym niepokojem. Posyłam mu długie spojrzenie błagające o pomoc.
-Eeee... Powiesz mi co robić, bo Perła chyba się stresuje...
Zanim skończyłam mówić zza gęstwiny krzaków wyskoczyły 2 przestraszone zające. Wbiegły pod kopyta Perły, która natychmiast stanęła dęba.
-Skróć lejce! Prowadź ją w kółkach! Ściągaj i luzuj wodze!
Chłopak daje mi dokładne instrukcje. Staram się zmusić konia do biegu w kole, lecz ten zaczyna się wyrywać.
John zaczyna coś szeptać w tym samym języku, którym mówił dziwne, nieznane mi słowa. Na jego dłoniach przysiada przepiękny, biały niczym śnieg gołąb. Przysiada tylko na chwilę. Wzbija się w powietrze i leci w moją stronę. Wszystko to dzieje się w ułamkach sekund. Ledwo trzymam się w siodle, bo wierzchowiec wyrzuca kopyta co chwilę w powietrze. Ptak zniża lot, zawisając w powietrzu przed pyskiem zdenerwowanej Perły. Między nimi przelatuje złota iskra, która obejmuje konia. Kary fryz staje czterema kopytami na ziemi wciąż wpatrując się w śnieżnobiałego gołębia. Chłopak wyciąga dłoń w stronę ptaka, który siada na jego ramieniu składając skrzydła. Perla podchodzi do Mustafa.
-Wow...
-Salencia, zawsze gotowa do pomocy...
-Salencia?
Gołąb skłania główkę ku ziemi jakby rozumiał ludzką mowę. Podrywa się do lotu i znika w promieniach słońca na błękitnym niebie. Konie momentalnie podrywają się do biegu. Wjeżdżamy w las. Trochę zgłodniałam, ale nie będę się odzywać, bo jeszcze zostanę wyzwana. Kłusujemy tak pośród leśnej ciszy. Raz po raz słychać stukanie dzięcioła i kukanie kukułki. John zatrzymuje Mustafa...





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz