czwartek, 20 marca 2014

Rozdział  XIII   "Trudna decyzja"

-Xsenia! Ty mała...!
Szukam ją po całym ogrodzie i nigdzie nie mogę znaleźć. Zwiała? Stchórzyła? Źle jej tu było? Co ja jestem wróżka Zdzicha?! Spoglądam na wyświetlacz komórki. 21:21. Super tej tej no! Wracam do domu i zamykam drzwi na klucz. Zjadam kanapkę ze szkoły i biorę gorący prysznic. Trochę się rozluźniam. Chwila spokoju. Rozczesuję długie, czarne włosy i siadam przed telewizorem. Przerzucam kanały szukając czegoś ciekawego. Odpływam w sen. Zrywam się. Zegar wskazuje równą północ. Ruszam obolałymi mięśniami. Padam na swoje łóżko i nie zadając sobie trudu ze znalezieniem koca ponownie zasypiam. 

"Oh misty eye of the mountain below
Keep careful watch of my brothers souls 
And if the sky is filled with fire and smoke
Keep watching over Durin's sons

If this is to end in fire
Then we should all burn together
Watch the flames climb high into the night
Calling out father stand by and we will
Watch the flames burn auburn on the mountain side

And if we should die tonight 
Then we should all die together
Raise a glass of wine for the last time
Calling out father prepare as we will
Watch the flames burn auburn on the mountain side
Desolation comes upon the sky

Now I see fire inside the mountain
I see fire burning the tress
And I see fire, hollowing souls 
I see fire blood in the breeze
And I hope that you'll remember me..."



Otwieram oczy. Chyba znowu śpiewałam przez sen. Obok mnie stoją jakieś dziwne istoty. Wnętrzności wywracają mi się do góry nogami. Stworzenia podobne do ludzi stoją dumnie, odważnie wyprostowane, ale to nie z tego powodu zrobiło mi się niedobrze. 
Wpatrują się we mnie różnokolorowe źrenice stojące w równy słup. Białka zaszły im krwią, a z kącików ich oczu zaczęły lecieć strużki krwi. Brrrr. Jedne z nich rozstępują się. Wśród płomieni zjawia się jakaś dziewczyna z Xsenią na rękach. Smoczyca słodko śpi z na wpół przymkniętymi oczami. Dziewczyna składa na moje ręce stworka i kłania się nisko. Jedenastu pozostałych pstryka palcami. Wielki, purpurowy płomień zakrywa ich. Zamykam oczy i staram się opanować dygotające serce. Nastaje przerażająca cisza. Nikogo nie ma. Xsenia nadal śpi. W sumie jest 4:57 więc nie opłaca mi się spać skoro tak czy śmak za godzinę muszę się uszykować do szkoły. Robię sobie kanapkę cały czas zastanawiając się nad spotkaniem z dziwnymi istotami. Czego ode mnie chciały? Skąd wiedziały gdzie jest Xsenia? Co robiły u mnie w domu? Czy mnie znały? Ja tracę zmysły czy co?! Szklanka wyślizguje mi się z rąk i roztrzaskuje się o podłogę. No pięknie. To był mój ulubiony kubek. Brawo. Cudowny początek soboty, cudowny... Dzwonię do Johna, bo chcę się spytać czy mogę przyjechać dziś ciut wcześniej do koni. Nie odbiera. Dziwne. Zawsze nosi telefon przy sobie. Trudno. Błyskawicznie połykam śniadanie. W sumie zdążę na wcześniejszy autobus i będę mogła pobyć dziś trochę dłużej. Chciałabym, razem z Johnem, zaopiekować się Herą, wyprowadzić ją na spacer i porządnie wyczyścić. Piszę kartkę do mamy i zostawiam ją w widocznym miejscu na stole. Wciągam tenisówki i pędzę na przystanek. Chłodny powiew poranka łaskocze mnie w nos. Wsiadam do autobusu i od razu zajmuję miejsce pod oknem. Ruszamy. Zakładam słuchawki i włączam "I See Fire". Wysiadam na ostatnim przystanku. Kieruję się poza obrzeża miasta. Gdy wychodzę na otwarta przestrzeń zaczynam śpiewać. Dochodzę do stadniny. Stajenni krzątają się pracowicie po podwórzu. Idę za budynek stajni. Wśród trawy bryka prześliczna, mała kopia Hery. 
Te same małe uszka, identyczne łagodne spojrzenie ciekawskich oczu, te same długie nogi i waniliowy ogonek. Idealny źrebak. Czyli to już! Jejku, jak się cieszę! John siedzi pod płotem i przygląda się wybrykom małego konika. Otwieram bramę i wchodzę na pastwisko. Źrebak staje w bezruchu unosząc łebek do góry.
-Jaki sweetaśny źrebaczek!
Chłopak odwraca głowę na dźwięk mojego głosu, ale w przeciwną stronę. Podchodzę bliżej i siadam obok. John niespokojnie wodzi oczami, które zachodzą łzami, po pastwisku. 
-A gdzie Hera?
Podnosi rękę i wskazuje pastwisko na wzgórzu, na którym zwykle pasła się klacz. Na tle jasnego nieba odcina się ciemny kontur młodego drzewka. Nic nie rozumiem!
-Ty se jaja ze mnie robisz? Gdzie jest Hera?!
Nasze oczy spotykają się na moment. 
Po policzkach spływają mu łzy. Złość opada. Źrebak staje dęba wymachując przednimi kopytkami w powietrzu. 
-Oddała życie za swoje maleństwo...
-Chcesz powiedzieć, że...
-Musiałem ukrócić jej męki...
John zaciska zęby i odwraca wzrok, starając się powstrzymać płacz. Słowa uderzają mnie jak torpeda, lecz do świadomości docierają jakby w zwolnionym tempie. Nie... Nie! To niemożliwe! Hera nie mogła... John przytula mnie tak mocno i czule jak jeszcze nigdy. 
-Dlaczego?!
-Ciii... Udało jej się ur...
-Dlaczego?!
Nie potrafię powstrzymać smutku, który ogarnia cały mój umysł. Miałam zaplanowanych tyle rzeczy. Kto teraz zajmie się źrebakiem?! To rola matki! Dlaczego akurat nas musi zawsze dotykać jakaś tragedia?! W końcu łzy przestały lecieć, a dusza nieznacznie się uspokoiła. Spoglądam w oczy Johna. Zauważam w nich odbicie własnych emocji. Smutek, rozczarowanie, gorycz, tęsknota...
-Nelly, mała klaczka...
-To klaczka?
-Tak...lustrzane odbicie Hery...
Chłopak kładzie mi rękę na ramieniu. Źrebaczek zmęczony kłusowaniem dookoła pastwiska kładzie się. Jego jasna sierść błyszczy w blasku słońca. Piękna Nelly... Samotna Nelly... Ocalona śmiercią matki... Moja Nelly...




                         *                            *                        *
Wracam do domu. wróciłam pierwszym autobusem. Nie jestem w stanie pracować z końmi. Nie mogę patrzeć na pusty boks Hery. Opieram się o ścianę i siadam na podłodze. Nie sądziłam, że śmierć jednego
konia wywoła we mnie tyle negatywnych emocji. Nie potrafię się w tym momencie ogarnąć. Mama przybiega z kuchni i zaniepokojona coś się pyta. Nie słyszę co. Świat przestał mnie obchodzić. Mama podaje mi coś do picia. Dłonie trzęsą mi się tak bardzo, że nie mogę utrzymać szklanki. Biorę łyk ciepłej herbaty z melisy. Kładę się u siebie na łóżku i zamykam drzwi. Ściskam swoją ulubioną poduszkę i myślę. Xsenia, jakby wyczuwając moje rozdrażnienie, nie zbliża się zbyt szybko. Stopniowo, oczywiście w podskokach, przydreptuje do mnie. Pociera pyszczkiem moją zapłakaną twarz. Przytulam ją. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jakie życie jest wartościowe. Tak łatwo można je stracić... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz