niedziela, 16 marca 2014

Rozdział XII   "Przeszkoda"

Grafit podnosi się i zaczyna biegać po wybiegu. Otrzepuję piasek, który zdążył nawłazić wszędzie. Siadam po turecku, krzyżując nogi. Po co się łudziłam?! Jestem do niczego... Nie potrafię nawet przeskoczyć głupiej przeszkody! Bezsilnie składam ręce i zaczynam bawić się piaskiem.
-Nie daj się złamać. Nie przestawaj walczyć. Odwagi... Ja w ciebie wierzę...
Młoda kobieta, a może nawet dziewczyna, stoi w cieniu wierzby rosnącej tuż za ogrodzeniem wybiegu. Witki drzewa kołyszą się na wietrze tworząc swego rodzaju zasłonę. Idę w jej stronę. 
-Masz czyste serce, w które zło wlało zwątpienie... Pokaż, że potrafisz dokonać rzeczy niemożliwych dla ludzi...
Piękna pani rzuca mi coś pod nogi. Schylam się i podnoszę błyszczący kamień, z jakimś napisem w dziwnym języku, w kształcie konia stojącego na dwóch tylnych nogach. Pod drzewem nikogo już nie ma. Zniknęła... Ściskam kamień. Podmuch ciepłego wiatru napełnia mnie niesamowitą, magiczną mocą. Chwytam hasającego Grafita i pewnie siadam na jego grzbiecie. Ogier, zdziwiony stanowczością z jaką trzymam lejce, całkowicie mi się podporządkowuje. Ściskam łydkami boki konia prowadząc go dookoła wybiegu, by nabrał rytmu. Rusza galopem na symboliczny płotek. Mocniej siadam w siodle pochylając się tak jakbym robiła to już setki razy. Kopyta rytmicznie dudnią o piaszczystą powierzchnię wybiegu. 
Grafit unosi przednie kopyta wybijając się z werwą tylnymi. Widzę przeszkodę. Po chwili, która wydaje się wiecznością, miękko lądujemy po drugiej stronie. Niesamowite uczucie. Jakbym płynęła w powietrzu. Koń pod dotykiem mojej dłoni pytającą odwraca duży, siwy łeb jakby czekał na kolejne polecenia. Czy to nie sen? Marzenia się spełniają? Niemożliwe! Spoglądam jeszcze raz na przeszkodę. Kieruję ogiera w tamtą stronę. Przelatujemy nad płotkiem z taką samą lekkością. Zatrzymuję go i z radością zeskakuje z siodła. Wtulam się w jego siwą grzywę i po raz pierwszy od wielu lekcji uśmiecham się. Ktoś odgarnia mi włosy i zaczesuje za ucho. 
-Odwaga wiąże się z ryzykiem, a ryzyko ciągnie za sobą odpowiedzialność... Nie wahaj się dokonując wyboru...
Tajemnicza postać spod drzewa chwyta mnie za dłoń. Jej białe włosy zlewają się z blado-kremową, zwiewną suknią sięgającą ziemi. Promienie słońca padają na przepiękny pierścień z szafirem. 
-Nie blokuj się, nic to nie da... Pokaż siłę drzemiącą w twojej duszy! Po prostu walcz...
Rozpływa się w powietrzu. Przede mną pada czyiś cień. 
-Udało ci się...
John patrzy z uśmiechem w moje oczy. Odwzajemniam uśmiech. Wypuszczamy Grafita na pastwisko do innych koni. 
-Chodź, wyprowadzimy Herę na spacer.
Razem z chłopakiem powoli prowadzimy klacz na lonży. John głaszcze zdenerwowanego konia który nerwowo rozgląda się na boki. Zaczyna zmierzchać. Powinnam jechać do domu, ale nie chcę zostawiać Johna samego z Herą.
-Spokojnie Hera, spokojnie...
-Coś nie tak?
-Nic, nic, tylko, że chyba biorą ją pierwsze skurcze...
-Już?
-Tak. Spokój Hera...
Klacz zarzuca łbem. W jej oczach widać panikę i strach. Chłopak wyciąga coś z kieszeni spodni. Jasny, mały flakonik lśni tajemniczo. Otwiera pysk klaczy i wlewa kilka kropel czerwonego płynu. Koń ma spuchnięte dziąsła. To chyba nie jest dobry znak. Hera natychmiast rozluźnia mięśnie, z jej oczu znika przerażenie.
Jasna grzywa opada na oczy. 
-Łał! Co jej podałeś?
John luzuje linę i pozwala popaść się spokojnej już klaczy. 
-Ziele Jokenturii jeszcze nigdy mnie nie zawiodło.
-Joken...co?
-Bardzo cenione ziele o właściwościach uspokajających i eliminujących stres, rozluźnia i łagodzi ból... Niezastąpione.
-Czyli? Nie słyszałam o czymś takim.
-Dowiesz się kiedy indziej...
Odprowadzamy Herę do boksu, który znajduje się prawie na samym końcu stajni. Koń opiera łeb o żłób i przymyka oczy. Awww. Słodki widok. Chłopak wchodzi do boksu i siada opierając się plecami o ściankę boksu. Siadam obok niego. Hera raz po raz macha jasnym ogonem. Czyżby to był ten dzień?


                         *                         *                            *
Otwieram drzwi. W domu panuje nienaturalna cisza. Wchodzę do kuchni. Na stole leży kartka "Besso, wrócę późno wieczorem. Odgrzej sobie obiad w mikrofali. Kolacje masz w lodówce. Mama" Uff. Upiekło mi się z powrotem do domu o zmierzchu. Idę do swojego pokoju. Uchylam drzwi. Xsenia sfruwa z żyrandola na moje ramie. Wtula łebek we mnie. Założę się, że coś przeskrobała. Podejrzliwie przechadzam się po pokoju wzrokiem wyszukując szkód. Nic nie ma. Wszystko w należytym porządku. Hmmm dziwne... Wkraczam do kuchni i otwieram lodówkę.
-Fuck!!!
Xsenia bezczelnie zeżarła całe jedzenie! W lodówce nic nie ma! Przeginka! Chwytam stworka za kark tak jak nauczył mnie John.
-Co ty sobie wyobrażasz?!
Potworek szarpie się rycząc głośno. Jednym, błyskawicznym ruchem wyrywa mi się i wylatuje przez otwarte okno kuchni...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz