wtorek, 11 marca 2014

Rozdział  XI  "Siła"

Słońce na chwilę oślepia mnie swoim blaskiem. W powietrzu czuć jeszcze świeżość porannego deszczyku. Dopiero skończyłam dodatkowe lekcje języka hiszpańskiego. Wszyscy już pewnie dawno są w domach i jedzą obiad, a ja muszę czekać jeszcze godzinę do odjazdu autobusu. Ciekawe co robi Xsenia. Czasem zastanawiam się dlaczego jest taka złośliwa i niedostępna. Wczorajszy atak był po prostu chamski. Nadal nie rozumiem dlaczego tak nagle naskoczyła na Błyskawicę. Na jednej z ławek, koło krzaków, siedzi skulona postać. Długie, brązowe włosy zakrywają twarz. Siadam obok niej nie odzywając się. Odgarniam ciemne kosmyki z oczu. 
-To ta łajza! Zostaw mnie!
Dziewczyna przerażona odskakuje, traci równowagę i spada z ławki wprost w krzaki, z których wylatują spłoszone wróble. Z krzykiem zatacza się do tyłu i upada prosto w kałużę. Z wrzaskiem obrzydzenia zaczyna rozrzucać się dookoła aż w końcu siada pod drzewem i zakrywa twarz pociętymi rękoma. Zbliżam się do niej. Instynktownie staję przed nią.
-Życie potrafi dać w kość, prawda?
Nie odpowiadam. Przyglądam się płaczącej dziewczynie. Znam ją. Diana. Jedna z "księżniczek". Jak wszystkie od zawsze mi dokuczała. Co tu robi skoro one już dawno poszły gdzieś na miasto?
-Dlaczego znowu się tniesz?
-To zbyt skomplikowane by ci wytłumaczyć...
Niebieskie oczy biegają naokoło nie mogąc znaleźć punktu zaczepienia. Dłonie zaczynają drżeć. Zauważam motylka, którego zamykam w dłoniach. Diana odsuwa się gdy ja przybliżam się z owadem ukrytym w rękach. Czuję jak stworzonko rzuca się szukając światła. Czekam aż się trochę uspokoi i otwieram powoli dłonie.
Owad wspina się na mój palec ruszając skrzydełkami. Dziewczyna z lękiem spogląda na mnie. 
-Wyciągnij dłoń...
-Chora jesteś?! Nigdy!
-Powoli. Nie bój się...
Trzęsąc się z emocji wyciąga rękę w moją stronę. Motyl łagodnie przechodzi na jej palec. Siedzi chwilę i wzbija się w powietrze niknąc w blasku słońca. Diana poprawia włosy.
-Od zawsze cię podziwiałam, za wszystko. Za to, że potrafisz być sobą, za to, że nie boisz się przeciwstawiać Saszy, za to, że...
Podnoszę wzrok. Rozmawiam z "księżniczką"... Z tą księżniczką?
-Mówisz o mnie?
-Tak... Ty jesteś taka silna i odważna... Nie tniesz się, nie płaczesz...
-Płaczę nawet nie wiesz jak często.
-Nie widać tego po tobie. Potrafisz powstrzymać łzy czy złość... A potem nagle znikasz...
Nie ma słów, których mogłabym użyć w tym momencie. Chwytam jej pociętą rękę. 
-Nie zadawaj sobie bólu, który i tak nie ukoi cierpienia duszy...
Dziwne. Wypowiadam jakby nie swoje słowa. Za drzewami mignęła mi sylwetka białego konia...
-Sasza chce mnie wywalić z naszej paczki... Zaczęły się nade mną znęcać i dręczyć mnie wyśmiewając...
-Po co się jej trzymasz? Nie zasługujesz na takie towarzystwo. Ona cię niszczy...
-Ale ja sobie bez niej nie poradzę!
-Niby dlaczego? Samotność to najlepszy przyjaciel, który pozwala zrozumieć wiele trudnych spraw...
Ktoś znowu podpowiada mi te słowa. Łza spływa po moim policzku.




                            *                           *                         *
Rudi rozpędza się. Za nim wznoszą się tumany kurzu. Wybija się silnymi, tylnymi kopytami. Na chwilę zawisa w powietrzu. Ląduje miękko po drugiej stronie przeszkody. Tym razem dobiega do sporej stacjonaty. Pokonuje ją wysoko wyskakując w górę. Każdy jego skok kipi energią i siłą. Uwielbiam patrzeć na konia pokonującego kolejne płotki. John pewnie siedzi w siodle i z gracją prowadzi ogiera na szereg coraz wyższych płotków. Harmonia i spokój z jakim koń przeskakuje przeszkody działa na mnie uspokajająco. Muszę pogadać z Johnem. I to szybko. Chłopak okrąża wybieg i staje przede mną. Rudi podnosi łeb i prycha na mój widok.
-Cześć!
-John, musimy pogadać.
-Mam się bać?
-Nie wiem. 
-O czym chcesz porozmawiać?
-Chodzi o Dianę. Dzisiaj płakała i znowu pocięła się...
-A co nam do tego?
-No w sumie nic, ale...
-Ale?
-Żal mi jej trochę, bo ona chyba w końcu zrozumiała, że Sasza jest okrutna... Diana postanowiła się od nich odłączyć ale boi się potępienia ze strony "księżniczek"...
-Aha.. 
Głaszczę Rudiego po brązowym czole z gwiazdką. Zawsze chciałam skakać, ale chyba za bardzo się denerwuje...
-Chcesz spróbować?
-Co?
-Pytam się czy spróbujesz przeskoczyć ten mały płotek?
-Nie! Nie! Nie!
-Przecież widzę, że chcesz. Bardzo tego chcesz. 
Podaje mi cugle i zsiada z konia. Kasztan zaskoczony tym, że John już na nim nie siedzi odwraca łeb i ze zdziwieniem przypatruje się nam. Nie wiem czy powinnam to zrobić... Kręcąc głową oddaję wodze przyjacielowi.
-Nie jestem w stanie...
-Dlaczego? Dobrze opanowałaś galop i inne rzeczy...
-Ale John, to są skoki! Nigdy sobie nie poradzę!
-Znowu się wkurzasz...
-Przepraszam...
-Lepiej? Więc bez gadania wsiadaj na Rudiego i chociaż spróbuj...
Cofam się. Nie chcę. Nie potrafię mu tego wyjaśnić.
-Dajmy sobie z tym spokój...
-Okey...
Odprowadzamy Rudiego do boksu i wyprowadzamy Grafita. Zaczynamy zwykłą lekcję. Najpierw prowadzenie konia na lonży, później kilka ćwiczeń i krótka przejażdżka po wybiegu. Wykonując wszystkie te ćwiczenia zdałam sobie sprawę, że nigdy nie wystartuję w żadnych zawodach. Nie nadaję się. Jestem do niczego, nie oszukujmy się... Widzę jednego ze stajennych biegnącego w naszą stronę. Zatrzymuję Grafita.
-John! Właścicielka Pioruna chce z tobą rozmawiać!
-Teraz?
-Tak.
-Powiedz, że mam lekcję...
-Mówiłem, ale ona powiedziała, że to pilne.
-Ok. Zaraz będę. Bessa, kłusuj dalej i każ mu zmieniać nogę! Za momencik przyjdę.
Chłopak znika za budynkiem stajni. Tak jak radził zaczęłam kłusować dokoła wybiegu, później w serpentynach i ósemkach. Ogier płynnie zmienia nogę co mnie bardzo cieszy. John wcześniej ustawił przeszkodę ze starej beczki i tyczki. Strasznie kusi. Ściągam wodze i koń staje.
-Grafit, spróbujemy?
Na dźwięk mojego głosu podnosi uszy i zeka na komendę. Popędzam go w stronę przeszkody. Koń stawia uszy i przyspiesza kroku. Zbliżamy się. Serce wali mi jak oszalałe. Czuję jak napina mięśnie. Luzuję nieco lejce. Jeszcze tylko kilka metrów... Nagle opuszcza mnie cała odwaga. Co ja wyprawiam?! Koń czując moją niepewność potężnym wierzgnięciem odrzuca wodze. Nogi wysuwają mi się ze strzemion. W panice chwytam się grzywy. Ogier wybija się. Nie dam rady! Spadam wprost na przeszkodę. A koń upada ciężko na prawy bok. Ałłł...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz