niedziela, 9 marca 2014

Rozdział  X  "Sekundy"

-Bessa, gdzie jest kurczak na obiad?
-Nie było go w lodówce mamo.
-Ale ja go wczoraj kupiłam.
-Nie wiem.
-Bessa, co się tu dzieje?
-Ale w sensie?
-Coś kręcisz...
-Dlaczego tak sądzisz?
-Przecież widzę, że kłamiesz. Co zrobiłaś?!
-Ale to nie ja!
-Nie tej tej no wcale! Więc kto inny?
"Smok" przemknęło mi przez myśl, lecz nie odezwałam się. John staje za mną tak jak się umówiliśmy. 
-Mój pies, proszę pani.
-Pies?
-Tak...
Do kuchni przydreptuje średniej wielkości husky. Siada przy mojej nodze. Niebieskie oczy lśnią magicznym blaskiem pośród bujnej sierści. Mama, nie lubiąca tak dużych psów, odsuwa się i siada przy stole.
-"Ten" pies?
-Błyskawica. Niech pani wybaczy. Ja mogę odkupić kurczaka...
-Nie musisz, zrobię dziś kotlety. Zjesz z nami?
-Nie będę pani dłużej przeszkadzał...
-Nie przeszkadzasz. Obiad za pół godziny.
-Chyba raczej kolacja...
Zamykam drzwi od swojego pokoju. 

Xsenia warczy bujając się na lampie. Husky stawia prosto czarne jak noc uszy i przypatruje się smokowi. Stworek zaczyna krążyć pod sufitem trzepocząc skrzydłami. John chwyta psa za obrożę, by się nie wyrywał. Smok zniża swój lot i siada na moim ramieniu wciąż wpatrzona w husky'iego.
-Spokojnie. Błyskawica zna zachowania smoków, więc nie powinno być problemów...
-Skąd je zna?
-Wychowała się przecież wśród smoków...
-Wśród smoków?
-W Szmaragdowych Górach...
-Mów po ludzku, bo nie łapię.
Błyskawica pod dotykiem łagodnej, lecz stanowczej ręki Johna kładzie się u jego stóp nie spuszczając jednak wzroku ze stworka. Siadam bliżej przyjaciela kładąc mu rękę na ramieniu. Smoczyca rozkłada skrzydła, by wydawać się większa niż jest w rzeczywistości. Pies unosi łapę do góry i wstaje. Widzę mięśnie napinające się pod jej skórą. W gardle słyszę bulgot warknięcia. John ciągnie za obrożę podenerwowaną suczkę. 
-Demonstracja siły... Trzymaj Xsenię!
Nim zdążyłam się zorientować co się dzieje, smok zeskoczył na grzbiet psa i zatopił kły w puszysty kark. Błyskawica zareagowała natychmiast. Chwyciła potworka w pysk i odrzuciła pod ścianę. Jasna sierść zabarwia się na kolor purpury. Smok atakuje ponownie wgryzając się w prawe ucho psa, który skomląc stara się go zrzucić. Chłopak chwyta Xsenię za kark, lecz ta nie zamierza puścić wręcz przeciwnie, wbija kły coraz głębiej. Nie wiem co robić. Próbuję odciągnąć Błyskawicę, która rzuca się zajadle. Jej kły przez przypadek zanurzają się w mojej dłoni. Odskakuję w bok. Pies zaczyna biegać po całym pokoju robiąc istną demolkę. John czym prędzej rzuca się na walczące zwierzęta. Ucho zwisa coraz niżej... Chłopak wyciąga mały sztylet i zbliża się do psa. Xsenia rycząc mocniej zaciska szczęki połykając ciepłą krew. Przyjaciel silną ręką ściska ciało szamotającego się husky'iego i szybkim ruchem odcina ucho, w które wczepiony jest stworek. Błyskawica z jękiem bólu pada zmęczona na ziemię. Nastaje głucha cisza. Smok w bezruchu leży koło szafy.
-Co tu się dzieje?!
Mama rozgląda się po całym bałaganie. John zakrywa krwawiącą suczkę i udaje, że sprawdza coś na telefonie. 
-Błyskawica próbowała złapać osę, mamo.
-Osę?! Gdzie?!
-Spokojnie, proszę pani, już ją zabiliśmy.
-Aha. To dobrze. Chodźcie na obiad.



                 *                            *                        *
Xsenia wtula pyszczek w moją piżamę. Ciekawe jak wydostała się z szuflady... Nie chcę wiedzieć. Gaszę światło. Powoli odpływam w sen...
Gdzieś za zaroślami, biegnie ciemny koń. 
Jasna woda błyszczy smagana podmuchami delikatnego wiaterku. Mgła niczym kołderka okrywa drzewa pobliskiego lasu. Grzywa powiewa, kopyta stukają w oddali. Biegnie sam.
Staje w całej swej okazałości przede mną. Umięśnioną szyję schyla nisko jakby oddawał mi pokłon. Ciemne oczy zachęcająco spoglądają na mnie błyszcząc magicznie. Kładę dłoń na potężnym grzbiecie konia i niezdecydowana stoję. Zwierzę widząc moją niepewność odwraca łeb spoglądając ze zdziwieniem w moje oczy.
Już wiem. Jednym skokiem siadam na jego grzbiecie. Koń zadowolony prycha i rzuca się galopem przez las. W ostatniej chwili chwytam się jego ciemnobrązowej grzywy. Zsuwam się z niego. Nie mam oparcia dla nóg. Nie potrafię jeździć na oklep! Co ja teraz zrobię?! Gwałtowny skręt prawie zrzuca mnie na ziemię. Jakimś cudem udaje mi się utrzymać na grzbiecie pędzącego bez opamiętania konia. Momentalnie nieruchomieje stając wyprostowany na szczycie klifu. Pod nami krzyczy wzburzone morze. 
Czarny jednorożec biegnie poprzez wodę. Woda obmywa kopyta co chwilę znikające w jej otchłani. Na grzbiecie siedzi jakaś postać w bladoniebieskim płaszczu z kapturem. Wierzchowiec zatrzymuje się i staje dęba. Istota odwraca głowę. Delikatne rysy twarzy niczym anioł, białe włosy niczym śnieg, błękitno-szare oczy, które hipnotyzują swoim urokiem... Odrzuca kaptur z głowy i spogląda w moje oczy. Bryza rozwiewa jej włosy. Potężna fala uderza o brzeg. W ułamku sekundy wyciąga ukryty za płaszczem łuk i napina strzałę. Wypuszcza ją prosto na mnie. Coś ściska moje gardło, gdy grot strzały przeszywa moją krtań...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz