Z drzewa zeskakuje jakieś stworzenie, które kuca w gęstwinie paproci. Chwyta za sztylet i prostuje się w pełnej gotowości do ataku. Podnoszę ręce do góry i czekam. Jak mnie zabiją, to mnie zabiją. Mówi się trudno. Na mój widok opuszcza broń. John wita ją dziwnym słowem. Ona odpowiada czymś podobnym. Zbliża się do mnie. Perła prostuje uszy. Nie wiem jak mam się zachować. Ciekawe czy zna angielski.
-Hello, do you speak English?
Chłopak zsiada z Mustafa i staje przy boku klaczy.
-Powiedz jej: "Heki gop jas Cirihedia. Jihofeni sel on dia Telenis?"
-Że co mam jej powiedzieć?
-Mów. Ona cię o to prosi.
-Okey, ale mi pomóż.
-Dobra. Mów.
-Heki gop jas Cirihedia. Jihofeni sel on dia...
-Telenis.
-Telenis?
Dziewczyna wygląda na osiemnastolatkę, choć jej czarne oczy zdawają się być starsze o conajmniej 20 lat.
-Gelino di hopia el santyno Cirihedio... Asqo di felia!
John lekko schyla głowę i zwraca się do mnie.
-Mówi, że czekają na ciebie...
Istota zniknęła. Tak po prostu. Na mojej dłoni ląduje białe pióro. Spoglądam w górę. Między prześwitami drzew widzę oddalającego się gołębia.
-Co jej powiedziałam? Co mówiła? Kim ona jest?
Natychmiast zarzucam Johna pytaniami.
-Podałaś jej swoje imię i kazałaś pozdrowić mieszkańców twojej ojczyzny...Telenis.
-Co? Teraz już nic nie jarze...
Chłopak uśmiecha się do mnie jakby wiedział coś więcej...
Konie zawracają w stronę stadniny. Całą drogę powrotną zastanawiam się nad dziwną dziewczyną. Była taka młoda, lecz jej oczy... Perła wbija kopyta w ziemię i staje w miejscu. Nerwowo unosi łeb do góry. Napina mięśnie gotowa do nagłej ucieczki. Mustaf zdenerwowany tym, że klacz coś wyczuła również staje i niepewnie rozgląda się dookoła. John mocniej ściska lejce.
-Bądź stale w gotowości, ale nie spinaj się...
-Co tym razem wymyśliłeś?
-Ciiii... Jeżeli to On, bądź gotowa do ucieczki...
-On...
Mustaf zarzuca siwym łbem. Szelest. Trzask. Trzepot liści. Przechodzi mnie dreszcz. Nie mam zamiaru ponownie spotkać tej zjawy... Z cienia rozłożystego dębu wychodzi, dostojnie stawiając łapy, biały wilk. Uszy kładzie po sobie i szczerzy kły. Ciemne oczy błyszczą w blasku słońca. Z pyska ciekną krople błękitnej krwi.
-John, nie rób tego!
-Spokojnie. On mnie zna. Ciebie zresztą też.
-Ale ja go nie znam! Wilki przenoszą wściekliznę!
-Ogarnij się. To tylko wilk.
-Tylko?!
-Chodź.
John kuca przy zwierzęciu i kładzie dłoń na jego łbie. Wilk pozwala na podrapanie za uchem. Wtula się w chłopaka jakby go znał od wielu lat. Mustaf zdziwiony taką reakcją drapieżnika przygląda się swojemu panu z nieskrywaną ciekawością. Zeskakuję z grzbietu Perły i powoli kucam przy przyjacielu. Klacz natychmiast wykorzystuje sytuacje i rzuca się do ucieczki znikając za ścianą drzew. Wilczysko napina mięśnie gotowe do wykonania ewentualnego skoku i pogoni za koniem, lecz łagodnieje pod dotykiem palców Johna.
-Odrzuć strach Cirihedio, to tylko ja - twój pokorny sługa...
-Ten wilk gada?!
John posyła mi pełne oburzenia spojrzenie.
-Nie "ten wilk" tylko Itahi, członek Sfory Błękitnego Księżyca, mój najwierniejszy przyjaciel i kompan wielu wypraw... Zwłaszcza tych za ocean...
Wilk z gracją skłania się i schyla łeb. W jego oczach dostrzegam szacunek i zaufanie. Przeczesuję bujną sierść, miłą i puszystą w dotyku.
-Itahi, tak?
-Tak, piękna pani, tak mnie nazywają.
-Co tu robisz? Akurat w tym lesie? Skąd mnie znasz?
Drapieżnik spogląda niepewnie na Johna, jakby chciał się czegoś upewnić po czym zwraca się do mnie:
-Tak dużo pytań...
-Co tu robisz? Skąd jesteś?
-Moja pani...
-Czemu nie chcesz mi powiedzieć?
-Nie bardzo wiem, czy wypadałoby tu i teraz...
-Boisz się czegoś?
-Jeszcze nie czas... Najdroższa Pani Wschodzącej Jutrzenki zjawi się już niedługo - masz być gotowa do wymarszu...
-Że kto?
Chłopak kiwa głową w zamyśleniu.
-Tak wcześnie?
-Tak, kazała mi przekazać iż czas Cirihedii jest już bliski... Mało czasu, a spraw wiele...
-Rozumiem. Itahi, przekaż naszej Najdroższej Królowej Znad Oceanu, że księżniczka jest w pełni bezpieczna i że będę wypatrywać jej znaku...
-Tak uczynię, panie mój.
Drapieżnik ponownie schyla łeb przede mną. Ostatni raz wtula pysk w Johna i kieruje się do lasu.
-Asqo di felia, Cirihedio!
Nie wiem co odpowiedzieć. Z wyrzutem wpatruje się w lśniące oczy Johna. Z czego on się tak cieszy?!




Szkoda, że taki króciutki rozdział. ):
OdpowiedzUsuńCzekam ja następny!
już niedługo :)
Usuń