Rozdział V "Przyjaciel?"
Nie ogarniam jazdy konnej! Tak trudno to zrozumieć?! Jedyne co udało mi się opanować przez ostatnie 15 lekcji to prowadzenie konia na lonży. Nie potrafię sterować go głosem. Od razu się spinam i tracę kontrolę nad sobą. Na jednej z ostatnich lekcji spadłam z konia. John próbuje nauczyć mnie jazdy kłusem, ale mi nie wychodzi... Z daleka dostrzegam chłopaka czekającego na mnie przed bramą.
-Hej Bessa.
-Co dziś robimy?
-Mam doskonały plan.
-To znaczy?
-Sama zobaczysz.
Uśmiech nie znika z jego twarzy. Prowadzi mnie nie do stajni jak zwykle, lecz na pastwisko. Przy płocie stoją 2 młode, osiodłane ogiery. Kasztan i gniadosz.
-Chyba mi teraz nie powiesz, że będę na nich jeździć?
-Nie, będziesz na nich galopować.
-Co?!
-Ciii. Spokojnie. Będę blisko...
-Ja nie chcę!
-Bessa...
-Nie!
Ogarnia mnie panika i lęk. A jeżeli spadnę? A jak coś mi się stanie? A jeżeli...
-Chodź ze mną.
John chwyta mnie za rękę i podprowadza do Rudiego - kasztanowego angloaraba. Koń z zaciekawieniem podnosi uszy. Nagle na karku czuję czyiś oddech. Gniadosz trąca pyskiem moje ramię. Zadowolony spogląda swoimi ciemnymi oczami na mnie. Kładę drżącą rękę na jego ciepłym czole. Chłopak chwyta uzdę gniadosza. Wyczuwam, że teraz powinnam wsiąść na niego, jednak nie mogę się zdecydować.
-Wsiądź na Domino... Nie bój się...
-On jest taki duży...
-Przejadę się razem z tobą...
Jego słowa wlały w moje serce błogi spokój. Wskakuję w siodło, a tuż za mną John. Chwytam wodze. Nasze dłonie spotykają się w delikatnym uścisku. Spoglądam na niego. Równocześnie ściskamy boki konia, który rusza kłusem. Przy każdym kroku rozluźniam się coraz bardziej. Obecność Johna daje mi niezwykłe uczucie bezpieczeństwa. Nie mam pojęcia jak długo już kłusujemy. Chłopak zatrzymuje gniadosza, zeskakuje z niego i wsiada na kasztanka. Już się nie boję kłusować. To nawet przyjemne. Łagodnym cmoknięciem popędzam Domino. Rudi biegnie tuż obok mnie. Miękkość z jaką angloarab stawia kopyta działa niesłychanie odprężająco. Chyba nadszedł ten moment. Spinam konia i przyspieszam. Ogier z radosnym rżeniem rozpoczyna galop.
Cudowne uczucie. Wiatr rozwiewa moje włosy. John uśmiecha się do mnie. Konie pędzą obok siebie. Powoli zwalniam do kłusu, a następnie do stępa. Zeskakuję z siodła. Stoję na drżących nogach.
-Ja...galopowałam...
-Uwierz w siebie. Nigdy o tym nie zapominaj...
Chłopak nachyla się do moich ust. Odsuwam się posyłając mu spojrzenie pełne tajemniczości.
Czyżby John coś do mnie czuł? On? Po co wogóle się ze mną zadaje? Ludzie wyjątkowo dużo razy uświadamiali mi, że jestem nikomu niepotrzebną kropką we wszechświecie...
-Jesteś głodna?
-Nooo, a co?
-Pójdziemy do mnie i zamówimy pizzę.
-Czemu nie? Autobus i tak mam dopiero za 3 godziny.
Chłopak odprowadza oba konie do stajni. Słońce zniża się już ku zachodowi. To było najlepsze popołudnie w moim życiu. W końcu znalazł się ktoś kto poświęca mi trochę swojego czasu, ktoś kto mnie rozumie. Idę z chłopakiem, który prowadzi mnie przez pola. Po 20 minutach dochodzimy do samotnego domu stojącego przy polnej, zapomnianej dróżce. Wchodzę do domu Johna. Ładnie tu ma. Zadbany, czysty korytarz prowadzi do obszernej kuchni połączonej z jadalnią. Wchodzę po sosnowych schodach na piętro. Pokój Johna jest wielki. Przy oknie stoi biurko z komputerem. Na lewo ogromne łóżko. Równolegle do niego stoją regały z książkami o koniach. Siadam na jego miękkim, wygodnym łóżku.
-Jaką pizzę zamówić?
-Nie wiem. Jaką chcesz.
-Wybór należy do ciebie.
-Bierz jaką chcesz.
-To ty wybierasz.
-No nie wiem... Dobra, weźmy hiszpańską i tyle.
John wystukuje numer telefonu na swoim Samsungu. Po zamówieniu siada obok mnie. Zaczynamy rozmawiać ze sobą. Nigdy z nikim nie prowadziłam tak swobodnej rozmowy. Rozmawiamy o koniach, o szkole, o książkach.
-Chcesz coś do picia? Colę? Sok?
-Nie, dzięki.
-Ok. To przyniosę sok.
-Nie, dziękuję.
Chłopak znika w korytarzu. Ech. Nigdy nie zrozumiem facetów. A tak wogóle to czemu mnie tu zaprosił? Czyżbym mu się spodobała? Nie... Ale miły z niego gość. Polubiłam go. Wchodzi do pokoju niosąc 2 kartony ze sokiem.
-Pomarańczowy czy jabłkowy?
-Mówiłam ci, że...
-Dobra, wleję ci pomarańczowy.
Czasami bywa zaskakująco dziwnym typem. Podaje mi szklankę. Ma tak zawzięty wyraz twarzy, że nie śmiem odmówić. Pyszny sok. Dzwonek do drzwi. Razem z chłopakiem zbiegamy na dół i odbieramy pizzę. Otwieram opakowanie. Mhm. Pachnie niesamowicie. Siadamy przed telewizorem na kanapie. Kawałki po kolei znikają. Podrywam się z miejsca.
-To może ja już pójdę...
-Nigdzie nie pójdziesz...
John zbliża swoje usta do moich. Ciężarem swojego ciała przydusza mnie do ściany. Jego delikatne wargi zatapiają się w moich. Zamykam oczy i poddaję się magii pocałunku. Trwamy tak złączeni niezwykłym uczuciem...
Chłopak stopniowo odrywa się ode mnie. Spoglądam na niego. W jego zielono - szarych oczach dostrzegam nowy blask. Nie wiem co powiedzieć. To było coś niezwykłego...
Głęboko zakorzenione instynkty biorą nade mną górę. Zrywam się do ucieczki. Biegnę na oślep. Wpadam do łazienki.
Łza spływa mi po policzku. Zagryzam wargi. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego płaczę. Spoglądam w lustro. Czarne, niesfornie ułożone włosy, błękitne, rozbiegane oczy... Staram się uspokoić. Przemywam twarz zimną wodą i wycieram ręcznikiem. Podnoszę głowę i zastygam w bezgranicznym przerażeniu...




Przecztałam wszystie i jest MEGA <3
OdpowiedzUsuń